Aleksander Lubina – Mimry z mamrami (2)

 

Czytaj poprzedni fragment:  http://info-poster.eu/aleksander-lubina-mimry-z-mamrami-1/

2.

W czarnym garniturze, w białej koszuli, czarnym krawacie, w czarnych półbutach i czarnych skarpetkach siedział przy stole po skończonym posiłku. Krawat luźno opinał jego bladą szyję. Ostatni guzik koszuli niedopięty. Rozpięta kamizelka. Dusiło go. Obrączka i złoty sygnet z czeskim topazem na palcach prawej dłoni. Na twarzy zmęczenie i żal jak to po odwiedzinach na cmentarzu. Zmęczony, ale już nie głodny.

W kuchni rozgotował chleb, dodał masła, przetarł przez sito, doprawił kminkiem i solą Wkroił trochę jabłka. Była jak u starki. Jutro kupi suszonych jabłek, śliwek i gruszek i będzie bogaciej. Na to mu przyszło – som se warzy i som jy. Nigdy by nie pomyśloł. Na półmiseczku resztka anyżków ze stypy. Anyski – hanyski, tak się jeszcze niedowno drzaźnił ze swojom.

Po powrocie z grobu żony nie przebrał się. Jaki sens miało szanowanie rzeczy. Niebawem dzieci wyrzucą wszystko oprócz pieniędzy. A tych już nie będzie. Te do śmierci wyda sam. Nie jest ich też aż tak wiele. Wyda, a resztę podzieli sprawiedliwie i rozda. Przed śmiercią, żeby po śmierci kłótni było mniej. Co komu do domu, kiej chałupa nie jego.

3.

Czekał. Nie przyznawał się do tego, ale czekał. Od progu zaczynał kazania i wypominki. Wyrzucone buty narciarskie, całkiem jeszcze dobre, w których uczył się jeździć na Wilczych Dołach i dzieciom by się przydały i dzieciom dzieci moich… Oponę do motoroweru wyniosłem i podarowałem kumplom, żeby im się przypodobać, a opona była jeszcze całkiem dobra. Nauczyłem się zaraz po przyjeździe pytać o godzinę i wyznaczać kwadrans na wylewanie tych żalów i złości – następnie proponowałem: a teraz rozmawiaj ze mną jak z człowiekiem. Z czasem i to przestało skutkować.

Było, minęło. Urazy nie chowam, bo i ja doświadczyłem samotności. Zdarzało się, że czekał na mnie niecierpliwie, ale okiem nie mrugnął, kiedy wchodziłem. Czasami brew zmarszczył, jak to on, jak ojciec jego i dziad. Siedział nad talerzem czegoś, spozierał w niebo na gołębie, kurzył czasami, a czasami sączył coś. Musiałem go głośno przywitać: Szczęść Boże! – stanąć przed nim prosto i czekać. Szczyńść Boże. Dej Boże. Wyciągał rękę, ściskał mocno moją dłoń. Zdarzało się, że mówił: Downoch czegoś tak miynkkiego w rynce nie mioł. Głupio się czułem. Nie lubiłem tego bardzo. Było, minęło. Tęsknić za tym nie tęsknie. W pamięci utkwiło.

Aleksander Lubina

cdn.

Czytaj kolejny fragment: http://info-poster.eu/aleksander-lubina-mimry-z-mamrami-3/

Be the first to comment on "Aleksander Lubina – Mimry z mamrami (2)"

Leave a comment

Your email address will not be published.


*