8500 dni feralnej prezydentury? – część druga

Jeden komentarz

W czwartek, 10 listopada, upłynęło 8500 dni nieprzerwanych rządów obecnego prezydenta Gliwic. Nie ma takiego drugiego przypadku we współczesnej Polsce. Żaden z pozostałych włodarzy samorządowych w naszym kraju (wójtów, burmistrzów, prezydentów miast, a także starostów powiatowych) nie może się poszczycić podobnym osiągnięciem. Długoletnie zasiadanie na prezydenckim stołku jest rekordowym wyczynem Zygmunta Frankiewicza.

Sprawuje on władzę w mieście od 3 września 1993 roku. Przyjrzeliśmy się uważnie tej dacie. Okazało się, że dzień 3 września na przestrzeni dziejów nie zapisał się wcale złotymi zgłoskami w historii Polski i Polaków. W dziejach Gliwic data przybrała zaś zupełnie groteskowy charakter. Co się więc zdarzyło 3 września?

••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••

W 1914 roku wojska rosyjskie zajęły Lwów, który do czasu XVIII-wiecznych rozbiorów Polski był przez ponad 5 stuleci – co warto nieustająco przypominać – integralną częścią naszego państwa, podobnie jak Kraków czy Warszawa. W 1655 roku, w okresie tzw. „potopu szwedzkiego”, odegrał nawet doniosłą rolę szczególnej ostoi polskości. Król Jan Kazimierz złożył wówczas w tym mieście pamiętne śluby lwowskie, oddając opanowaną przez Szwedów Rzeczpospolitą pod opiekę Matki Boskiej.

W 1772 roku, w efekcie pierwszego rozbioru Polski, Lwów znalazł się pod panowaniem monarchii austro-węgierskiej. Został stolicą nowej prowincji geograficznej o nazwie Galicja (a dokładnie – Królestwa Galicji i Lodomerii). W takim politycznym wcieleniu przetrwał ponad 140 lat. Należy koniecznie jednak odnotować, iż ze strony Austriaków sprawujących tam władzę nie było przez cały ten okres brutalnych represji narodowościowych, skierowanych przeciwko Polakom.

Wybuch I wojny światowej w 1914 roku radykalnie zmienił sytuację międzynarodową w Europie. Lwowianie uświadomili sobie, że miasto może w krótkim czasie zostać przejęte przez innego okupanta, uważanego powszechnie za największego wroga Polaków. Te przewidywania szybko się spełniły.  

beznazwy2

Na początku września żołnierze rosyjscy wkroczyli do Lwowa. Była to bezpośrednia konsekwencja oficjalnego wypowiedzenia przez Rosję wojny Austro-Węgrom. Carska armia okupacyjna Mikołaja II Romanowa, rządzącego niepodzielnie Rosją w latach 1894-1917, zachowywała się jednak w mieście o wiele mniej agresywnie, niż się spodziewano.

Rosjanie nie rozwinęli szeroko swych imperialnych skrzydeł, bo – być może – przypuszczali, że ich rządy we Lwowie i innych miastach dawnej Galicji nie potrwają zbyt długo. Tak też w istocie się stało. Pod koniec czerwca 1915 roku miasto nad rzeką Pełtew znów trafiło w ręce Austriaków.

Rosyjska okupacja Lwowa dobiegła po 10 miesiącach upragnionego końca. Wojska cara Mikołaja II ciemiężyły galicyjskie miasto dokładnie przez 293 dni. Dziś Lwów należy – jak wiadomo – do niepodległej Ukrainy, ale jego współcześni mieszkańcy ciągle obawiają się rosyjskiej agresji militarnej, która przecież z łatwością mogłaby znów przeistoczyć się w okupację miasta. Od blisko stu lat nie ma już, co prawda, moskiewskiego caratu, lecz zagrożenie dla lwowian bynajmniej nie zniknęło. Historia kołem się toczy

••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••

W 1948 roku Bolesław Bierut został sekretarzem generalnym Polskiej Partii Robotniczej. Stało się to na kilka miesięcy przed połączeniem tego ugrupowania polskich komunistów z Polską Partią Socjalistyczną i utworzeniem w ten sposób Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Bierut objął prominentne stanowisko po Władysławie  Gomułce, który poprzedniego dnia „utracił zaufanie współtowarzyszy z Komitetu Centralnego PPR”, w następstwie oskarżenia go o „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne” – ciężką zbrodnię partyjną, karaną z woli Stalina wieloletnim więzieniem.

Wybór nowego przywódcy PPR został bardzo krytycznie oceniony później przez zbiegłego na Zachód funkcjonariusza polskiej bezpieki. – Bierut został z łaski Józefa Stalina wielkorządcą moskiewskim w Polsce, przedłużając tradycje namiestników carskiej Rosji w Warszawie – oświadczył z niebywałą szczerością ppłk UB, Józef Światło, kierując swoje słowa do słuchaczy antykomunistycznej Rozgłośni Polskiej Radia WOLNA EUROPA.

Od 1952 roku monachijska stacja radiowa nadawała swoje – zakłócane wściekle przez komunistów – programy na falach krótkich i średnich. Jedna z jej licznych zagłuszarek w naszym kraju znajdowała się zaś w Gliwicach (tę funkcję spełniała historyczna Radiostacja przy ul. Tarnogórskiej).

boleseaw-bierut-1

Pod koniec grudnia 1948 roku Bierut wspiął się na sam szczyt komunistycznej hierarchii w Polsce. Został przywódcą PZPR, łącząc tę marksistowsko-leninowską posadę z zajmowanym od 22 miesięcy stanowiskiem prezydenta PRL. Zainicjowana w dniu 3 września 1948 roku partyjna passa Bieruta stała się początkiem najgorszego – stalinowskiego – okresu w dziejach tzw. „Polski Ludowej”.  

Za życia Józefa Stalina wygłaszał na jego cześć najbardziej wiernopoddańcze hymny, jakich nie śpiewano nawet na cześć carów rosyjskich – opisywał prawdziwe oblicze Bieruta gorliwy w przeszłości ubek Józef Światło.

Główny komunista PRL nie ograniczał się jednak tylko do codziennego wychwalania  sowieckiego wodza. Bierut czuwał osobiście nad funkcjonowaniem groźnego aparatu represji przeciwko tzw. „wrogom socjalizmu”. W latach 1949-1955 karano w Polsce srogim więzieniem nawet za opowiadanie antysowieckich dowcipów politycznych.

Bierut zmarł w Moskwie w marcu 1956 roku, po trzech latach od śmierci Stalina.

••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••

W 1989 roku Zdzisław Najmrodzki uciekł w brawurowy sposób z Aresztu Śledczego przy ul. Wieczorka w Gliwicach. Dosłownie zapadł się pod ziemię. Podczas codziennego spaceru na więziennym dziedzińcu wszedł w pewnej chwili na trawnik, podskoczył i zniknął nagle z pola widzenia strażników. Jak się potem okazało, jego wspólnicy wykopali podziemny tunel, którym „król więziennych ucieczek” przedostał się bez kłopotu na sąsiednie podwórko…

Najmrodzki (1954-1995) był jedną z barwniejszych postaci przestępczego półświatka czasów PRL – pisał Bogusław Tracz w wydanej w 2011 roku przez Muzeum w Gliwicach niezwykłej książce pt. „Ułamki miasta”. Popularny w wielu kręgach „Zdzicho” zasłynął z zuchwałych kradzieży i spektakularnych ucieczek.

Z pewnością nie był niewiniątkiem, choć trudno zakwalifikować go do grona  pospolitych bandytów. Szczycił się wstrętem do „mokrej roboty”. Okradał głównie placówki „Pewexu” – istniejące w czasach PRL sklepy z ekskluzywnymi towarami dostępnymi tylko za amerykańskie dolary.

Wbrew powszechnie panującej opinii – nie był gliwiczaninem. Urodził się w Stomorgach, małej wiosce na Kielecczyźnie. W Gliwicach uczęszczał natomiast do szkoły zawodowej, w której zdobył dyplom czeladnika mechaniki samochodowej. 

Po raz pierwszy zadarł z prawem w wieku 21 lat. Wyspecjalizował się jednak nie tylko w „obrabianiu” luksusowych sklepów, ale także w kradzieżach samochodów, w tym zwłaszcza „Polonezów”. W uprawianiu złodziejskiego procederu sprzyjała mu imponująca kondycja fizyczna. Jeszcze w trakcie swojej służby wojskowej dał się poznać jako świetny sprinter. Posiadł także tajniki wspinaczki.

zdziseaw-najmrodzki-1

Potrafił bez zabezpieczeń schodzić po gzymsach i parapetach budynków z wysokości trzeciego piętra. Łącznie skazano go na 27 lat odsiadki, z czego 20 za kradzieże i włamania, a 7 – za ucieczki. Za kratami spędził w sumie 11 lat. Z więzień, aresztów, konwojów i komisariatów uciekał 29 razy. 

Komendę Milicji Obywatelskiej Miasta Stołecznego Warszawy – słynny Pałac Mostowskich – opuścił niezauważony w mundurze funkcjonariusza MO, którego wcześniej obezwładnił. Zatrzymany w 1980 roku stanął przed obliczem Sądu Rejonowego w Gliwicach.

Gdy sąd ogłosił krótką przerwę w rozprawie, Najmrodzki wykorzystał chwilę nieuwagi pilnujących go milicjantów i wyszedł… oknem. Zejście po gzymsie z pierwszego piętra gmachu sądowego okazało się dla niego dziecinną igraszką.

Pomysłowe i widowiskowe ucieczki „Zdzicha” przeszły do legendy PRL. Uczono o nich nawet słuchaczy Wyższej Szkoły Oficerskiej MO w Szczytnie. Trudno się temu dziwić. Najmrodzki ośmieszał przecież ówczesnych „stróżów prawa”, wykazując ich absolutną nieudolność.

Jego ucieczka z gliwickiego więzienia okazała się prawdziwym hitem schyłkowego okresu PRL. „Zdzicho” skorzystał z profesjonalnego tunelu podziemnego, który był – jak ustalono –  odpowiednio oszalowany i oświetlony. Jego wylot znajdował się w sąsiadującym z więzieniem budynku Zespołu Szkół Samochodowych przy ul. Wieczorka.

Trwały tam jeszcze wakacyjne prace remontowe. Obecność robotników budowlanych w szkolnym obiekcie nie budziła więc wówczas żadnego zdziwienia. Potem dopiero wyszło na jaw, że  nie wszyscy z nich zajmowali się bynajmniej wymianą stolarki okiennej…

Najmrodzki był bez wątpienia złoczyńcą niebanalnym. W więzieniu odkrył w sobie talent literacki. Pisał wiersze i opowiadania. Oto próbka jego twórczości – wiersz pt. „Samotność”:

Może na zawsze zginę z areny,

mój wzrok gaśnie w ponurym cieniu.

Przyjaciółkę niewierną miałem,

dziś pogrążony jestem w milczeniu.

 

W liście do naczelnika Aresztu Śledczego w Gliwicach, pozostawionym po ucieczce we wrześniu 1989 roku, przepraszał za kłopot, który sprawił swoim postępkiem, podkreślając zarazem, że więzienie to będzie wspominał szczególnie dobrze, bo czuł się w nim lepiej, niż gdziekolwiek indziej.

Do dziś na bocznej ścianie jednej ze starych kamienic przy ul. Jana Śliwki widnieje znamienny napis z charakterystycznym błędem ortograficznym. Jak widać – pamięć o Najmrodzkim jest ciągle żywa w Gliwicach

osobliwy-napis-na-budynku

••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••

Czy takie nagromadzenie osobliwych zdarzeń związanych z datą 3 września jest tylko i wyłącznie specyficznym zbiegiem okoliczności? A może kryje się za tym jakaś zagadkowa prawidłowość o tajemnym charakterze? Jedno wydaje się oczywiste – wszystko, co zdarzyło się 3 września, jest naznaczone piętnem destrukcji.

Podobny charakter miało wiele rozstrzygnięć, które zapadły w naszym mieście w 23-letnim okresie prezydenckich rządów Frankiewicza. Tylko w taki sposób należy bowiem ocenić arbitralne i zdumiewające decyzje o likwidacji komunikacji tramwajowej, realizacji niepotrzebnego śródmiejskiego odcinka Drogowej Trasy Średnicowej (co doprowadziło m.in. do dramatycznego pogorszenia warunków egzystencji gliwiczan mieszkających przy ulicach Franciszkańskiej i Robotniczej i skazanych do końca swojego życia na okrutną karę – „podziwianie” z okien własnych mieszkań potężnych ekranów akustycznych, ustawionych wzdłuż DTŚ), budowie lokalnej „piramidy Cheopsa” (gigantycznej hali widowiskowej), która na dziesięciolecia zrujnuje budżet Gliwic czy wreszcie barbarzyńskim unicestwieniu tysięcy pięknych drzew i krzewów w całym mieście.

8500 minionych dni w mieście nad Kłodnicą przebiegło, niestety, pod znakiem destrukcji…

Zbigniew Lubowski

1 Comment on "8500 dni feralnej prezydentury? – część druga"

  1. Piszmy do szefow klubow poselskich ws kadencyjnosci.

Leave a comment

Your email address will not be published.


*