Bieszczady nieoczywiste

 Pojechałam.

  Przez przyjaciół namówiona, po raz pierwszy w życiu, w wieku mocno dorosłym pojechałam, by przekonać się, ile prawdy w tym, że Bieszczady to stan umysłu, że przyciągają ludzi nieprzeciętnych, że kto raz zobaczy, będzie musiał tu wrócić.

Legend tysiącem obrosły te góry, a historia piętno swe odcisnęła tu mocno.

  Tydzień to za mało, by Bieszczady poznać, ale wystarczająco, by się w nich zakochać od wejrzenie pierwszego i od pierwszego chłodnego powiewu znad Sanu.

Wystarczyło wysiąść z samochodu, a już kojący szum rzeki pozwolił zapomnieć o kilkugodzinnej podróży z śląskiej ziemi. 

I tak, osiadłszy wśród przyjaciół w podotryckim Chmielu, rozpoczęłam bieszczadzką przygodę.

  Wiadomym jest, iż punkt obowiązkowy bieszczadzkich wędrówek to połniny.  Wetlińska, Caryńska, Bukowe Berdo i szczyty: Krzemień, Halicz, Rozsypaniec i ten najwyższy i najczęściej "zdobywany"- Tarnica.

Wiadomym jest, nie tylko tym, co bieszczadzkie szlaki nie raz już przemierzali, iż widoki z połonin dech zapierają i z nawiązką rekompensują pot przelany na trudnych momentami podejściach. A wspomnieć należy, że nawet schody, co do zdobycia Tarnicy zachęcają, wymagają nie mało wysiłku.

Pominę więc w swych dywagacjach bieszczadzkie oczywistości, opis połonin, szczytów, widoków…

  To, co największe emocje we mnie wzbudziło, niejednokrotnie dreszcz wywołując, to miejsca ukryte. Ukryte i stosunkowo niedawno odkryte. To oddalone nieraz zaledwie o kilka czy kilkanaście metrów od turystycznych szlaków cmentarze i skupiska kamieni, będące jedyną pozostałością po cerkwiach i wsiach.

Te zagubione groby z ukraińskimi, czasem ledwo widocznymi inskrypcjami…

Już same wyryte na nich daty narodzin i śmierci każą szukać w wyobraźni obrazów zdarzeń i ludzi, co ledwie przed kilkudziesięciu laty wiedli tu swoje życie. Życie zgodne, mimo różnic etnicznych i wyznaniowych. Bywało bowiem, iż w jednej wsi żyli obok siebie Rosjanie, Ukraińcy i Polacy, grekokatolicy, katolicy, Żydzi a często także Cyganie. Ten kulturowo- etniczno- wyznaniowy tygiel funkcjonował tu przez setki lat, w rozsianych wśród lasów i łąk wioskach.

Tych wiosek już nie ma. Opustoszały w wyniku akcji przesiedleńczej w 1940 roku, potem akcji "Wisła" w 1947 i akcji H-T w roku 1951.

To, co zostało po mieszkańcach – rozkradziono. To, czego nie dało się ukraść – spalono. To, czego nie udało sie spalić – wysadzono w powietrze.

Zostały kamienie, krzyże, nagrobki i … sady. Owocowe drzewa. Jabłonie i śliwy wciąż wydające owoce to widok bardzo częsty na bieszczadzkich szlakach. Tam, gdzie teraz ledwo widoczna ścieżynka wśród gęstych, trudnych do przebycia zarośli, kiedyś tętniło życie.

Świadkami jakich wydarzeń; radosnych i tragicznych były te zdziczałe już dziś jabłonie?

  Kilka dni, to zbyt mało, by poznać Bieszczady. Zabrakło czasu, aby zobaczyć cudem ocalałe drewniane cerkwie.

Szczęśliwie w Chmielu, gdzie dane mi było tych kilka dni spędzić piękna cerkiew z początku XXw. p.w. św. Mikołaja ocalała, choć w 1968 roku o mało spalona nie została na potrzeby kręconych własnie tu, w Chmielu scen do "Pana Wołodyjowskiego".

Tu, przy cerkwi zobaczyć też można płytę nagrobną z 1644 roku z inskrypcją w języku cerkiewnosłowiańskim.

  Niemało wrażeń zostawiła też wyprawa do źródeł Sanu i grobów hrabiostwa Franciszka i Klary Stroińskich, którzy w XIXw. byli właścicielami wsi Sianki, z której dziś ledwie widoczne wśród traw pozostałości ich dworku ostały. Podczas tej kilkugodzinnej wędrówki niemal ociera się o graniczne słupy, na przeciwległym brzegu Sanu widać ukraińskich sołdatów, a od czasu do czasu przejeżdża ukraiński pociąg.

  Bywa i tak, że to, co na mapie obietnicą ruin, pozostałości wsi czy cerkwi okazuje się trudno dostępną i ledwie dostrzegalną wśród zarośli resztką kamiennego muru. Tak było w Tworylnem, gdzie w 1939 roku powstała graniczna, murowana strażnica, a w 1945 nie tylko strażnica, ale i pozostałe zabudowania wsi zniknęły. Pozostały, tak jak w wielu innych miejscach, stare owocowe drzewa…

  Podczas bieszczadzkich peregrynacji, przy wielu szlakach i ścieżkach napotkać można do niedawna dymiące jeszcze retorty, piece do wypalania węgla drzewnego, co wciąż zachowują w sobie specyficzny dymny zapach. Przechodzą już dziś retorty do historii, ale ich widok przywołuje obrazy ludzi, co pewnie z mocno pogmatwaną przeszłością przybyli w te strony i długie lata spędzili w retortowym dymie, uciekając przed życiem.

  Mocno na zmysły działają bieszczadzkie widoki, zmuszając wyobraźnię do intensywnej pracy, bo jak nie widzieć hrabiny Stroińskiej przemierzającej konno swe latyfundia, gdy mija się cmentarz w Beniowej, dwustuletnią lipę, co niejedno widziała, zarośnięte stawy hodowlane czy pozostałości dworku w Siankach, jak nie widzieć ludzi wypędzanych ze swych domostw w akcji "Wisła" i ich dobytku, niszczonego potem w ramach "rekultywacji" (sic!)?

  Pozostając jeszcze w nastroju nostalgicznym, wspomnieć należy współczesnych bieszczadników, co niczym spod ziemi wyrastali, gdy tylko spragnieni i strudzeni wielogodzinna wędrówką zasiadaliśmy z butelkami "Ursy" w dłoniach w przysklepowym klubie dyskusyjnym.

Ich filozoficzne wywody, opowieści o życiu, zachwyty nad podotrycką przyrodą pozwoliły mi zrozumieć sens "bieszczadzkości".

  Na koniec, zamykając swe bieszczadzkie wspomnienia,  jeszcze słowo o kinie. 

Jest bowiem na końcu świata, kino najprawdziwsze, kino "Końkret", co zarazem miejscem spotkań ludzi uduchowionych być się zdaje. I tam, do podotryckiej Zatwarnicy każdy kinoman, co zabłąka się w Bieszczadach kroki swe winien skierować, by w miękkim kinowym fotelu oddać się X muzie.

  Zanim przyjechałam, zanim zobaczyłam i poczułam, myślałam: góry to góry. Zbocza, szczyty, wędrówki, widoki… , ale wwiercają się te góry w głowę i w serce mocno. Poczułam to od pierwszych chwil, od pierwszych przebytych kilometrów. I ten lekki dreszcz, gdy widzi się ustawione przy szlakach tablice z ostrzeżeniem: "uwaga niedźwiedzie"…

  Nie można w tydzień zobaczyć wszystkiego. Zabrakło czasu na cerkwie, ikony, na obrazy Beksińskiego. Ale przecież w Bieszczady się wraca…

  Po zaledwie kilkudniowym pobycie rozumiem tych, co przyjechali i już zostali zostawiając za sobą ludzi i zdarzenia, że to miejsce idealne dla kogoś, kto chce uciec przed światem.

Dopóki świat jeszcze tu nie dotarł…

 

 

                                                                                                               Aleksandra Ścibich

Be the first to comment on "Bieszczady nieoczywiste"

Leave a comment

Your email address will not be published.


*