Aleksander Lubina – Mimry z mamrami (4)

Czytaj poprzedni fragment:  http://info-poster.eu/aleksander-lubina-mimry-z-mamrami-3/

6

W keroś niedziela narychtowol obiod i do mie – rolady z kluskami śląskimi i modrom kapustom.Rozbity tłuczkiem do mięsa płat wołowiny, zrolowany i upieczony na jasnobrązowo, nadziany drobno pokrojonymi kiszonymi ogórkami, posiekaną cebulą i starannie pokrojonym boczkiem wędzonym.Kluski śląskie z przegotowanych i przetartych kartofli, mąki kartoflanej i pszennej oraz jajek. Modro kapusta, fioletowo – niebieska z delikatną nutą przypraw i boczku. Sos – niektórzy godajom – beszamel. Dobre. Richtig śląskie. Oni myślom, że nasze warzynie tukej sie kończy, a ono się od tego ani napoczyna ani na tym zawiyro… Rolady z kluskami śląskimi i modrą kapustą to mus, ale nie wszystko. Brotzupa zjodech som. Zrolować, nadziać i Behemot – to onych zdanie, takie ciche,o naszyj kuchni.

Może bez to brotzupa zjodech som. A możech mioł cipsa, abo boł przepadzity.

Jak my już pojedli, a Hanek wypił trocha i zakurzył, to z namaszczeniem, pod nosem mruczoł – do powietrza, do kamienia, do gołębi, do siebie. Rzadko coś na głos pedzioł, bo życie nieroz poradziło go nauczyć, że lepiej nic nie godać, a swoje se myśleć. Grzech to wielki nie pomagać radą, ale mniej się szkodzi rodzinie i przyjaciołom milczeniem, sobie też mniej,bo jak ci ukradną słowo i zniekształcą, to i robota i miłość ci wezmą i bliskich skrzywdzą.

 

7.

Ino że na starość nieskorzyj dzielić się trza wszystkim, co by niedopowiedzeń i przemilczeń nie zostawić w spadku jak długi, bo jak do śmierci nie godosz nic, to oni i barbary pedzom, żeś godoł, co ci nawet na myśl niy prziszło.

Niy chcioł Hanek, co by go starość naszła znienacka. Nalał sobie kwitownicy. Dobrze schłodzona orzeźwiła go i ugasiła pragnienie. Takie pragnienie – to pragnienie najprostsze.

Oni i barbary niy majom godać, co jo pedzioł, a czego jo nie pedzioł. Siadej i pisz prowda albo nagrywej. Wszystko jedno. Skończ, dopóki żyja. – rzekł. Możno przeczytom som.

Kończę lata po jego śmierci. Słowa dotrzymać należy choćby wyłącznie w części znikomej. Kożdy jedyn chop, mo ino jedno słowo. I tego się trzim, Zdanie zmienić możesz, ale słowa niy. Jak już bydziesz taki stary jak jo, to bydziesz wiedzioł, że zdań jest moc. Ty mosz je znać i cynić, a nie upierać się jak osioł przy twoim ino, bo twoje. Zapisza tyż to, co mniyj ważne, bo od ważniyjszego naczna. Na reszta czasu braknonć może. Najdziesz to w szufladzie pod szafom, albo w szrajbtiszu, jakby mie tak kostucha niespodziewanie nawiedziła. Słowo wiater, pismo grunt. Czerpie wodę przetakiem, kto bez pisania chce być.

Trudno mi było i nadal niełatwo jest zrozumieć Hanka.

Boś za głupi, albo za kształcony – na jedno wychodzi – mruczał Hanek znad talerza głębokiego,płytkiego, do ciasta, z filiżanką kawy, kuflem piwa, albo małym kielonkiem w ręce. Lubił zjeść

i wypić, zakurzyć, tyż rod zakurzył.

Ale to już było. No i będzie jeszcze kilka razy – żeby lepiej zapamiętać tego mojego Eulenspiegla,Stańczyka, Falstaffa, Breugnona – Salomona, Fausta, Ahasvera i kogo tam jeszcze chcecie, żeby poznać tajniki jego myślenia i kuchni – przysłowia, powiedzonka, dykteryjki i przepisy. Nie drzaźnił nie fopowoł i nie perorowoł zbyt.

Na jeden wyłącznie temat dyskurs swój wiódł ze mną: O nich! O barbarzyńcach, o barbarach. No i sprawdzoł, czy mo recht, że godo to, co myśli. W szkole i na uniwersytetach czas traciłeś. Na kamień spójrz. To styknie. To diasecko trudne. Patrzysz i wiysz, abo niy wiysz! Czujesz, abo niy! To niy zależy od kamiynia, ino o ciebie. Milczałem ze zrozumieniem i nie odzywałem się nieproszony. Starszy był i mądrzejszy. Patrzył na mnie, na moje reakcje i rządził po naszemu. Sprawdzał na mnie, czy dobrał słowa i ton właściwie, czy go rozumiem, tak, jak sobie założył. Czy nie wierzę, kiedy mam niedowierzać, czy podziwiam, kiedy jest to na miejscu. Jak mu nie wychodziło, wracał do wątku po jakimś czasie i znowu się przyglądał. Przeczył sobie, zmieniał zdanie, a ja zapisywałem,jak umiałem – wersje wszystkie. Chyba.

 

8.

Mówił Hanek: Oczekiwanie, żeby oni nos pokochali – to głupota. Przecież nas nawet nie znają i też nami być nie chcą – to oczywiste: oni są sobą, albo im się tak wydaje. Wydaje się im, że są, że są wspólnotą. No jakąś wspólnotą są… Ale czy wiedzą, jaką? Jakim narodem mogą być po tej wojnie strasznej, po tej wędrówce ludów i zmianie granic. Weź Warszawę, stolicę, ile było kilometrów z Warszawy do wschodniej granicy, a ile jest teraz? To samo z obecną granicą zachodnią. Jak nazywały się ich największe miasta przed wojną, a jak po wojnie? Przed wojną był Lwów, a teraz są to Szczecin, Wrocław, Opole, Katowice?

Sami nawzajem się nie szanują, to czemu nas by mieli? Bez szacunku dla siebie nie ma miłości do siebie, do innych też nie, nawet miłości bożej nie ma. Niewiele zostaje. Zaczyna się nic… Dlaczego mieliby nas kochać? Tylko dlatego, że są u nas? Oni tego nie wiedzą. Są u siebie. Tak im się wydaje.Są przekonani, że ta ziemia do nich należy… Skuli mie ziemi mogom se nakopać, wiela uniesom, ale tyj ziymi i tak nie zrozumieją. Nie rozumieją nos i nie szanujom…

Mają tu swoje cztery ściany. Niewiele czasu minęło od wieków, kiedy my to w tych ścianach oddychaliśmyi pierdzieliśmy. Teraz ich kolej.

Mają tu swoje drogi. I co z tego, że nadal błądzimy po tych drogach – teraz to ich drogi. Chodzimy po naszych ulicach, noszących imiona i nazwiska ich rodaków. Może nasi krajanie nie zasłużyli na takie wyróżnienie. A kto tam wiy? Zresztą my som różne.

Niektórych z nas Hanusy się wstydzą i wolą, żeby o nich zapomnieć. Jedni chcą zapomnieć naszych brunatnych, inni naszych czerwonych, a możno już też i nowych barbarów. Naszych barbarów.Barbarów z naszyj krwi i naszego nasiynia.Bezto,godom ci, że czynsto lepiej kiejś ino jedyn do siebie samego i ino z tego się spowiadosz.

Aleksander Lubina

Leave a comment

Your email address will not be published.


*