Co zrobić z truchłem GTM? – 1

Celowo użyłem w tytule słowa cokolwiek staroświecko brzmiącego, ale oddającego stan faktyczny. Gliwickiego Teatru Muzycznego już nie ma! Przyzwyczajcie się do tego, Szanowni Czytelnicy. Jeszcze próbuje się ukrywać ten fakt, ale ta instytucja została zarżnięta w ciągu kilku ostatnich lat, a przed finałem tego zbiorowego mordu ostrzegałem w wielu tekstach. Zatem Gliwickiego Teatru Muzycznego już nie ma, bo nie powstaje nowy repertuar, bo kiepsko z muzykami, bo nie ma wystarczającego zespołu.

co robić

Tymczasem, być może ku wielkiej konsternacji „kulturalnego” sektora naszej władzy, umierający teatralny kaleka niezwykłym porywem energii i osobistym talentem jednego człowieka (któremu wreszcie pozwolono, w miejsce Sartovej i kilkoro innych reżyserskich strachów na wróble, pokazać jego autentyczny talent), wspiął się na wyżyny, wypuszczając na rynek słusznie doceniony złotą maską spektakl „Rodzina Adamsów”.

Jacek Mikołajczyk i cały zespół artystów być może nie do końca zdają sobie sprawę, jak ważną rzecz zrobili. Tym jednym, zważywszy na sytuację, naprawdę ogromnym osiągnięciem, uratowali to, co ostanie się po trupie GTM (bo ten naprawdę nie ma już racji bytu), przed ostatecznym wyrokiem śmierci, który władze Gliwic zapewne nazwałyby cynicznie eutanazją. Zespołu, który potrafił zrobić „Rodzinę Adamsów" zwyczajnie dorżnąć nie wolno i nie może być na to społecznej zgody. A zatem zaawansowane metody terapii – transfuzje, dializy, transplantacje, protezy. A przede wszystkim amputacje części dotkniętych gangreną i nie do uratowania. Przeżarte zgorzelą mogą doprowadzić do całkowitego unicestwienia tego, co zostało.

Terapia musi być zatem radykalna. A w terapii radykalnej największą trudnością zawsze jest przekonanie pacjenta i jego bliskich o konieczności odjęcia kończyny, usunięcia połowy żołądka itp. Dla ratowania życia właśnie. Największym wrogiem lekarza jest upływający czas, który dramatycznie zmniejsza szansę na skuteczność terapii. Dokładnie w takiej samej sytuacji znajduje się w tej chwili Gliwicki Teatr Muzyczny (nazwę, która straciła rację bytu, stosuję jedynie dla porządku). Niezbędna jest mu terapia radykalna. Że będzie podjęta – liczyłem już od chwili, kiedy Grzegorz Krawczyk przejął obowiązki dyrektora truchła. Krawczyk ma twarde plecy. I doskonale zdawał sobie sprawę, że za jego nominacją idą cięcia budżetowe, oszczędności, konieczność podejmowania decyzji niepopularnych, czy wręcz wywołujących społeczną niechęć. Nie żal mi go, bo doskonale wiem, że i on wiedział, na co się decyduje. Sądzę, że bardzo szybko zdał sobie sprawę, co przejmuje i co będzie musiał zrobić. Będąc zaledwie kilka miesięcy dyrektorem, już zmuszony jest dać twarz tym wszystkim, którzy chowają się w drugim, trzecim i kolejnych rzędach struktur władzy, a którzy są rzeczywistymi winowajcami sytuacji, z którą mamy w tej chwili do czynienia. A jest ich sporo i tak się składa, że o wszystkich mogę bardzo wiele powiedzieć. I powiem, a temu między innemu posłuży mi cykl, który właśnie zaczynam – Co zrobić z truchłem GTM.

Krawczyk jest na cenzurowanym. Także u mnie. I będę oceniał go bardzo surowo. Różnię się jednak od wielu innych tym, że w niego wierzę. Konsekwentnie. Interesuje mnie, do czego prowadzi terapia, którą właśnie rozpoczął. Do jakiego celu prowadzi konającą instytucję i jaki wymyślił stan idealny, dla którego warto amputować, transplantować, leczyć.

Gliwicki Teatr Muzyczny doprowadzony najpierw do sytuacji skrajnego przenicowania i wycieńczenia, pozostawiony został ze środkami wystarczającymi zaledwie na wegetację i przetrwanie przez krótki czas. Oczywiście jedynie przy założeniu, że będzie się oszczędzać. Nie uciekajmy jednak w eufemizmy – będzie się ciąć, zwalniać, redukować. Winnym tego, że musi to zrobić, na pewno nie jest Krawczyk. Winnych znamy wszyscy, a ja – jak obiecałem wyżej – wypunktuję ich, opierając się tylko na faktach, w kolejnej części cyklu. Wszystkich, którzy krytykują pierwsze drastyczne cięcie, pierwszą amputację w postaci zawieszenia, czy nawet likwidacji (czas pokaże) Gliwickich Spotkań Teatralnych, zapytam inaczej – dlaczego uważają, że lepszym rozwiązaniem byłoby zwolnienie większej liczby artystów, czy też niewypłacenie zespołowi na przykład listopadowej i grudniowej pensji? Bo to tak działa! To, że dyrektor Gabara mógł sobie machnąć milionowy dług kierując instytucją kultury, to zwyczajna patologia. Z całą pewnością „za Krawczyka” to się nie powtórzy.

Z wszystkich wymienionych powodów przy całej mojej sympatii i wierze w jego kompetencje i intuicję – dyrektor Krawczyk będzie na cenzurowanym. Jeśli ktoś ma szansę sprawić, że instytucja zwana teatrem w ogóle w Gliwicach przetrwa, to tylko on. Myślę, że jego zwierzchnicy dopuszczają nawet opcję całkowitego wygaszenia. Tymczasem możliwości uratowania teatru i jego rozwoju istnieją i będę o nich pisał w kolejnych częściach cyklu. Ale o nie trzeba najpierw powalczyć. I pierwszym (właściwie drugim, bo pierwszym były zwolnienia) elementem tej batalii jest zawieszenie festiwalu. Im szybciej i im więcej osób to zrozumie, tym lepiej – tym większa będzie szansa na sukces. Krawczyka oceniał będę na bieżąco, ale rozliczę za efekt wszystkich działań, za kilka lat. Jeśli teatr w Gliwicach przetrwa i zajmie należne sobie miejsce w kulturze tego miasta (lub przynajmniej się do niego zbliży), będę zadowolony. Jeśli nie – poniosę klęskę, także w wymiarze osobistym.

Rozpoczynając niniejszy cykl mogę stwierdzić tylko, co najpierw zrobiłbym ja sam, gdybym to ja objął funkcję dyrektora GTM:

  1. Zwolnił grupę osób, będących pozostałością po wielkopańskim systemie zarządzania instytucją

  2. Zawiesił na co najmniej dwa sezony Gliwickie Spotkania Teatralne

Te kroki wykonał także Krawczyk. Ma moje pełne zrozumienie. O tym, co zrobiłbym dalej, także napiszę.

Kończąc ten „wstępniak” mogę tylko stwierdzić raz jeszcze – Jacek Mikołajczyk i ekipa Adamsów pokazali, że sztuka jest w ludziach. Rolą Grzegorza Krawczyka, będzie dać jej zaistnieć. Ale stwierdzę także coś innego – w obecnej, zdeprecjonowanej formule Gliwickiego Teatru Muzycznego, teatr w Gliwicach nie przetrwa. Należy szukać na niego nowego pomysłu. Strategii basiora samotnika Grzegorzowi Krawczykowi jednak nie polecam – pójdzie na odstrzał. Jak będzie źle – sanitarny, a jak będzie za dobrze – prewencyjny,

Dariusz Jezierski

 

6 Comments on "Co zrobić z truchłem GTM? – 1"

  1. Gliwiczanie, opamietajcie sie wreszcie! Wyrzuccie Frankiewicza! To jedyny ratunek dla Was i tego miasta!

  2. Nie słyszałam wcześniej o zawieszeniu Gliwickich Spotkań Teatralnych – to przykra wiadomość, choć nie zawsze odpowiadał mi dobór repertuaru, zawsze z utęsknieniem czekałam na tę imprezę. Mam nadzieję, że kuracja przyniesie oczekiwany skutek. I cóż, osobiście wolałabym teatr dramatyczny niż muzyczny… Najbardziej jednak interesują mnie losy naszego kina studyjnego (niestety z umiarkowanie studyjny repertuarem i małą salą na której warunki odbioru są po prostu skandaliczne).

  3. Wnikliwy obserwator | 8 kwietnia 2016 at 8:37 pm | Odpowiedz

    Jeszcze w końcowym okresie rządów Gabary w GTM doszło do ważnego zdarzenia, które było pierwszą oznaką cięcia kosztów teatralnych przez ekipę rządzącą Gliwicami. Ówczesny dyrektor GTM otrzymał kategoryczne polecenie zlikwidowania Gliwickiego Magazynu Kulturalnego – miesięcznika wydawanego przez Impresariat GTM. Ten periodyk utworzony przed wieloma laty był świetnym źródłem informacji o imprezach kulturalnych w mieście, w tym m.in. o spektaklach teatralnych. Wydawnictwo musiało umrzeć, bo Frankiewicz szukał za wszelką cenę budżetowych oszczędności. Pieniądze były mu na gwałt potrzebne, by załatać dziurę budżetową w paragrafie "budowa hali Gliwice" (wtedy jeszcze – PODIUM). Realizacja tej bardzo kosztownej inwestycji wymagała i wymaga zresztą nadal ogromnych środków finansowych, które trzeba zabrać innym. Zabrano więc teatrowi, bo to najprostsze rozwiązanie z punktu widzenia technokraty sprawującego władzę w mieście. Nie skończyło się jednak na unicestwieniu GMK. Postanowiono z czasem uśmiercić cały teatr, by dzięki temu uciułać ok. 10 mln zł rocznie. Dla Frankiewicza ważne są tylko obiekty materialne, a nie artystyczne dzieła ludzkiej twóczości – spektakle teatralne, festiwale bachowskie itp. On sam jako typowy inżynier nie zna się w ogóle na kulturze i jest kompletnie pozbawiony wrażliwości artystycznej. Ma swojego zastępcę, który winien się troszczyć o sprawy kultury. Krystian Tomala nie dba zaś o tę sferę życia w mieście, bo jest rażąco niekompetentny w tej dziedzinie. To charakterystyczny przykład wiceprezydenta od "siedmiu boleści". Po takich ludziach nie można się spodziewać niczego dobrego. Uważam, że GTM przeżyje co najwyżej do połowy 2017 roku…

  4. Zmiany to normalna kolej rzeczy, myślę jednak, że potrzebna jest dyskusja, w którą stronę powinny pójść. Do uzdrowienia sytuacji w GTM potrzebny jest dialog. Z przykrością zauważam jego brak. Jak na razie wszystko owiane jest tajemnicą i to tu, to tam różne grupy różnie "gdybią" co z teatrem będzie… Smutne, że swej przyszłości nie znali pracownicy, których cięcia dotyczyły. Ale dla Pana to przecież tylko enigmatyczna "grupa osób, będąca pozostałością po wielkopańskim systemie zarządzania"… 

    • Otóż to – dialog. Ten jednak może mieć miejsce tylko przy chęci do wzajemnego zrozumienia.  A trudno mi za takie uważać skupienie się na grupie ludzi, którą mając powody tak właśnie określiłemprzy jednoczesnym zignorowaniu wwyrażonego szacunku dla artystów.  Dodam też, że istotą zarządzania jest mimo wszystko to, że niektóre decyzje podejmuje się arbitralniet. Na marginesie -w moim tekście nie ma nawet zdania, które wykluczaloby dialog. Problemem Gliwic jest to, że władze praktycznie wykluczają taki model.

  5. Jeżeli GST kosztują 500 tys. zł, to rozumiem, że publiczność finansuje je samodzielnie kupując horrendalnie drogie bilety. Chyba że praktyka organizatora nadal przewiduje rozdawnictwo darmowych wejściówek dla pracowników muzeum, teatru, innych spółek miejskich, polityków, urzędników, znajomych i znajomych znajomych. W takim przypadku rzeczywiście należy zlikwidować, a nie zawieszać imprezę, bo jawi się jako branżowa, a koszty jej promocji w mediach są jawnym marnotrawstwem.

    Na szczęście prywatny Palm Jazz Festiwal otrzyma należne mu 400 tys. zł, bo to jest impreza, która gromadzi wielotysięczną publiczność, a jej ranga wielokrotnie przewyższa miejskie festyny: bachowski i teatralny. No i gliwicka szlachta samochodowa może już dumnie nabierać powietrza w płuca, bo właśnie otrzymuje abonament na wieloletnie finansowanie lotniska dla arystokracji samolotowej. Po pasztecie-abonamencie na finansowanie hal widowiskowo-sportowych, to jak korniszon. Gładko się przełknie.

Leave a comment

Your email address will not be published.


*