Antypolityka muzyczna

Piszę to w dniach protestu artystów Gliwickiego Teatru Muzycznego (GTM), który pada ofiarą oszczędności na kulturze, zarządzonych przez prezydenta miasta Zygmunta Frankiewicza. Ale problem jest poważniejszy i dotyczy całego województwa śląskiego, a nawet kraju. Ten problem – to brak odpowiedzialnego sposobu finansowania kultury. I o tym będzie tu mowa. Sprawdzimy rzeczywiste interesy, a nie czcze deklaracje. Może to być bolesne również dla artystów.

jarczewski

Czytam informacje prasowe po ostatniej (23 maja) konferencji prasowej dyrektora Krawczyka. Najpierw: chamskie wyrzucenie z sali jednego z najpopularniejszych gliwickich dziennikarzy, Zbigniewa Lubowskiego. Jest to bardzo symptomatyczne wydarzenie. O kulturze w Gliwicach decydują przybysze, a gliwiczanin nie ma prawa o tym mówić ani nawet słuchać. I to taki gliwiczanin, który uczestniczy w życiu muzycznym Gliwic na różne sposoby od czterdziestu lat! Krytyczny wobec władzy, wybitny gliwicki dziennikarz usunięty z konferencji prasowej, bo… nie jest obecnie zatrudniony w żadnej redakcji.

Nie dziwota więc, że – wybaczcie drogie dziennikarki i dziennikarze chwilowo zatrudnieni, gdzie trzeba – nie dziwota, że relacje z tej konferencji, podobnie jak i wcześniejsze wywiady z Grzegorzem Krawczykiem, kierują uwagę czytelników na sprawy drugorzędne i powierzchowne. Od wielu miesięcy kreowana jest polityka świadomej dezinformacji (podobnie było, gdy Krawczyk likwidował Oddział Odlewnictwa Artystycznego, przeniesiony jednak później wskutek nacisku społecznego w nowe miejsce). Ile razy można ludzi nabierać na to samo?

Pisze się o planach, o których wiadomo, że są palcem na wodzie pisane, a nie dotyka się istoty rzeczy. Muszę więc te relacje uzupełnić i podnieść sprawy najważniejsze z prośbą do dziennikarzy, by nie dali się nabierać na pozłotka. Odwijajcie opakowanie i pokazujcie Czytelnikom taki towar, jaki jest w środku naprawdę. Może z tej pracy narodzi się zdrowa koncepcja finansowania kultury w całym kraju? Wszak najlepiej uczymy się w kryzysie.

 

Dlaczego prezydent likwiduje GTM

Przede wszystkim – odstawmy osobę dyrektora Krawczyka na bok, bo on tu gra tylko rolę figuranta. Protesty artystów, tracących pracę w GTM, zostaną zlekceważone przez prezydenta miasta z dwóch ważniejszych powodów. Pierwszy jest taki, że prezydent buduje sobie Halę Frankiewicza, co będzie nas kosztować 350.000.000 zł! Ta współczesna piramida Cheopsa tak obciąża budżet miasta, że brakuje pieniędzy na wszystko, więc w każdej przegródce budżetowej, w tym w dziale „Kultura”, robi się cięcia.

Trzysta pięćdziesiąt milionów złotych plus koszty infrastruktury, otoczenia, utrzymania i spłaty kredytów! Wszystko za pieniądze miejskie bez jednego centa europejskiego! Prezydent musiał więc zaostrzyć dyscyplinę finansową, za co pochwalił nas zresztą Fitch, którego interesuje klimat biznesowy, nie – kulturalny. Agencje ratingowe nie wiedzą, że za 350 milionów złotych, a faktycznie za pół miliarda – Gliwice, które liczą dziś 172.000 stałych mieszkańców, mogłyby rozwiązywać wszystkie swoje problemy społeczne przez wiele lat.

Ale drugi powód walki z artystami jest ważniejszy. Otóż prezydent nie szczędził i długie lata nie kontrolował wydatków na GTM, bo główna sala Operetki przez dobre dwa dziesięciolecia świetnie służyła najważniejszemu celowi, jaki prezydent stawia wszystkim instytucjom i przedsiębiorstwom, którymi włada. Ten priorytet – to zapewnienie prezydentowi Frankiewiczowi dożywotnich rządów w Gliwicach, bo to jest twarda baza, po opanowaniu której można myśleć o różnych funkcjach na Śląsku, w Związku Miast Polskich, a nawet w senacie, gdyby udało się przepchać ustawę o kumulacji funkcji prezydenta miasta i senatora – cel życia Frankiewicza.

Każdego roku organizowano więc w GTM parę imprez specjalnych, w trakcie których prezydent rozdawał publicznie swoje łaski tym, których lubił, po czym musiał być jakiś występ artystyczny, żeby publika była zadowolona. I tylko po to utrzymywano Teatr, który mógł w wolnych chwilach robić inne rzeczy, w tym nawet prawdziwą sztukę, co jednak nic nie znaczyło dla Frankiewicza. Ten bowiem zaledwie odróżnia: grają, czy nie grają. Jedynym kryterium oceny dyrektorów, podległych naszemu prezydentowi, jest sprawność w zarządzaniu, czyli bezwzględne działanie z pozycji siły i zapewnianie prezydentowi klaki. Jakakolwiek rozmowa o dobru miasta, a zwłaszcza o dobru mieszkańców jest wykluczona, on takim językiem w ogóle nie włada. Każdą swoją decyzją mówi nam, że to nie prezydent ma służyć miastu, ale miasto prezydentowi.

I tak to działa już szóstą kadencję najdłużej w Polsce prezydującego kacyka. Niestety, perspektywy GTM są marne. Za jakiś rok gliwicka piramida Cheopsa będzie gotowa, a tam występki prezydenta oglądać będzie już nie pół tysiąca notabli, jak w Teatrze Muzycznym, ale co najmniej… 15.000! Po co więc utrzymywać jakiś przestarzały teatrzyk, skoro z nowego podium można będzie zadziwić cały świat, a przynajmniej kilka okolicznych powiatów?

 

Brak nadzoru się mści

Trudna sytuacja GTM nie pojawiła się nagle. Cóż bowiem zrobi każdy dyrektor, który dostanie 10 milionów i praktycznie wolną rękę w ich wydawaniu, jeśli nie liczyć drobnych wydatków na obowiązkowe oficjałki? Otóż każdy ambitny dyrektor zechce w swojej instytucji robić sztukę na najwyższym poziomie. Dla niego celem – mówimy o interesach – jest uzyskanie nagród, Złotych Masek, wiwatów na sali, dobrych recenzji, wdzięczności goszczących tu sław itd.

Oczywiście bywają dyrektorzy, których celem jest tylko dobra pensja, a najlepiej dwie dyrektorskie pensje i dostęp do artystek, ale o tym teraz nie mówimy. Są tacy, którzy lubią castingi na chłopców, więc robią castingi, są też tacy, którym słoń nadepnął na ucho, więc ci będą uciekać od muzyki i usuwać wszelkie wzmianki o muzyce nawet z nazwy teatru, który im nieopatrznie powierzono. Dla takiego muzyczność nie jest bogactwem miasta, ale osobistą uciążliwością. Zlikwidujmy więc muzykę! Miasto zubożeje, ale dyrektor się wzbogaci!

Efekt wieloletniego braku nadzoru nad Gliwickim Teatrem Muzycznym jest szokujący. Oto za gliwickie pieniądze zatrudniani są artyści spoza Gliwic, wystawiane są sztuki niegliwickich autorów dla niegliwickiej publiczności! Nieźle działająca promocja GTM zapełnia widownię całymi autobusami, przyjeżdżającymi z dalekich nawet miast, a na scenie widzieliśmy najznakomitszych wykonawców operetkowych i musicalowych. Oczywiście – głównie spoza Gliwic.

Był to więc system transferu gliwickich pieniędzy na zabawianie w Gliwicach przyjezdnych gości przez przyjezdnych gości. Tylko – z największym szacunkiem dla wszystkich gości – dlaczego gliwiczanie mają to finansować? Przecież samą gliwicką publicznością nie da się wypełnić 500-osobowej sali więcej niż kilka razy na tym samym tytule. Tu rynek odbiorców sztuki jest bardzo płytki. A jest taki, bo Gliwice nie wychowują swojej młodzieży do uczestniczenia w kulturze.

 

Wypędzić poetów z miasta (Platon)

Gliwice od dawna wypędzają swoich twórców. Szczycimy się tym, że Tadeusz Różewicz tu tworzył swoje najważniejsze sztuki. Ale Różewicz nie jest w Gliwicach grany ani znany. Nawet nie ma swojej ulicy! Jest jeszcze kilku innych znakomitych twórców z Gliwic, realizujących swoje dzieła poza Gliwicami i wielu, wielu dalszych, o których nigdy nie usłyszymy, bo ich talent został zniszczony, zanim zdążył rozkwitnąć.

Odnotujmy, że Gliwice mają więcej obywateli niż starożytne Ateny czasów Peryklesa. Konkretnie: 31 marca 2016 PKW podaje liczbę 144.831 gliwiczan uprawnionych do głosowania, natomiast w Atenach Peryklesa uprawnionych do głosowania było niewiele ponad 40.000. Jest więc nas o sto tysięcy więcej! Nie jesteśmy statystycznie głupsi ani gorsi od Greków. Ale – jeśli Frankiewicz pozuje na Peryklesa – to gdzie jest gliwicki Sofokles, Anaksagoras, Herodot, Sokrates czy Fidiasz. Owszem, Sofoklesa mieliśmy w osobie Tadeusza Różewicza. Ale to dawne dzieje.

Prezydent Frankiewicz lekceważy lokalnych artystów. Ale chętnie się grzeje w blasku odbitym od sławy byłych gliwiczan, którzy zdobyli w świecie pozycję dopiero po ucieczce z naszego grajdołka. Za to kierowanie instytucjami kultury chętnie powierza przybłędom. Na przykład wiceprezydentem od spraw kultury jest jakiś wieśniak z Opolszczyzny, całkowicie impregnowany na potrzeby kulturalne miasta, nowym dyrektorem Teatru Muzycznego został wędrowny kuglarz z Zagłębia, a jego zastępcą do spraw artystycznych – kolega z Krakowa, wyspecjalizowany w peregrynacjach po całym kraju w poszukiwaniu zleceń, które – nawiasem mówiąc – realizuje z dobrymi recenzjami.

To wszystko jednak nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek misją na rzecz miasta. Ot panowie przyjeżdżają tu po wynagrodzenie, a jak się coś zmieni – gotowi są w każdej chwili wyjechać do innego miasta, gdzie zresztą przezornie szykują sobie lądowiska poprzez dawanie zleceń wykonawcom obcym, w czym akurat Grzegorz Krawczyk celował jako dyrektor Muzeum. Nie ma tu nawet cienia postawy służebnej. Jest epatowanie nazwiskami, tytułami i nierealistycznymi planami. Co z tego, że ci nowi dyrektorzy zrobią jedną czy dwie premiery, skoro w dalszym ciągu dawna Operetka służyć będzie w głównej mierze rozdawaniu pensji gościom za rozrywkę dla gości? Jaki z tego pożytek będzie miało nasze miasto! Czyż taka polityka nie zachęca utalentowanej młodzieży do ucieczki zaraz po maturze?

Gość z Krakowa, któremu powierzono dyrektorstwo artystyczne, zauważył nazwę ulicy: „Nowy Świat”. I to go inspiruje. Ale nie zauważył miasta, które zawsze będzie dlań obce, i które niebawem opuści w poszukiwaniu intratniejszych zleceń. Tak to działa. Miasto ma dawać publikę i pieniądze. A sztukę to już goście zrobią sobie taką, jaką tylko zechcą, bo prezydent na pewno nie będzie się wtrącał w sprawy, na których się nie zna i które nie interesują go w najmniejszym stopniu.

 

Konflikt interesów

To trzeba powiedzieć jasno: interesem dyrektora każdego teatru – bez względu na to, co on sam o sobie opowiada – jest zapełnienie repertuaru słynnymi samograjami, zdobywanie różnych nagród branżowych, ewentualnie wystawianie własnych utworów lub adaptacji, z czego płyną dodatkowe pieniądze. Natomiast interesem miasta jest wszechstronny rozwój młodzieży, kreowanie własnych twórców, promocja własnych artystów na zewnątrz i zapewnienie własnej publiczności przeżyć artystycznych na odpowiednim poziomie. Rzecz jasna – powinny być wystawiane również arcydzieła światowe, ale główny ciężar finansowania powinien sprzyjać budowaniu własnej kulturowej tożsamości.

Jak widać, różnica interesów jest ogromna. Ktoś powinien to harmonizować, ale tym kimś – w obecnym systemie prawnym – jest tylko prezydent miasta, bo absolutnie nikt inny nie ma dziś nic w tej sprawie do powiedzenia. A jeśli prezydent ma kulturę w nosie? Cóż, tak właśnie się dzieje m.in. w Gliwicach. Nowi dyrektorzy zapowiadają utworzenie zupełnie nowego zespołu aktorskiego, odpowiadającego ich wyobrażeniu o sztuce. OK, ale adresy tych aktorów, misiu, adresy! Miasta! Jeżeli to ma być zespół na poziomie krajowym, to gdzie ten zespół znajdziecie? Wychowacie artystyczny narybek (jak kiedyś Piast, gdy znalazł się w kryzysie), czy po prostu kupicie sobie najlepszych na rynku zawodników i dacie im mieszkania (jak Piast, gdy znalazł się w ekstraklasie)? W jakiej wy jesteście ekstraklasie?

Gdyby polityka kulturalna na Śląsku miała charakter regionalny, gdyby pieniądze na utrzymanie teatrów szły z budżetu województwa – byłoby mądre i celowe tak kształtować sieć instytucji i taki zapewniać program artystyczny, by służyło to regionowi. Obecnie jednak Gliwicki Teatr Muzyczny jest finansowany w stu procentach z kasy miejskiej i przez publiczność (nie liczymy tu drobnych przypadkowych grantów), a to znaczy, że priorytetem muszą być potrzeby miejskie, a nie regionalne i nie dyrektorskie. I – oczywiście – nie prezydenckie!

 

Kultura celowa w PRL

Warto tu przypomnieć, że na Śląsku tworzenie instytucji kultury muzycznej po wojnie było możliwe tylko tam, gdzie zachowały się jakieś duże sale. Pomijam już starania sławnych artystów i całych zespołów, bo przecież nic nie spadło z nieba i o każdy teatr trzeba się było starać a nawet walczyć. Efekt taki, że np. Filharmonię Śląską usytuowano w Katowicach (1945), Operę Śląską w Bytomiu (1945), Operetkę Śląską w Gliwicach (1952), a Zespół Pieśni i Tańca „Śląsk” w Koszęcinie (1953). Podkreślam śląskość w nazwach tych instytucji. To były instytucje nie miejskie, ale regionalne, a ich finansowanie zależało od centralnego planisty. I na tym z grubsza polegała „śląska polityka muzyczna”, co w owym czasie miało oczywisty sens.

Gdy mowa o kulturze w PRL, zawsze trzeba mieć na uwadze cel główny finansowania różnych jej przejawów. Artyści przecież nie otrzymywali pieniędzy ot, tak, na uprawianie sztuki. Głównym celem komunistów było najpierw zdobycie władzy, następnie jej utrzymanie, a w końcu zapewnienie sobie rządów dożywotnich. „Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy!” – mawiał Gomułka, wyprzedzając w tym prezydenta Frankiewicza o całe pokolenie. By to osiągnąć, należało pozyskać najlepszych twórców kultury przedwojennej i wykreować nowych. Nie szczędzono na to środków. Artystom żyło się w PRL naprawdę dobrze na tle ogólnej biedy. Oczywiście: tym artystom, którzy władzę popierali, bo przeciwnicy gnili w więzieniach lub w grobach, choć mogli też pracować np. w… kopalni.

Poprzednie zdanie nie zmienia jednak ogólnej oceny dorobku kulturalnego PRL. Otóż – a teraz mógłbym przez kilka stron ciągnąć dowód – osiągnięcia kultury PRL w okresie pierwszego ćwierćwiecza, czyli od 1945 do 1970, były wybitniejsze, niż wszystko to, co wyprodukowała kultura III Rzeczypospolitej w porównywalnym ćwierćwieczu (1990-2015). Piszę o tym ze ściśniętym sercem, bo przecież twórcy dzisiejsi są tak samo utalentowani jak wczorajsi czy starożytni. Tylko system zarządzania kulturą, a zwłaszcza system finansowania jest gorszy. Za darmo można pisać wiersze i inne teksty, ale nie można ich za darmo drukować, promować i przekształcać w spektakle czy filmy. A muzyki poważnej i już nawet ludowej w ogóle nie da się uprawiać bez mecenatu publicznego.

 

Pół reformy czyli cały kłopot

Powstanie samorządu terytorialnego w roku 1990 umożliwiło stopniowe przejmowanie instytucji kultury przez władze lokalne. Odbywało się to w dość skomplikowany sposób, ale istota przemian polegała z grubsza na tym, że samorządy zyskiwały pewne dochody, które miały być przeznaczane na finansowanie teatrów, muzeów i bibliotek. Szybko jednak doszło do przejęcia przez samorządy pełnej odpowiedzialności za los tych instytucji, co oznaczało dowolność w finansowaniu (gdzieniegdzie do dziś utrzymuje się system mieszany). Jednym to wyszło na dobre, innym na złe. W Gliwicach było pod tym względem raczej dobrze.

Dziś los samorządowych instytucji kultury zależy w pełni od prezydenta miasta, bo dekoracyjną rolę radnych można już całkiem pominąć. Jeżeli prezydent da – teatr ma. A jeśli nie da, to nie ma i nic na to nie poradzisz protestujący artysto! Tylko muzea znajdują się w lekko uprzywilejowanej sytuacji, bo prezydent nie może całkowicie wstrzymać finansowania. A teatrowi – może. Każdą osiedlową bibliotekę i szkołę też może zamknąć. Jeśli coś daje, to naprawdę z łaski, a nie z przymusu. Najchętniej by taki kosztowny teatr sprzedał, co zresztą należy poważnie brać pod uwagę w przypadku GTM, jeżeli przyszły nabywca odpowiednio sobie skalkuluje dalsze losy niezwykle atrakcyjnego terenu i niewiele wartych budynków, które – wzorem wielu innych – aż się proszą w tym miejscu o wyburzenie.

Prawdy niepopularne

Władze centralne przez całe ćwierćwiecze kombinowały, jak tu zrzucić problem utrzymania instytucji kultury na samorządy. Kombinowały skutecznie, ale nie za­dbały o przyszły kształt kultury narodowej. To pozostawiono samorządom, co po roku 2002 znaczy: wójtom, burmistrzom i prezydentom. Niektóre większe instytucje powierzono marszałkom (starostwa powiatowe mają niewiele tego typu zadań). Wyróżniłem rok 2002, bo wtedy weszła w życie ustawa o wyborze prezydenta miasta przez lud, co uczyniło go praktycznie nieusuwalnym; ta sama ustawa daje prezydentom miast – w przeciwieństwie do prezydenta państwa – możliwość sprawowania rządów dożywotnich.

Sytuacja prawna pozwala więc prezydentowi na dużą dowolność, co wytworzyło barwną, ale zupełnie chaotyczną mozaikę na kulturalnej mapie Polski. W każdym mieście jest inaczej, a o współpracy nikt poważnie nie myśli, bo to się nikomu nie opłaca osobiście, choć dla kraju byłoby zbawienne. Każdy prezydent może na przykład zatrudnić jakiegoś sprawdzonego wykidajłę i rozproszyć zespół artystyczny, po czym zabrać się do zagospodarowania wolnego terenu, pozorując przez pewien czas stopniowo zamierającą działalność. Tak właśnie odczytuję powierzenie dyrekcji (bez konkursu) niejakiemu Grzegorzowi Krawczykowi, który poprzednio na stanowisku dyrektora Muzeum (powierzonym mu również bez konkursu) ćwiczył usuwanie ludzi z pracy. Co najmniej pięć procesów w sądzie pracy przegrał, ale nauczył się poprawnego wywalania ludzi i teraz już chyba poradzi sobie z artystami bez kłopotu.

 

Historia GTM od podszewki

Zmiany w Operetce Śląskiej zaczęły się w roku 1995. Wtedy wiceprezydentem Gliwic, odpowiedzialnym za sprawy społeczne, był niżej podpisany, a do kierowania i przekształcania Operetki Śląskiej szykowała się śp. Ewa Strzelczyk. Odbyłem z nią kilka rozmów, których główny sens był następujący. Przekształcamy Operetkę Śląską w Teatr Muzyczny w Gliwicach, za czym idzie stopniowe wygaszanie anachronicznego repertuaru operetkowego, poszukiwanie nowych muzycznych form scenicznych i stanowcze otwarcie się na potrzeby miasta, w tym współpraca ze Szkołą Muzyczną i wspieranie Policealnego Studium Wokalno-Baletowego, które co prawda było szkołą państwową, ale korzystało z budynku i zaplecza Operetki samorządowej. Starsi artyści mieli przechodzić do różnych zajęć profesorskich, co – z dużym trudem – było powoli realizowane.

Takie były moje żądania, natomiast Ewa Strzelczyk z zespołem MOK dodawała majowy festiwal teatralny (GST), umiejętność organizowania widowni i dobre kontakty ze światem artystycznym, co gwarantowało wysoki poziom koniecznego impresariatu. W tym też kierunku szły działania, wymagające zarówno stanowczości, jak i dyplomacji, bo ponad czterdzieści lat funkcjonowania Operetki wytworzyło jednak dość liczne (kilkadziesiąt aktywnych osób w Gliwicach) grono jej szczerych obrońców. Wszelkie problemy udawało się jednak rozwiązywać i przekształcenia postępowały we właściwym kierunku, choć – z założenia – powoli.

(Naszym błędem było niesporządzenie pisemnej strategii przekształceń. Tego błędu nie powtórzyłem parę lat później, gdy jednoczesną prywatyzację wszystkich przychodni lekarskich rozpocząłem właśnie od sformułowania idei, koncepcji docelowej i ścisłego harmonogramu przemian, a następnie starannie przedyskutowałem szczegóły z wszystkimi zainteresowanymi, w tym z prezydentem Frankiewiczem, którego poparcie dla tej idei miało wówczas kluczowe znaczenie).

Tragiczna śmierć Ewy Strzelczyk w roku 1998 zamknęła pierwszy rozdział przekształceń Operetki. Kontynuatorem miał być Paweł Gabara, który w swoim programie (byłem przewodniczącym komisji konkursowej) zapewniał o kontynuacji zastanej polityki repertuarowej z preferencją dla musicali. Niestety nowy dyrektor, który przyjechał z zacnego miasta Sosnowca, nie znał potrzeb Gliwic i dryfował w kierunku własnych preferencji, na co już nic nie mogłem poradzić, bo i kadencja mojej odpowiedzialności za sprawy kultury dobiegała końca.

Gliwice są niestety miastem inżynierskiej monokultury i w owym czasie nie mieliśmy własnych menedżerów, gotowych kierować tak złożoną instytucją, jak Teatr Muzyczny. Dziś pewnie by się znaleźli, ale niestety prezydent sprawę posprzątał Krawczykiem, a ten już parę razy dał głos w prasie. Ogólny tembr jest taki, że artyści nie mają się czego bać. Najgorsze już się stało, a teraz będzie tylko lepiej. Dla dyrektora (dwie pensje) i prezydenta (dziesięć kadencji)!

Andrzej Jarczewski

18 Comments on "Antypolityka muzyczna"

  1. Lesław Nowara | 24 maja 2016 at 4:35 pm | Odpowiedz

    Drogi Andrzeju, nie będę polemizować szczegółowo z tezami Twojego artykułu, ale muszę to i owo sprostować. Po pierwsze – Gliwice wcale nie planowały przejęcia ówczesnej Operetki Śląskiej, lecz wojewoda zapowiedział radykalne ograniczenie jej finansowania, jeśli miasto Gliwice nie zgodzi się na partycypowanie w kosztach i instytucja ta nie zostanie przekształcona we wspólną instytucję kultury – finansowaną z dwóch źródeł. I tak się stało. Proces ten zapoczątkował zarząd miasta z Piotrem Sarre i Ewą Bojarską w składzie, a ja wówczas byłem naczelnikiem Wydziału Kultury w UM. Tak więc nie w czasie Twojego pełnienia funkcji wiceprezydenta miasta u boku prezydenta Frankiewicza to wszystko zostało zapoczątkowane. Dodam, że to nikt inny, lecz ja –  byłem też autorem pisemnej koncepcji połączenia Operetki Śląskiej i Miejskiego Ośrodka Kultury w Teatr Muzyczny – i tak się stało. Tyle, że realizacja tej koncepcji odeszła daleko od mojego zamysłu i planów ówczesnego dyrektora MOK, a później także Teatru Muzycznego – Ewy Strzelczyk. Połączenie obu tych instytucji miało je wzmocnić, a nie osłabić. Tragiczna śmierć Ewy Strzelczyk, a potem zmuszenie mnie do opuszczenia stanowiska w UM (za Twojej kadencji) spowodowało, że Gliwicki Teatr Muzyczny zaczął ewoluować w zupełnie nieplanowaną stronę. MOK stał się jedynie impresariatem Teatru Muzycznego i zupełnie zatracił swoją kulturotwórczą rolę w mieście, a był wcześniej organizatorem wielu świetnych koncertów, wystaw i innych tego typu imprez, które po włączeniu MOK w strukturę Teatru … wyparowały z Gliwic. Gliwice są dziś chyba jedynym miastem w Polsce, które nie ma tego rodzaju instytucji jak Centrum Kultury, czy Ośrodek Kultury, bo MDK skierowany jest wyłącznie do działań na rzecz dzieci i młodzieży. Nie ma więc dziś kto (poza różnymi stowarzyszeniami i klubami) stymulować życia artystycznego poprzez koncerty, wystawy, spotkania autorskie, działalność wydawniczną. Dla gliwickich plastyków, fotografików, pisarzy, muzyków – nie ma dziś żadnego mecenatu, ani instytucji miejskiej wspierającej ich działalność. A GTM?  Życzę tej istytucji jak najlepiej, lubię klasyczną operetkę, ale na tego rodzaju spektaklach nie byłem w Gliwicach już od lat, bo, hm …. artystycznie pozostawiały nieraz dużo do życzenia, a też trudno się karmić ciągle takim rodzajem sztuki. Co do zapowiedzi dyrektora Krawczyka, uważam za bardzo dobry pomysł, bo sam to już dawno głosiłem, likwidację Gliwickich Spotkań Teatralnych i wprowadzenie w ich miejsce stałych (tzn. w praktyce np. 1-2 w miesiącu) najlepszych spektakli teatralnych "ściąganych" przez cały rok z wszystkich najlepszych teatrów w Polsce. GST widziałem w inne formule – jako festiwal teatralny, z jury, nagrodami itp, itd, ale o tym mówiłem jeszcze za życia Ewy Strzelczyk, bo potem … nie bardzo było już z kim rozmawiać. No cóż, życie pokaże co będzie dalej ….

  2. Ton chyba typowy dla Pana Jarczewskiego, ale personalne wycieczki są wręcz niesmaczne – szczególnie biorąc pod uwagę chełpienie się, że sam był doskonałym zarządcą i wszystko zrobiły lepiej… o czywiście z pomocą świętej pamięci pani dyrektor. Trudno z tym dyskutować, bo nie będzie dane nam sprawdzić…

    Obawiam się jednak, że nowy dyrektor ma większy potencjał niż poprzedni i że raczej (nie sprawdzałam) nie bierze dwóch pensji, a to przecież dość poważny zarzut, więc mam nadzieję, że pan Andrzej ma na to dowody.

    Prównanie do Aten cokolwiek nietrafione. Autor nie wziął pod uwagę, że prawa głosu nie miały kobiety ani niewolnicy.

  3. Drogi Leszku. Nie próbuję odbierać Ci zasług, ale – szczerze mówiąc – dopiero dziś dowiaduję się o Twojej wcześniejszej pracy nad tym zagadnieniem. Problem naszej współpracy polegał właśnie na nieinformowaniu przełożonego, jakim wtedy byłem, o wielu Twoich działaniach. To był poważny błąd z obu stron, bo ja wielokrotnie sygnalizowałem, że cenię, popieram i gotów jestem wdrażać właściwie wszystkie Twoje pomysły w dziedzinie kultury. W sprawach sportu – a te zadecydowały o Twoim odwołaniu – Zarząd Miasta, w którym zasiadali sportowcy, decydował bez mojego większego udziału. Przypomnę tu, że Twoim pomysłem było wyróżnienie Tadeusza Różewicza Honorowym Obywatelstwem Miasta, które Ty właśnie – jako instytucję – wydobyłeś z niebytu, a ja przeforsowałem na Zarządzie. Nasza współpraca przebiegałaby znakomicie, gdybyś czasami podawał mi źródło finansowania Twoich zawsze cennych, ale nie zawsze z powodzeniem przeprowadzanych przeze mnie na Zarządzie Miasta inicjatyw. To było przyczyną największych napięć w relacjach z prezydentem. Natomiast Twoja pisemna koncepcja połączenia Operetki i MOK-u w Teatr Muzyczny jest mi do dziś nieznana i byłoby dobrze, gdybyś ją gdzieś opublikował. Ja takiej koncepcji nie sporządziłem i o tym piszę. W sprawę przekształceń Operetki włączyłem się na przełomie lat 1994/95 i naprawdę nie wiem, co w tej sprawie działo się wcześniej, bo nikt mi o tym nie mówił. Tak czy owak – dzięki za wypowiedź, która co prawda nie wymaga zmiany treści mojego artykułu, ale stanowi cenne uzupełnienie wiedzy o historii gliwickich instytucji kultury. Nie mogłem napisać o wszystkim, więc piszę tylko o tym, o czym wiem na podstawie dokumentów i własnej pamięci. Z serdecznymi pozdrowieniami – Andrzej Jarczewski

  4. Droga Pani Joanno

    1. Chyba coś źle napisałem albo Pani źle przeczytała. Otóż nigdy w życiu nie pisałem ani nawet nie myslałem, że jestem czy byłbym – jak Pani pisze – "doskonałym zarządcą". Przeciwnie. Właśnie zarządzanie zawsze było moją słabą stroną i do tego rodzaju działań się nie pchałem. Natomiast mówiłem, a teraz potwierdzam, że dokumenty programowe, koncepcje, idee a nawet całe książki piszę poprawnie. Byłoby dobrze, gdyby każdy zarządzający miał jakieś intelektualne zaplecze. Zawsze widziałem się w tej drugiej roli, a nie jako zarządzający, choć los niejeden raz kazał mi czymś zarządzać czy nawet dowodzić i to w nieco trudniejszej sytuacji niż dziś.

    2. W sprawie liczby pensji polecam Pani lekturę odpowiednich oświadczeń majątkowych. Również za rok.

    3. Liczba osób, zamieszkujących Ateny w Czasach Peryklesa niewiele przekraczała 100 – 120 tysięcy, natomiast wraz z koloniami bywało więcej. Ale kolonie miały własnych twórców i tworzyły własną kulturę. Tak czy owak – Gliwice są liczniejsze, choć z roku na rok liczba mieszkańców stale o 1 procent spada. I to jest największy problem, a nie nasze spory.

    4. Przestrzegam przed sprowadzaniem dyskusji na teren potencji, czy potencjału nowego dyrektora. Mam powody, by go nie szanować, a on sam daje powody, by zeń szydzić. Niemniej – mój tekst dotyczy zupełnie innej sprawy. Tego mianowicie, że upadek GTM jest niejako wpisany w system finansowania kultury w samorządach. Dyrektor nie ma tu nic do powiedzenia. Ma ciąć wydatki, za dobrą pensję się tego podjął i wykonuje swoje zadanie z największą bezwzględnością.

    Serdecznie Panią Pozdrawiam, ale już tu nie będę odpowiadał na anonimowe zaczepki. Andrzej Jarczewski

     

     

    • Ja tylko namawiam, żeby mój portal był polem merytorycznej dyskusji. Do szydzenia z innych niech jednak służą prywatne portale. Czy słusznego, czy nie. Myślę, że to prośba do spełnienia.  Nie podobają mi się inwektywy – sam nigdy ich nie stosuję, także wobec osób, których nie cierpię, Chociażby dlatego, żeby swoimi prywatnymi emocjami nie absorbować innych.. Stąd miałem duży problem z Twoim tekstem Andrzeju, bo były w nim całe fragmenty, które można uznać wprawdzie za ocenne, ale na pewno obraźliwe. I niestety na teren potencji, czy potencjału sprowadzałeś rozważania co najmniej w kilku miejscach. I można to, a nawet trzeba robić, ale bez zbędnych epitetów, z nadzieją, że jednak czytają to ludzie, którzy potrafią wyciągnąć samodzielne wnioski.  Bardzo mi zależy na portalu, który prowadzę od 2012 roku. Zawsze można tu pisać kontrowersyjnie, ale merytorycznie. Naprawdę o to upraszam. Bo to kogo i za co kto nie szanuje, niech pozostanie sprawą prywatną. To oczywiście uwagi na przyszłość. Proszę nie bierz tego nawet specjalnie do siebie, bo piszę to często przy różnych okazjach. Ale sam wiesz, że tekst nie traci na znaczeniu czy błyskotliwości, jeśli go z takich rzeczy oczyścić. To już nie odnośnie tego przypadku, ale czasami zwyczajnie żal mi tekstu, którego nie mogę puścić, bo autor nie potrafi wznieść się ponad prywatne uprzedzenie czy antypatię i sobie folguje. I to nie jak Ty, kulturalnie i z finezją, ale zgoła odmiennie.

      • Właśnie o te obraźliwe fragmenty chodziło mi przede wszystkim – w samą ocenę sytuacji nic nie wnoszą, za to źle wpływają na moją ocenę autora i jego podejścia do sprawy (wydaje się przez to zapalczywy i zawzięty… jakakolwiek jest prawda). Do tego przysłaniają kwestie merytoryczne.

        Osobiście, jako rodowita gliwiczanka, wcale nie oczekuję, żeby ofertę kulturalną dla mnie przygotowywali wyłącznie gliwiczanie – takie podejście zrobiłoby z nas jeszcze większą kulturalną prowincję – najważniejsza jest jakość. Promowanie wyłącznie gliwiczan pachnie kolesiostwem, co nie zmienia faktu, że zdolnych ludzi warto promować…

  5. Wnikliwy obserwator | 24 maja 2016 at 10:44 pm | Odpowiedz

    Myślę, że w odpowiedzi Joannie warto sięgnąć do ogólnodostępnych zeznań majątkowych Grzegorza Krawczyka. W 2014 roku zarobił on 113.355 zł, a w 2015 roku – już 133.772 zł. Podwójne dyrektorowanie jest więc dla niego bardzo korzystne pod względem finansowym. W 2014 roku otrzymywał pieniądze tylko z Muzeum w Gliwicach. W 2015 roku uzyskiwał już apanaże z dwóch źródeł: Muzeum (119.372 zł) oraz Gliwickiego Teatru Muzycznego (14.400 zł). Atrakcyjne dochody w łącznej wysokości 11.148 zł miesięcznie to z pewnością przyjemna gra warta świeczki. Zwykli śmiertelnicy mogą chyba tylko pomarzyć o podobnych pieniądzach. Proszę wziąć to pod uwagę, Szanowna Joanno. Można to z łatwością sprawdzić we własnym zakresie. Matematyka nie kłamie!!!

    • Abstrahując od samej wysokości wynagrodzenia, rzeczywiście imponującej, podane dane niczego nie udowadniają. Ostatecznie przez większość roku Grzegorz Krawczyk dyrektorował Muzeum, pod koniec zostając dyrektorem Teatru. Wynagrodzenia z tych dwóch jednostek bynajmniej nie musiały być pobierane jednocześnie, jak sugerował autor artykułu. Zakończył pracę w jednym miejscu, czy też został w nim urlopowany, i zaczął w drugim – nic wielkiego.

  6. Byly 2 referenda. Trzeba bylo wyrzucic Frankiewicza. Jeszcze nie jest za pozno. Cala nadzieja w tym,ze obecny parlament wprowadzi kadencyjnosc i to z takim uwarunkowaniem, zeby tacy zasiedziali prezydenci, jak Frankiewicz (jest prezydentem juz 23 lata) nie mogli juz kandydowac. Kazdy inny bedzie od niego lepszy i wreszcie rozbije sie ten uklad. Poza tym prezydent miasta powinien zostac przebadany. Mamy prawo wiedziec, czy czlowiek, ktory rzadzi miastem jest zdrowy.

    • ho, ho – pisze Pan i pewnie w to wierzy, że "Cała nadzieja w tym,że obecny parlament wprowadzi kadencyjność …" – otóż nie wprowadzi, zaręczam Panu, że nie wprowadzi, bo i po co… Z "kadencyjnością" to jest tak, jak z tą "przysłowiową minutą" – minuta, minucie nie równa, inną ma ona "wartość", gdy Pan przed drzwiami wychodka czeka, a inną gdy Pan już w środku … Ten parlament już w środku jest, proszę Pana …

      A co do badania Pana Prezydenta, to o ile pamietam, każdy pracujący ma badania okresowe, więc i Pan Prezydent pewnie też …

  7. Lesław Nowara | 25 maja 2016 at 9:32 am | Odpowiedz

    To ja jeszcze króciutko – ad vocem Andrzej Jarczewski 🙂  Nie umiem w żaden sposób odszukać dat poszczególnych wydarzeń – sami spróbujcie znaleźć gdzieś informacje kiedy i kto pełnił funkcję dyrektora Operetki Śląskiej i Gliwickiego Teatru Muzycznego – mnie się nie udało nic znaleźć w Internecie, a pamięć moja jest zawodna. Ale co do pytania o opracowaną przeze mnie koncepcję połączenia Operetki Śląskiej i Miejskiego Ośrodka Kultury i utworzenia w ich miejsce Teatru Muzycznego – musiało to być bodaj w 1992 albo 1993 roku (w czasie prezydentury Piotra Sarre i wiceprezydentury Ewy Bojarskiej). W tym czasie odbył się konkurs na dyrektora Operetki Śląskiej, w którym brałem udział i zaprezentowałem w konkursie zarys tej koncepcji. Konkursu nie wygrałem – dyrektorem została prof. Michalina Growiec. Ponieważ jednak moja koncepcja zmian organizacyjnych odnoszących się do ówczesnej Operetki i MOK była chyba jedynym tego rodzaju pomysłem przedstawionym w konkursie (o innych nic mi nie wiadomo), prof. Michalina Growiec już jako dyrektor Operetki zaproponowała mi rozwinięcie mojej konkursowej koncepcji w formie bardziej szczegółowego opracowania – co zrobiłem, za zgodą i wiedzą mojej ówczesnej szefowej – wiceprezydent Ewy Bojarskiej. Opracowanie to na pewno znajduje się w przepastnych archiwach GTM. Faktycznie jednak połączenie obu instytucji nastąpiło już później, po objęciu stanowiska dyrektora przez Ewę Strzelczyk, ale zamysł tego połaczenia i zasady organizacyjne opracowane były przeze mnie, oczywiście z różnymi autorskimi modyfikacjami Ewy Strzelczyk na etapie wdrażania projektu. Ubolewam jedynie, że cała ta transformacja przyniosła skutki odwrotne do zamierzonych, widocznie są jednak ludzie niezastąpieni, bo po tragicznej śmierci Ewy Strzelczyk w 1998 roku, Teatr Muzyczny stopniowo stawał się coraz mniej ciekawym artystycznie i kulturotwórczo miejscem, choć parę dobrych spektakli oczywiście było. Ale chodziło o coś zupełnie innego – MOK włączony w strukturę Operetki miał po prostu mieć otwarte możliwości korzystania ze sceny teatralnej na realizację swoich teatralno-koncertowych pomysłów, a Operetka zyskać silne wsparcie impresaryjno-marketingowe, no i tak faktycznie było … do 1998 roku …   I na koniec – raz jeszcze ad vocem Andrzej Jarczewski – Drogi Andrzeju, nie żywię żadnej urazy ani do Ciebie, ani do ówczesnego prezedenta Zygmunta Frankiewicza, że Waszą decyzją zostałem "skłoniony" do opuszczenia stanowiska naczelnika Wydziału Kultury w 1996 roku, z powodu coraz bardziej rysującej się różnicy pogladów w zasadniczych kwestiach dotyczących sposobu finansowania z budżetu miasta klubów sportowych, ale także i spraw związanych z obszarem kultury w mieście. Uważam, że moi przełożeni mieli prawo rozstać się ze mną, skoro nie byłem w stanie zaakceptować niektórych podejmowanych wówczas decyzji, uważając je za niewłaściwe z merytorycznego punktu widzenia. Nie poczytuję tego sobie oczywiście jako moje wyłączne zasługi, bo uważam, że Twoje działania za rzecz kultury w Gliwicach, w tym czasie gdy pracowaliśmy razem, przyniosły bardzo dużo dobrych efektów, podobnie jak i praca Twoich poprzedników – Ewy Bojarskiej i Aleksandra Chłopka, ale mam poczucie, że mój okres pracy w Urzędzie Miejskim w Gliwicach w latach 1991 – 1996, był jednym z najlepszych dla kultury mieście w okresie ostatniego ćwierćwiecza … I zachowałem z tego okresu jak najlepsze wspomnienia. A ocenę mojej pracy pozostawiam innym, bo tak jak każdy – takiej ocenie podlegam i pewnie nie wszyscy postrzegali moje działania pozytywnie, ale to przecież normalne …

  8. Gleiwitzer49;

    "A co do badania Pana Prezydenta, to o ile pamietam, każdy pracujący ma badania okresowe, więc i Pan Prezydent pewnie też …°

    Rozumiem przyjacielu, że Ciebie takie badania nie dotyczą, a szkoda;)
    Przyznaję, że lubię czytać Twoje tutaj wypowiedzi, nawet te obszerne, choć nie z wszystkimi się zgadzam, bo ostatnio do swoich tekstów dopisujesz swoje alergiczne obsesje wobec PIS-u. Odnoszę wrażenie, że jesteś zaKODowanym przegranych, którym śnią się jeszcze korytka:)

    Albo jesteś ofiarą szczuj-ni, których się namnożyło ostatnio, albo jesteś ich fanem, no to gratuluję:) 

     

    • … ano, mnie te badania, "okresowe" oczywiście, rzeczywiscie nie dotyczą. A czy szkoda ? – może tak a może nie … Nie mam szczególnych obsesji wobec PIS-u, mam natomiast "szczególne obsesje" wobec odradzającego się, niestety własnie w PIS-ie, czegoś czego nie chciałbym, a myśle, że Pan również … Nie chciałbym "tego języka", języka, dodam, dla mnie obrzydliwego, bo często (zbyt często) języka przemocy, nienawiści, chamstwa wręcz, tej pogardy i … paru innych rzeczy też. Nie jestem fanem PO – żeby mi ego nie zarzucono, tak na przyszlość, a od dawna nie jestem juz fanem "lewicy". Nie jestem "zaKODowanym  przegranym" – wręcz przciwnie, w stosunku do wielu "obecnych" jestem wygranym i całkowicie niezależnym i … i nie "śnią mi sie korytka" bom już na "diecie", a i "apetycik" też już nie ten … Slowem – "to co mom, to mi styknie" … Czy jestem natomiast "ofiarą szczujni" ? – hm – szczujni może nie, ale klimatu ostatniego tak … Na szczęście, mam kompas i wiem gdzie północ, gdzie południe, wschód i przede wszystkim gdzie zachód. To bardzo fajnie mieć kompas … 

      Ale, ale – czy aby nie zaczynamy trollować w innym temacie – innym niż przewodni ? …

      • Nie chciałbym "tego języka", języka, dodam, dla mnie obrzydliwego, bo często (zbyt często) języka przemocy, nienawiści, chamstwa wręcz, tej pogardy i … paru innych rzeczy też. Nie jestem fanem PO – żeby mi ego nie zarzucono, tak na przyszlość, a od dawna nie jestem juz fanem "lewicy". Nie jestem "zaKODowanym

        No cóż takim stwierdzeniem mój drogi potwierdziłeś,że jesteś nie tylko ofiarą ale również propagatorem tych szczuj-ni o których wspomniałem;)
        Ja takich problemów jak Ty nie mam, bo przestałem taką  totalną nienawiść z ich strony słuchać, czytać i oglądać. Owszem czasami kontroluję ich wściekliznę totalną, bo może coś biorą ale myślę, że na ten przypadek, bez rycynusu się tutaj nie obejdzie:)

        A co do kompasu, o którym wspomniałeś, ja użyłem go w najlepszym momencie tj. w momencie kiedy nijaki TW. chyba Jan wystawił wam partyjnego prezia, którego do dzisiaj nie potraficie odkleić spod żyrandola, nawet kulturalnie;) W tym przypadku moja intuicja kolejny raz mnie nie zawiodła tak, że "kulturę" nie muszę konsumować np. hiper-makietach, które w niedziele i święta sa zamknięte.

        Ale, ale – czy aby nie zaczynamy trollować w innym temacie – innym niż przewodni ? …

        Trochę pokory z Twojej strony, bo nie ja rozpocząłem. Jeżeli chodzi o temat przewodni, to jestem w nim na bieżąco ale się nie wypowiadam, bo robienie przez dopellt gliwickiego dyrektora GTM kultury za pośrednictwem żyrandolowego pilota, jest dla mnie kolejnym koszmarem;)

  9. … trochę mnie to smuci, nie za bardzo, ale jednak. Smuci mnie, że Dwie Postacie, które, mimo wszystko cenię i które coś dla mnie znaczą i reprezentują, tu „skrzyżowały swoje klingi”. Nie, krew się nie poleje – tego mam pewność. Niestety nie skrzyżowały One „swoich kling” w dziedzinie „ratowania”, w dziedzinie „koncepcji na przyszłość” … Skrzyżowały, tak trochę we wzajemnych zarzutach, niedopowiedzeniach lub dopowiedzeniach, różnym widzeniu faktów i zdarzeń i różnej w nich swojej roli …  Może to kwestia temperamentów obu Panów, może … Pozwolę sobie jednak, przypomnieć Im, że Obaj czynnie uczestniczyli w „przemianach”, których „owoce” konsumujemy dzisiaj … Mocno wierzę w to, że „wówczas”, w ten czy inny sposób, stymulowali zmiany mając przekonanie, że ku dobru wspólnemu to zmierzać będzie i ku lepszemu … Mocno wierzę w to, bo tak chcę, bo tak mi wygodniej, bo z taką wiarą lepiej się czuję … Więc, moi Drodzy Panowie, nie burzcie proszę tego mojego o Was obrazu, mojej o Was opinii … W życiu coś trzeba mieć, a przynajmniej w coś wierzyć – jeśli nie w posągi z brązu, które dziś tak uroczo się przewraca, to przynajmniej w ludzi, niektórych ludzi … Drodzy Panowie – zostawcie „historię”, zapomnijcie co było, bo to co będzie, jest o wiele ważniejsze, a Wasza rola nie musi się kończyć na „wspominkach”, na „kontestowaniu przeszłości” i własnego w niej udziału … Ja tego już nie potrzebuję, ja przeżyłem już swoje zauroczenia, radości i smutki „tamtych lat”, dla mnie „tamto” już nie wróci … Ale mam jeszcze Wnuka … 

  10. Dzisiaj w TV REPUBLIKA o godz. 21.30 o Krawczykowym GTM. Zastanawiające jest to, dlaczego misiowe gliwickie media milczą? A i u Pana cichutko. Myślę, że dobrze by było, żeby jak najwięcej gliwiczan to zobaczyło;)

    • Tak się składa że już prawie miesiąc pracuję w Gruzji. Podobnie jak inni ja również do życia potrzebuje pieniędzy 😉 i jeszcze z miesiąc to potrwa.

Leave a comment

Your email address will not be published.


*