Cała w kawałkach – Paulina Żuchowska

Gdybym czytając tekst wysłany, zresztą na moją prośbę, przez Paulinę Żuchowską nie wiedział, że to dorosła i już ukształtowana kobieta i artystka, myślałbym że mam do czynienia z wynurzeniami może nie tyle rozedrganej emocjonalnie nastolatki, ale być może kobiety przewrażliwionej, która ma pewien problem z wyjściem z okresu szkolnej młodości.

75032_314142502037669_1764781160_n

Perypetie, o których wspomina Paulina w tekście, dla jednych byłyby ciekawsze, dla drugich mniej, ale w kontekście tego, czego młodej leszniance udało się dokonać, zdecydowanie zyskują. Paulina maluje, próbuje aktorstwa (z sukcesami) oraz pisze. Nie skończyła szkoły plastycznej, a jednak rozwija się i jej przyszłość artystyczna ograniczona jest jedynie rozmiarami jej talentu. Możemy jedynie być świadkami jej samoodkrywania się. Bo wydaje się, że to właśnie jest jej artystyczna droga i świadczy o tym potrzeba emocjonalnej wiwisekcji wyrażona w „Pamiętnikach 2005-2011), które są również do nabycia (http://www.e-bookowo.pl/poezja/pamietniki-2005-2011.html).

paulina

To lektura godna polecenia dla osób w każdym wieku – dla rodziców i wchodzących w dorosłość młodych ludzi. Jedni powinni dzięki niej zrozumieć, że tzw. „problemy wychowawcze” nie zawsze są efektem znamionującym same tragiczne konsekwencje. A ludziom młodym, „innym”, często szykanowanym przez otoczenie, pamiętniki Pauliny powinny dodać otuchy i zwyczajnej wiary w siebie.

Teraz natomiast krótki tekst Pauliny Żuchowskiej o niej samej specjalnie dla Czytelników Info-Postera:

Kawałki, kawałki…

Rzadko kiedy mogę być tak naprawdę sobą. Bo ja przez całe życie mam wielkie wrażenie, że gram. Jakby przed każdym, być może ze strachu .. że ludzie dowiedzą się prawdy na temat moich słabości i wykorzystają je. Każdy tak ma? Tego nie wiem. Mogę jedynie domyślać się, że większość, która nie zdaje sobie z tego sprawy na co dzień, ma podobnie.

Moje pamiętniki powstawały w trudnych dla mnie latach. Bo nie mogłam wtedy malować. Miałam szesnaście lat, kiedy musiałam podjąć rzekomą decyzję dotyczącą całej mojej przyszłości. To było tak bardzo beznadziejne.

Ludzie z zewnątrz odkąd pamiętam bardzo szybko mnie zapamiętywali i później rozpoznawali. Dlaczego? Tego nigdy nie wiedziałam i pewnie się nie dowiem. Być może nie chcę wiedzieć i zasłaniam się w myślach moją dziwnością artystyczną. Gdziekolwiek nie przyszłam, czy chodziło o nową klasę, szkołę, pub, czy miasto, ludzie wypytywali sąsiadów o moje prywatne życie, tworzyli dziwne historie na mój temat, dochodziło niekiedy do sytuacji, kiedy to sąsiedzi grzebali w moim śmietniku, w poszukiwaniu opakowań, by sprawdzić co kupiłam.

Odkąd pamiętam, czułam się przez to bardzo dziwna, przez to również samotna. Zawsze miałam wrażenie, że podobnie, jak główna postać w filmie „Biała Dama”, którą niedawno zagrałam, ja balansuję pomiędzy dwoma światami: fizycznym i duchowym; przez co tak naprawdę nie pasuję i nie należę do żadnego z nich.

Kiedy miałam szesnaście lat, wybrałam kierunek artystyczny w liceum. Dostawałam najlepsze oceny, byłam jedną z najlepszych uczennic, nie było to dla mnie nowością. Czułam się po prostu cudownie; bo nareszcie dla mnie, nauka w szkole połączona była z zajęciami z rysunku, na których również po raz pierwszy dla mnie brano pod uwagę w ocenach, wystawach i konkursach moje prace. Wtedy po raz pierwszy zorganizowałam wystawę indywidualną i wygrałam konkurs plastyczny (pamiętam, że zajęłam w nim pierwsze i drugie miejsce ex aequo i bardzo mnie to cieszyło ~ dla szesnastolatki obecność dwóch dziennikarzy i kamery podczas wręczania jej pierwszej wygranej nagrody w dziedzinie, z którą się utożsamia to wielkie przeżycie).

Wcześniej moich obrazów/ rysunków/ prac nikt w szkole nie brał pod uwagę. Chowano je, często palono, nie uwzględniano podczas konkursów dziecięcych. Natomiast na lekcjach plastyki moją najwyższą oceną zawsze było „4”. Dlaczego? … Za każdym razem kiedy przynosiłam do szkoły namalowany poprzedniego dnia rysunek, który odznaczał się bardzo na tle innych dziecięcych malowideł, słyszałam wówczas od nauczycieli słowa typu: „Ładnie twoja mama maluje”/ „Wszystko byłoby dobrze, gdyby ci tego mama nie namalowała” / „Mogłabyś w końcu sama coś namalować” / „Paulina nie mam już na ciebie siły – kto ci to rysował znowu?”

To bolało .. Bardzo bolało, bo niby nic takiego, jednak zostało we mnie i będzie chyba na zawsze. W końcu słyszałam to codziennie przez sześć lat trwania mojej szkoły podstawowej.

W gimnazjum miałam wielki problem z tego powodu i trochę to trwało, zanim przestałam się obawiać pokazywania moich prac nowym nauczycielkom. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, one je zawsze bardzo doceniały. Mało tego, wywieszały moje prace w szkole i oceniały na najwyższe oceny. Wówczas temat „Kto ci Paulina namalował ten rysunek?” zniknął z mojego życia, ku mojej wielkiej, wielkiej radości.

Po gimnazjum wybrałam profil artystyczny w liceum i bardzo mnie to cieszyło. Jak pisałam wyżej, czułam się w nim wspaniale.

Po pewnym czasie niestety zaczęły mnie dochodzić dziwne pogłosy od bliższych i dalszych znajomych, o tym że przez mój artystyczny profil nie dość, że zapewne nie zdam matury, to również nie dostanę się na studia. Nacisk ze strony otoczenia, był dziwnie duży. Patrząc na to z perspektywy czasu, mogę się jedynie domyślać, o co mojemu otoczeniu chodziło.

Przeniosłam się do innej „lepszej” (w wielkim cudzysłowie) szkoły. Przeniesiono mnie do klasy z profilem matematyczno fizycznym, ponieważ w innym nie było po prostu miejsca. I wtedy zaczęły się prawdziwe problemy. Na każdej godzinie lekcyjnej, ja byłam pajacem, z którego nauczyciel ‚miał prawo’ nabijać się przed całą klasą, ponieważ ja byłam „tą nową”, która przyszła z tej „gorszej szkoły”. Po dwóch miesiącach, ktoś z władz w szkole nagle odkrył, że „Paulina nie nadaje się do profilu matematyczno fizycznego” – wiązało się to z tym, że mogłabym nie przejść do następnej klasy z taką ilością jedynek, jaką zdążono mi już wlepić. (Mi, jednej z najlepszych jak do tej pory uczennic w każdej ze szkół, do których wcześniej chodziłam).

Przeniesiono mnie więc do klasy z profilem humanistycznym, przepisano wszystkie oceny do dziennika nowej klasy (niestety były to wyłącznie jedynki) i zabroniono mi mówić nauczycielom o tym, że wcześniej byłam przez dwa miesiące na profilu matematycznym.

Było coraz gorzej. Wszyscy w szkole doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że nie chodziło o mój ‚brak wiedzy’. Po prostu przyszłam wprost ze szkoły, z którą oni rywalizowali. Słyszałam praktycznie co godzinę o tym, z jakiego ‚burdelu’, ja do nich przyszłam i jaki brud ze sobą wniosłam. Najwyższą moją oceną, jaką kiedykolwiek tam dostałam było 3. Żeby dostać 2 musiałam znać materiał, za który inni uczniowie dostawali 5. Nauczyciele wyśmiewali mnie dosłownie co godzinę, bez przerwy, na każdej lekcji. Wynagradzano pozostałych uczniów piątkami, za opowiadanie wymyślonych historii na mój temat. Np. „Kto gdzie widział Paulinę pijącą alkohol na chodniku, albo na stadionie”. Ja nie miałam wyjścia, musiałam to wszystko jakoś przetrwać, bo w moim domu, pomimo nieustannych sporów moich rodziców z nauczycielami, które były w mojej obronie, coraz bardziej przestawano mi wierzyć w to, co mówiłam, na temat tego, co dzieje się w szkole. W moim domu wierzono coraz bardziej w to, że po prostu podniósł się poziom nauczania wraz ze zmianą szkoły i „Paulina” nie radzi sobie z nim. Więc, przychodząc do domu, dostawałam dodatkowe ‚reprymendy’, na temat tego, ‚jak źle się uczę’. Pomimo tego, że każdy swój czas spędzałam przed książkami i na korepetycjach, do domu przynosiłam tylko i wyłącznie jedynki, a moi rodzice byli wciąż powiadamiani o moich nieobecnościach, podczas gdy ja byłam w szkole.

Z moją ówczesną najlepszą przyjaciółką musiałam zerwać kontakt. Rodzice zabronili mi się z nią spotykać, nawet rozmawiać przez telefon, bo stwierdzili, że to wszystko przez nią; że to właśnie ona ściąga mnie na te ‚manowce’, o których wiecznie mówili im moi nauczyciele. To była wówczas jedyna osoba, której mogłam opowiadać o moich problemach, i która mi wierzyła.

Wtedy zaczęłam pisać. Moim przyjacielem stał się wówczas zeszyt i komputer. Pisałam wszystko, co czułam, co tak bardzo chciałam wykrzyczeć z siebie, jednak wiedziałam że nie mogę. Były próby samobójcze. Był psycholog, były psychotropy. I zawsze największym lekarstwem na wszystko był właśnie mój pamiętnik. Bałam się nazywać w nim rzeczy po imieniu, bo wiedziałam, że gdyby ktoś kiedyś to przeczytał, wyśmiałby mnie, nie uwierzyłby mi w to, co piszę, przecież wszyscy wciąż dookoła wymyślali straszne historie na mój temat, o tym jakim jestem degeneratem i menelem i to powszechne wówczas kłamstwo tak bardzo było większości ‚na rękę’. Przecież wszyscy w szkole doskonale wiedzieli, jak to wyglądało naprawdę. Raz pamiętam w mojej obronie stanął wicedyrektor szkoły, do którego chodziłam na korepetycje z matematyki. Niestety po krótkim czasie on przestał tam uczyć. Nauczyciele byli coraz bardziej wyniośli i cyniczni, bo widzieli przecież, że mogli dalej i wciąż robić ze mną dosłownie, co chcieli. Ciągłe publiczne upokorzenia, kary, wyzwiska, niedostateczne oceny wystawiane ‚dla zabawy,’ dla ‚śmiechu’; dopisywanie mi nieobecności w dzienniku przy innych uczniach, kiedy byłam obecna w klasie. Obrzydliwe i dwuznaczne obelgi i „żarty” na mój temat ze strony wychowawcy. Nie wiem, jak ja przeżyłam dwa lata w tym obozie, bo szkołą ja tego miejsca nigdy nie nazwę. Przeżyłam, zdałam maturę i dostałam się na psychologię, dzięki której wydawało mi się wówczas, ludzie zaczną mnie szanować.

Przez cały czas pisałam pamiętniki. Wszystkie emocje, które odczuwałam, zapisywałam i umieszczałam na stronie internetowej (blogu), o którego istnieniu wiedzieli nieliczni. Miałam wielką i jednocześnie bardzo cichą nadzieję, że ktoś prędzej, czy później wejdzie na mojego bloga, przeczyta wszystko, co w nim umieszczam, zrozumie mój przekaz i wyratuje mnie z tego piekła, które wówczas przeżywałam. Wiersze, w których pisałam: „Pomocy! Ratunku!”. Pisałam też o krwi i rozdzieraniu skóry, co było wówczas zamierzoną przesadą, bo bardzo chciałam zwrócić uwagę kogokolwiek na moje cierpienie. Jednak myślę sobie, czy to tak trudno było domyślić się czytając coś takiego, że mam problemy i nie mam kompletnie nikogo, z kim mogłabym o nich porozmawiać? Kogoś, kto widziałby moją tragedię wówczas i wierzyłby mi, a nie nauczycielom, według których tak nagle i po przyjściu do ich właśnie szkoły (która jest nadal na najwyższych pozycjach w rankingach), z wzorowej uczennicy ja stałam się kompletnym degeneratem.

Na psychologicznych studiach odczułam bardzo wielką, wręcz niewyobrażalną ulgę. Poczułam, jakby cały mój największy ciężar, który widocznie musiałam przejść , skończył się i nie wróci nigdy więcej.

Odkąd zaczęły się studia na psychologi, wróciłam do malowania. Nareszcie miałam na to czas. Było to dla mnie wręcz wymarzone połączenie. Dobrze się czułam z moją psychologią, byłam jedną z najlepszych w grupie, co sprawiało że liczyłam na wyróżnienie pod koniec pierwszego roku w postaci stypendium. Postanowiłam również rozpocząć naukę na drugim kierunku, na pedagogice, w innej uczelni. To był bardzo dobry dla mnie rok, dlatego też pewnie moich pamiętników nie pisałam wówczas prawie wcale. Niestety, pod koniec roku na psychologii przyszedł pewien profesor, ze swoistym bardzo usposobieniem. Moja grupa składała się praktycznie wyłącznie z dziewcząt. Powiedziałam prawdę władzom uczelni, powiedziałam jak wyglądały wykłady. Głupia myślałam, że powiem prawdę i wszystko się zmieni. Ku mojemu zdziwieniu otrzymałam dokumenty na adres domowy, które mówiły o ‚niezdaniu dwóch egzaminów’ u tego właśnie profesora. Po tym byłam zmuszona opuścić uczelnię, i mimo tego, że byłam na tak zwanym ‚prawie’ (o czym dowiedziałam się dopiero od rzecznika praw studenta, którego wtedy o wszystkim powiadomiłam) nie mogłam tam dłużej kontynuować nauki. Po takiej aferze, którą właściwie nieświadomie wywołałam i po tym wszystkim, czym mnie wtedy na uniwersytecie straszono, za rzekome pomówienie, którym mnie wówczas obarczono, nie wyobrażałam sobie kontynuowania nauki ani na tej, ani na żadnej innej uczelni. Bo to był dla mnie prawdziwy szok. Wierzyłam przez cały czas w ‚dobre’ imię uniwersytetu. Wierzyłam w ludzi. To był najwyraźniej mój błąd. Trauma związana z wydarzeniami, które miały miejsce wówczas, pod koniec roku na psychologii, wciąż daje mi o sobie znać. Bardzo chciałabym móc o tym wszystkim zapomnieć. Bardzo. Chciałabym móc żyć bez tamtych wspomnień i ciężaru, który noszę w sobie od tamtego momentu. Malując obrazy wyrzucam z siebie wszystkie najgorsze we mnie wspomnienia. Postanowiłam wówczas również przerwać studia na pedagogice. Po prostu nie chciałam mieć od tamtego momentu nic wspólnego z żadną uczelnią w Polsce. To było bardzo trudne postanowienie, które nosiłam w sobie przez długi czas. Byłam wychowana w idei wykształcenia, jako priorytetu. Wówczas z dnia na dzień, stałam się po prostu nikim, nie z własnej winy. Poza tym, że nie chciałam mieć nic wspólnego (jak już wyżej pisałam) z polskimi uczelniami, w ogóle nie wiedziałam, co ze mną dalej będzie. Bo jak żyć i trzymać w sobie resztki godności, podczas gdy rzeczywistość i prawda odebrały mi możliwość zdobycia wykształcenia? Wówczas to było pytanie, które mnie dosłownie dręczyło. Postanowiłam więc, kierować się moim ‚Przekonaniem’, o którym później pisałam wiersze, teksty, i które było w większości tematem moich wystaw. Przerażające emocje związane ze zdarzeniami podczas poszukiwania w sobie samej drogi do ‚przekonania’, czyli drogi jako takiej, do prawdziwego celu, który bardzo chciałam, by wówczas pokierował moim życiem, chociażby wbrew wszystkiemu co dookoła, również przez cały czas przelewałam na papier – wciąż pisałam pamiętniki. Po tym wszystkim postanowiłam, że wrócę do malarstwa na stałe, jako samouk. Postanowiłam, że pozwolę pokierować tej dziedzinie moim życiem, bo przecież to właśnie ona określa mnie przede wszystkim. Pierwszym obrazem, który namalowałam w Słupcy, do której przeniosłam się właściwie natychmiast po tym, jak mnie wyrzucono ze studiów psychologicznych, była Flora. Obraz ten można zobaczyć w załączniku. Będzie to dla mnie najbliższa moja postać, jaką kiedykolwiek stworzyłam na podobraziu, czy papierze, chyba już na zawsze. Po prostu kocham ten obraz, mimo że nie lubię na niego patrzeć. Przypomina mi dosłownie o wszystkim, co było dla mnie najtrudniejsze i najgorsze. Ponieważ ona powstała w wielkiej dla mnie tragedii. Właściwie największej, jaka mnie spotkała. Wiem, że dla większości, wyrzucenie ze studiów, może wydawać się dość błahą sprawą. Mnie bolało najbardziej to, że całe wydarzenie było nieprawne, mało tego, posądzono mnie wówczas o pomówienie. Ktoś dla własnej wygody i przede wszystkim bezpieczeństwa, odwrócił że tak powiem ‚kota ogonem’. Psychologia była moim powołaniem, które wciąż we mnie jest i wiem, że będzie we mnie już do końca. Człowiek to dla mnie wielka fascynacja. Jego emocje, wnętrze, przede wszystkim rysy twarzy, wyraz oczu, z których można wyczytać wszystko. Zaczęłam więc rysować portrety. Tworzyć je na podstawie odczuć, które wyłapywałam w rozmowie z portretowanym, podczas patrzenia mu oczy. Za każdym razem bardzo mi zależało na tym by narysowany przeze mnie portret przedstawiał portretowanego w świetle najcieplejszym. Bo na co dzień mało tego światła jest dookoła.

Wracając do obrazu mojego, najbliższego właściwie dla mnie, mojej Flory. Proszę zwrócić uwagę, o czym ona mówi do nas z kartki papieru, na której się znajduje. Ma oderwane obydwie ręce. Bo ktoś zabrał jej na zawsze możliwość wykonywania pracy, którą kocha najbardziej.

flora

Flora nie widzi, z bólu i z przerażenia, nie widzi tego, co się dzieje dookoła, bo boi się kolejnych niesprawiedliwych oskarżeń wymierzonych w jej stronę. Dlatego właśnie nie ma pięknych źrenic. Mimo tego uśmiecha się. Trochę cynicznie, trochę sztucznie, bo ból jej nie pozwala na szczerość. Ona nie chce obarczać więcej swoim ciężarem otoczenia, więc udaje. Jedna jej pierś jest odsłonięta pokazana światu, jakby krzyczała wręcz: korzystajcie ze mnie wszyscy i z tego, co we mnie dobre, bo pomimo mojej tragedii, ja dam wam, wam których kocham najbardziej, wszystko to, co jest we mnie dobre. ‚Pokarm codzienny we mnie’ to duchowe określenie mojego duchowego przekazu, jakim była wówczas Flora. Od tamtej pory tworzę, wbrew logice bardzo często. Podążam za przekonaniem, uczę się tego wciąż. I z dnia na dzień odkrywam coraz bardziej, że moje życie po prostu lepiej potoczyć się nie mogło. Bo dzięki temu, co było w moim życiu najgorsze, mogę po raz pierwszy być w zgodzie z moim wnętrzem. Ja życzę takiej drogi każdemu. Przede wszystkim, by pomimo wszelkich dziwnych trudności, które nas spotykają, potrafić odnaleźć w sobie rozwiązanie i przekonanie, dzięki któremu będziemy wiedzieli, będziemy mieli pewność, co robić dalej i po co tak naprawdę jesteśmy.

Paulina Żuchowska

3 Comments on "Cała w kawałkach – Paulina Żuchowska"

  1. GOGOL PRZEJAZDEM | 29 stycznia 2013 at 5:19 pm | Odpowiedz

    http://fotozrzut.pl/zdjecia/66514d5fc2.png

    W kraju gdzie rządzi sztuka…kulinarna.
    A pędzel służy w większości tyko do golenia.
    TAKIE RZECZYMOGĄ SIĘ ZDARZAĆ !

    http://fotozrzut.pl/zdjecia/b608005449.png
    http://www.emotka.pl/emotikony/klasyczne/0529.gif
    NIC JUŻ NIE BĘDZIE TAKIE JAK BYŁO…
    (TZ)

  2. Widzę głęboko zalegający afekt, sporo kompleksów, oraz ucieczkę w tosyczny kochanków połączonych  bezwarunkową, bezkrytyczną i bezbrzeżną  miłością narcyzną. Może gdyby użyć nieskomplikowanych słów, oraz mniej ryzykownych związków frazeologicznych i opisać swoje uczucia prostym językiem, ta autobiografia stała by się ciekawym przekazem? Pozdrawiam.

  3. Upps.. Jeszcze raz… Widzę głęboko zalegający afekt. Sporo kompleksów, oraz ucieczkę w tosyczny związe. Związek kochanków połączonych  bezwarunkową, bezkrytyczną i bezbrzeżną  miłością narcystyczną. Może gdyby użyć nieskomplikowanych słów, oraz mniej ryzykownych związków frazeologicznych, opisując uczucia prostym językiem, ta autobiografia stała by się ciekawym przekazem? Pozdrawiam.

Leave a comment

Your email address will not be published.


*