Andrzej Jarczewski – Zryw i dryf gliwickiego samorządu

2 komentarze

Materiał pochodzi z miesięcznika Życie Gliwic (nr 5/2015) – http://zyciegliwic.pl/

W poprzednim numerze „Życia Gliwic” Ewa Bojarska dała znakomity opis fety, jaką na swoją chwałę za miejskie pieniądze urządził prezydent Frankiewicz z okazji 25-lecia polskiego samorządu gminnego. Nie chodzę na imprezy ku czci prezydenta, bo znam ich cel, konieczny przebieg i medialne wykorzystanie. Podziwiałem więc raczej dowcipne ujęcie i lekkość pióra Autorki, natomiast samo to zbiegowisko było dokładnie wysterowane i przebiegało zgodnie z panującym w Gliwicach scenariuszem. Ogólny wydźwięk musiał być następujący: Zygmunt Frankiewicz jest najlepszym Wodzem! Niech nam przewodzi dożywotnio! Lub jeszcze dłużej, howgh!

Start…

Gdy już umilkły fanfary na cześć prezydenta i jego kumpli, warto parę słów poświęcić prawdziwym początkom gliwickiego samorządu. Rok 1990, pierwsze po wojnie demokratyczne wybory, 27 maja. Pamiętam doskonale ten imponujący start. Przechowuję do dziś oryginały ówczesnych dokumentów wyborczych, gdyż pełniłem wtedy funkcję przewodniczącego Miejskiej Komisji Wyborczej i nie było komu przekazać tych papierów (prawo nie nadążało za życiem; oddam to kiedyś do Muzeum).

Frankiewicz znalazł się na liście Gliwickiego Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” całkiem przypadkowo, bo nawet do tego Komitetu nie należał. Otrzymał w owych wyborach zaledwie 400 głosów, co dawało mu dopiero szóste miejsce. Fuks Frankiewicza polegał na tym, że w ówczesnym okręgu nr 6, z którego wybierano ośmiu radnych, lista Komitetu Obywatelskiego zdobyła 4.540 głosów, co dało aż 7 mandatów!

Frankiewicz nie przykładał się do kampanii wyborczej, ale został niejako „wessany” do Rady Miejskiej siłą innych i naprawdę wziął się do roboty. To, co sam o sobie mówi w obszernym wywiadzie książkowym, udzielonym Sławomirowi Hermanowi („Nie boję się problemów, boję się głupoty”), od tego momentu jest z grubsza prawdą. O latach wcześniejszych łgał, dopisując sobie jakieś nikomu nieznane zasługi opozycyjne, ale rzekomą działalność antykomunistyczną akurat wyssał sobie po latach z palca. Nie wiem, po co on to robi.

…od entuzjazmu…

W pierwszej kadencji w 50-osobowej Radzie Miejskiej mnożyły się różne podziały. Najważniejszy podział nie szedł jednak „po linii” politycznej. Otóż większość radnych szybko traciła motywację i niejedna komisja nie mogła rozpocząć obrad z powodu braku kworum. Wprowadzenie płatnych diet za udział w posiedzeniach niewiele już poprawiło sytuację. Radni zajmowali się swoimi sprawami zawodowymi i osobistymi, a o mieście myślało niewielu. Do tych niewielu należał właśnie Frankiewicz, który po kilku politycznych przesileniach został przez Radę Miejską wybrany prezydentem w roku 1993.

Od następnego roku mogłem z bliska obserwować pracę prezydenta Frankiewicza jako jeden z trzech jego zastępców. I z pełnym przekonaniem oświadczam, że w latach dziewięćdziesiątych Zygmunt Frankiewicz był bardzo pracowitym, pomysłowym i oddanym miastu prezydentem. Na te lata przypada pierwszy wielki sukces inwestycyjny (Opel i specjalna strefa ekonomiczna), co uskrzydlało nie tylko prezydenta, ale i Zarząd Miasta, i cały doskonale pracujący Urząd Miejski (dokładny opis zawarłem w książce „Jak złowić Opla?”, 1996).

…przez „zamach stanu”…

W 25-lecie samorządu wypadałoby ujawnić pewne szczegóły zakulisowych intryg, które mogły zakończyć karierę Frankiewicza już w roku 1998. Otóż były to lata wielkich, choć krótkotrwałych sukcesów Akcji Wyborczej Solidarność i odradzającej się potęgi SLD. Trzecim – niemal równorzędnym – graczem na gliwickiej arenie politycznej była Unia Wolności. Prezydenta nadal wybierała jeszcze Rada Miejska i możliwe były różne rozwiązania.

Pierwsza możliwość została przedyskutowana i – jak sądziłem – uzgodniona ustnie przed wyborami. Koalicję rządzącą stworzą w Gliwicach na wzór sejmu: AWS i UW, a prezydentem pozostanie Zygmunt Frankiewicz z Unii Wolności.

Drugi wariant pojawił się nagle po wyborach, gdy okazało się, że Unia Wolności zdobyła najmniej mandatów z całej trójki głównych komitetów. Mocniejszy AWS mógł więc wymusić na UW wybór własnego prezydenta. Odbyło się w tej sprawie burzliwe spotkanie radnych AWS. Uczestniczyłem w tym spektaklu jak w filmie fantasy. Otóż paru działaczom związkowym po prostu się we łbach poprzewracało. Stwierdzili, że skoro mamy więcej radnych niż UW, to nam się należy stanowisko prezydenta. Albo więc wymusimy to na Unii Wolności, albo „dokupimy” kilku radnych z SLD, co pozwoli nam rządzić bez UW.

Przez wiele godzin odbywały się różne groteskowe głosowania, z których nic nie mogło wyniknąć, bo kilku radnych, w tym niżej podpisany, zdecydowanie odmówiło udziału w jakichkolwiek knowaniach z SLD. Niezależnie od motywacji politycznych i estetycznych było dla nas zupełnie jasne, że SLD – mając najwięcej radnych – na pewno zrezygnuje z prezydentury i wejdzie w koalicję z UW, a nie z AWS.

Niestety, nie rozumieli tego niektórzy radni AWS; przez przypadek akurat ci, którzy kilka dni później, gdy Rada Miejska wybrała Frankiewicza na prezydenta, stali się jego najuniżeńszymi podnóżkami. Dziś już mogę ujawnić, że cały konflikt zażegnał ówczesny szef śląskiej „Solidarności”, Piotr Duda, który późnym wieczorem przyjechał na nasze spotkanie i przemówił do rozsądku paru tępakom. Najciekawsze, że większość ówczesnych radnych do dziś nie ma pojęcia, o co toczyła się gra.

…do marazmu

W roku 1998 szanowałem Frankiewicza i nadal lojalnie z nim współpracowałem, ale poznałem go na tyle, że nie miałem najmniejszych wątpliwości co do jego preferencji politycznych. One już wtedy skrystalizowały się jednoznacznie: prezydentura za wszelką cenę! Działacze „Solidarności” nie chcieli uwierzyć, że Frankiewicz pójdzie na współpracę z SLD, choć sami gotowi byli po cichu paru eseldowców – jak mówili – „dokupić” wraz z chętnym do współpracy drobnym Gliwickim Forum Samorządowym.

Dziś niektórzy z nich znaleźli się wraz z byłymi SLD-owcami w jednej prywatnej partii o wdzięcznej nazwie „Koalicja dla Gliwic Zygmunta Frankiewicza”, obejmującej nie tylko Radę Miasta, ale i rady nadzorcze, zarządy różnych firm zależnych (i formalnie niezależnych), zwycięzców w licznych przetargach, posady dyrektorskie, prezesowskie itd., itp.

Wszystko zmienił rok 2002 i – wielokrotnie już przeze mnie przypominana na tych łamach – nieszczęsna ustawa o bezpośrednim wyborze wójta, burmistrza itd. Od tego czasu los polskich prezydentów nie zależy od radnych, ale od kwot pieniędzy, wydanych na kampanię wyborczą. A pod tym względem nikt nie może konkurować z dożywotnimi szefami miast, którzy na swoje potrzeby wyborcze – i tylko na te potrzeby – wydają pieniądze, pochodzące z wielomiliardowych budżetów samorządowych czterech lat każdej kadencji. I dlatego od roku 2002 obserwujemy postępującą degrengoladę moralną i coraz bardziej egoistyczne rządy naszego prezydenta.

Już wtedy pisałem o demograficznych trendach, obserwowanych w Polsce i w Gliwicach. Jeszcze miałem za mało danych, by to dokładnie zinterpretować. Szybko jednak okazało się, że z Gliwic nie wyjeżdżają mityczni bogacze, by budować sobie hacjendy w powiecie. Z Gliwic wyjeżdża młodzież, która nie widzi dla siebie perspektyw. I w tej materii nasz prezydent nadal nic nie robi, bo po prostu nie rozumie powagi sytuacji. Im dłużej będzie rządził, tym będzie nas mniej. Jeśli to jest celem Frankiewicza, to gratuluję pełnego sukcesu na 25-lecie samorządu, ale uczciwie byłoby gliwiczanom o tym powiedzieć.

Andrzej Jarczewski

2 Comments on "Andrzej Jarczewski – Zryw i dryf gliwickiego samorządu"

  1. … no i … "ch.j" – chciałoby sie powiedzieć, cytujac niejako słowa piosenki. No i … "ch.j" – powtarzam. Żyję w tym mieście już "parę ładnych lat", przeżyłem "to i owo" oraz "tego i owego". Przeżyłem tzw "komunę" – jak się to dziś uroczo nazywa, przeżywałem nieletność i dziewictwo Panny "Solidarność", widziałem jak ją potem rozdziewiczyli i "du.czyli" jak popadnie i gdzie popadnie, aż z "niewinnej panienki" stała się … sami sobie dodajcie czym … W podziw prawdziwy wpowadzała mnie (i wprowadza nadal) nieustannie rosnąca ilość rewolucjonistów "walczących z komuną" i od zawsze tkwiąca głęboko w konspiracji, tak głęboko, że sami nie wiedzieli, że w niej są. Przypomina mi to "nieśmiertelnych powstańców śląskich", których przybywało z roku na rok, miast ubywać. "Samorząd" zawsze kojarzył mi się z "nierządem", a samorządowcy z osobami nierząd uprawiającymi (znam trafniejsze określenie dla osób tej profesji). O ile jednakowoż, nierząd i prostytucja to najstarsze bodaj zawody i jednak do dziś cieszące sie pewną estymą, i mimo wszystko na pewien szacunek zasługujace, o tyle "samorząd i samorządowców" nijakim szacunkiem, przynajmniej u nas, darzyć nie można i nie powinno się. Tak sie bowiem składa, że o ile z "działalności nierządnic" ktoś tam jednak ma lub miał przyjemność i zadowolenie, a nawet zaspokojenie, o tyle działalność "samorzadowców" nijakiej przyjemności nikomu nie dostarcza ani zadowolenia, nie mówiąc o zaspokojeniu. Godzi sie zatem, z którejś tam okazji istnienia, samorządowcom i pochodzącemu z tych kregów Nieśmiertelnemu Prezydentowi  życzyć: "ch… Wam w d…" …

  2. marianandrzejczak | 24 sierpnia 2015 at 5:30 pm | Odpowiedz

    Od czasu poniższego tekstu minęło 13 lat i co się zmienilo? Świeży gliwicki boton zmienił  się już w monolit i dalej ma się dobrze. Naród i mieszkańcy miast ,miasteczek oślepli bo nie widzą cwaniactwa tych którzy niemiłosiernie w imieniu DEMOKRACJI garną do siebie….….

     

    Państwo Polskie to Państwo Prywatne. Samorządy i bezpartyjność to bzdura. W miejsce partii politycznych weszły struktury Partii Prywatnych dla niepoznaki zwanych Koalicjami.

     

    Gliwice dn.14.01.2003

    Jak historia kołem się toczy

    Trzy lata temu rozpocząłem pisanie cyklu "Liberum Veto" a przed rokiem "Nowej Generacji"
    Trzy lata to jedna czwarta z dwunastu lat a dwanaście lat to jedna czwarta okresu panowania socjalizmu w Polsce. To czwarta część mojego życia. W tym czasie istniała szansa na społeczne porozumienie i budowę tamy dla wszechobecnej korupcji . To okres na zbudowanie zaufania do struktur demokratycznej władzy.

    Panowanie przejęli ludzie, na których wielu liczyło i z utęsknieniem czekało w tym także i ja.
    Narzekaliśmy na politykę grabieży i totalnego ignorowania społecznych dążeń przez ekipę poprzedników. Przejmujący władzę obiecali wzrost gospodarczy , walkę z bezrobociem i łagodzenie skutków rządów ekipy AWS.

    Dość było nam nieudolności premiera Buzka, który niczego, co zaczął nie potrafił doprowadzić do pozytywnego końca. Opłacamy teraz panującego z pełnią szyderczego uśmiechu przywódcę na miarę czasów. Czasów jednej partii i jej satelitów. Tegoż poznamy po tym jak kończy a nie jak zaczyna. Skruszy on jednak niedługo kopie ze wzrastającym społecznym sprzeciwem. Historia, więc ponownie kołem się toczy.

    Przepaść między oczekiwaniami społecznymi a władzą jest już nie do pokonania.
    To koniec marzeń o polityce porozumienia i to winien Rząd wreszcie pojąć.
    Wszystkie gałęzie życia społecznego i gospodarczego idą w kierunku nie takim jak oczekiwało tego społeczeństwo i nie takim jak przedwyborcze slogany.

    Cóż to jest owe społeczeństwo, dlaczego pozwala sobie na ciągłe drwiny ze strony władzy.
    Słabość narodu jest wynikową działań także jego prywaty oraz egoizmu wszystkich ekip rządowych RP. Bezrobocie jak i zamykanie zakładów pracy powodowane jest koniecznością bycia konkurencyjnym i jak mawia się cynicznie wolnym rynkiem. Rynkiem, którego nie można podać do sądu. Rynkiem, który w Polsce nie ma wspólnego mianownika z kapitalizmem.

    Nie do końca działania ekip rządowych w czasie trzynastu latach były poparte tylko potrzebami tegoż rynku. Rynku, który jest wolny na papierze a uciśniony przez ustawy cwaniaków, którzy za własne błędy każą płacić innym. Sami zaś uśmiechnięci i pyszni pozostaną z pełną sakiewką. To kapitaliści władzy i elit przyssanych do ich piersi, które zrobią wszystko by pomnożyć swój spory majątek. Za nic mają prawo i naród. Są ponad nim, bo posiadają miliony dolarów.

    Minęło 13 lat od ponownego rozbioru Polski, co poniektórzy zwą transformacją ustrojową .
    W okresie tym pewna bliżej nie znana część osób zgromadziła w swoich rękach ogromne majątki. Majątki pozwalające im wyhodować własne przepisy, własne prawo, a być może i własne armie zwane ochroną.

    Czy można, dojść w krótkim czasie do tak ogromnych pieniędzy w kraju biedy i tragedii ubóstwa? Można mając poparcie w systemowych układach. Inaczej nie można! Moment jakiegokolwiek sprzeciwu dla niesprawiedliwości społecznej skutkuje wysłaniem oddziałów prewencji w imię obrony wolnego rynku i praw własności jednych do bogactwa a drugich do nędzy. Prawo do nędzy a nie do stabilizacji posiadają oddziały prewencji tylko nie są tego świadome.

    To wyjątkowo racjonalny sposób działania desantu rozpoczętego 1989 roku. Jest niewielka różnica pomiędzy czasem aparatczyków socjalizmu a teraźniejszym. Jest tylko mniej ofiar, ale represje są podobne a myślę, że nawet gorsze. Nie bije się ludzi, bo są setki technik pokojowego jak bym to nazwał ujarzmiania narodu i tworzenia kasty niewolników. Warsztat rozbijania klasy pracującej dopracowany został do perfekcji w latach 1989-2002 i postępuje nadal. Nazwano go jakże perfidnie prywatyzacją. Środki na zakup posiadali jednak w większości ci, którzy wywodzili się z ówczesnej władzy komunistycznej albo byli z nią wieloma sposobami związani.

    Nie odrzucam jednak nielicznych jednostek, które działały w sposób prawy. Ci niemniej nie posiadają tak ogromnych pieniędzy jak medialne dzisiaj Lwy. Skłamałbym i byłbym stronniczy gdybym tego nie zauważył.To jednakże jest sfera mikro i gloria tym, którym się powiodło.

    Nie pragnę wracać do historii, lecz w tym jednym przypadku jest to uzasadnione. Znani są w pamięci naszego pokolenia ludzie z pierwszych stron socjalistycznych gazet. Wówczas młodsi, lecz dzisiaj o lat wiele starsi, ponownie nie schodzą ze szpalt prasy. Odmienieni rumiani i wierzący teraz w Boga i swoją partię. Jak to możliwe acz naród pogonił aparatczyków lat temu trzynaście. Jakąż to okrężną drogą i nieznanym tunelem wpełzli oni niczym syczące węże ze swoimi poplecznikami minionych lat. Wpełzli bo my na to przyzwoliliśmy i ponownie zawierzyliśmy pięknie opakowanemu kłamstwu. O ironio historii i niespełniona nadziejo kiedy wyuczysz nas szacunku dla prawdy a nie pustych słów.

    Bezrobotni nędzarze, obywatele ,ludu niepracujący stolicy.

    Jak to się stało, że tych, których pogoniliśmy rządzą nami do dzisiaj pod inną nazwą.
    Bez czerwonych legitymacji, lecz z kapitalistyczną prawdą o wolnorynkowym wzroście własnego głównie kapitału. Nie oni są głupcami a naród Polski, który na to zezwolił.
    Wybraliśmy ich, bo poprzednicy posiadający kapitał zaufania okazali się złodziejami.

    Naród nie potrafi skonsolidować swych tlących sił by przeciwstawić się zarówno jednym i drugim. Jest pełen własnej małej prywaty i nie dokona niczego, co zagraża jego własności.
    Nie przeciwstawię się, bo mnie wyrzucą i stracę wszystko. Tak wielu mówi i tak też myśli
    Władający potrafią tę słabość wykorzystać i manipulują nami za naszym przyzwoleniem.
    Wielu utożsamia władzę SLD z opieką państwa nad obywatelem. To ci sami ludzie, ale ich myślenie jest zupełnie inne i nie ma nic wspólnego z Edwardem Gierkiem tak mile wspominanym przez moje pokolenie. Jedynym z socjalistycznych elit który dawał nadzieję na lepszy los.

    Tak naprawdę on był promotorem zmian, które nastąpiły wiele lat później ale zostały zdeformowane. Oni potrafią zmieniać odcienie, bo posiadają potężne środki. Wiedzieli wówczas, że ich świat ponownie powstanie i będzie różowy, lecz tylko dla nich. My nie posiadaliśmy farb, więc kolory marzeń pozostały w tyle gdy ich znaczą na murach scenariusz ubóstwa. Zrobiono z nas siłę napędową dla zamierzonych celów.

    Nie ma siły politycznej, która oparła by się tak prawicy jak i doskonałemu desantowi ludzi byłej PZPR. Moc, która reprezentowała by nas wszystkich, lecz wynikowo ukrócała samowolę i prywatę w imię narodowego dobra i zachowania naszego jestectwa.

    We współczesnym świecie agresywnego kapitalizmu tylko jedność ponad podziałami pozwala trwać i się nadal rozwijać. Tę jedność rozbito w 1989 roku i nazwano ją okrągłym stołem z tymi samymi rycerzami. Rozbito przemysł nadając aktowi temu wykonawczy tytuł – Prywatyzacja . Ta doskonale przygotowana akcja desantu powiązanego z uprzednią władzą sprawiła pozbycie się ewentualnych zgromadzonych w jednym miejscu mas niezadowolonych pracowników. Ów socjalistyczny błąd jest dzisiejszej władzy znany i za nic w świecie go nie powieli. Mają słuszną rację, bo rozczłonkowanie grup to może i nad nimi trudniejsza kontrola, ale o wiele mniejsze ryzyko powstawania procesów przeciwnych polityce władzy.
    Siły tychże procesów!

    Gdyby jednak do nich doszło to jest policja opłacana za nasze pieniądze. I jak to premier niegdyś w swej mądrości powiedział… bo od tego ona jest. To zamierzony cel postaci spod znaku elit sprzed 1989 roku. Tworzenie spółek w dużych zakładach to nic innego jak rozdrobnienie grup pracowniczych. Późniejsze zaś podawanie do publicznej wiadomości cykli upadłościowych jest przemyślanym przebiegiem upadku tychże firm o z góry opracowanym scenariuszu. Następuje ich zamierzona likwidacja i utrata miejsc pracy.
    Głownie dotyczy to firm zbrojeniowych. Gdy tak naprawdę się zastanowimy to poprzemy tezę iż od lat nakazowo następuje jego likwidacja. Wszystko ma być tańsze ale czy ktoś policzył jakie straty poniesie społeczeństwo przez utratę swoich miejsc pracy. Czy aby koszta z tego wynikłe nie przekroczą nieznanych nam bliżej offsetowych korzyści.

    Z nas wszystkich jawnie robi się głupców i wmawia nam że obca woda jest lepsza i tańsza.
    Za nic mają oczekiwania pracy i chleba. Nieliczne jednostki będące u władzy nie były z partią socjalizmu nie związane.

    Niegdyś walczący z ludźmi tamtejszej władzy i do teraz się jąkający potrafią publicznie gestem wypowiadać słowa swej miłości do wcześniejszych prześladowców. Może, więc ci ludzie nigdy tak naprawdę nie byli przeciwnikami i doskonale wiedzieli, że kierować będą nami ponownie. Prześladowcy nie byli zaś ich prześladowcami. Może to była tylko polska ruletka, w której ponownie wygrali namiestnicy Jałty. Może tych, których uważamy za bohaterów nimi nie są. Może bohaterami są tylko polegli w chwale za Polskę, którzy niczego już nie powiedzą i dobrze, że tego nie widzą.

    Cześć i chwała ich pamięci. Do was niemi bohaterowie narodowego zrywu ,który podziwiał niegdyś świat. 1980 rok – historia. Gdańsk, manifestująca Polska, Solidarność i teraz ci, których pokonaliście powracają w innych maskach. Przeistoczyli się z komunistów w kapitalistów i nadal są posiadaczami. Trwonią łzy nad waszymi mogiłami i prawią szydercze kłamstwa.

    Jak to stało się możliwe?

    Prezydent Kwaśniewski wymieniany jest w kuluarach NATO jako potencjalny następca sekretarza Robertsona. To niedorzeczne, bo człowiek ten nie potrafi przeciwstawić się fali zagrożeń terroryzmem biedy we własnej Ojczyźnie a tylko jak papuga powtarza namiestnika Izraela Busha. Amerykańskiego prezydenta ,który nie pragnie pokoju i wyjaśnień. Pragnie wojny i za wszelką cenę do niej zdąża .Interesy innych nie mają przecież znaczenia tak jak ich opinie. Dowody można przecież spreparować a Adolf Hitler uczynił to niegdyś w Gliwicach.
    Król Polski posiada wielu przyjaciół nawet wśród tych, którzy jeszcze nie tak dawno mylili jego nazwisko. W latach osiemdziesiątych ci jego przyjaciele walczyli z takimi jak on komunistami. Sam zaś był przedstawicielem Rządu, którego władze namierzały rakiety na państwa zachodnie. Na jego przyjaciół. To wszystko wydaje się bez sensu a jednak jest i trwa.
    Ile trzeba zmienić kolorów by stać się tak dostrzeganym.

    Mój stary Ojciec mawiał, że polityka to śmierdząca rzecz a politycy to ignoranci i tak naprawdę boją się tylko utraty władzy i własnych sakiewek. Strażniku Konstytucji ludzie sami nauczą się tworzyć swój świat spokojnie acz z trudem. Niech Pan nie pomaga, bo tego i tak Pan i tak nie robi. Błagam niech Pan już tylko nie przeszkadza. Bezrobotni wiedzą, czym jest polski pseudo kapitalizm i dlatego łączą się by bronić przez siebie samych tworzonych miejsc pracy . Na wysypisku Prezydencie III RP a nie w Sejmie. Cóż Pan ma do tego skoro to wolny rynek? Ma Pan wiele acz to Pan jest strażnikiem Konstytucji, która nakazuje im walczyć o swoje i to prawo im nadaje. Biorą, więc w swoje ręce swój byt a chcą tak niewiele.
    Wówczas państwo wysyła siły by im….tę małą cząstkę nadziei odebrać. Właściciel wysypiska wyraża słuszny pogląd na sprawę zaś stworzenie spółki przez tych ludzi jest idiotyzmem samym w sobie. Państwowe instytucje zabiorą im wszystko powołując się na prawo i konstytucję, której Pan a nie oni jest strażnikiem. To fakt, że Rząd nie jest od tworzenia miejsc pracy. Nie jest też zainteresowany potrzebami społecznymi. Czym więc władza tak naprawdę jest zainteresowana?

    Marian Andrzejczak

     

     

     

     

     

Leave a comment

Your email address will not be published.


*