Czy Polsce grozi los Grecji? – rozmowa z posłem na Sejm RP, Andrzejem GAŁAŻEWSKIM

4 komentarze

– Czyżby w kwiecie wieku stał się pan nagle marksistą?

– Nie. Skąd w ogóle taki pomysł?

– Episkopat Polski ogłosił, że międzynarodowa konwencja o zwalczaniu przemocy wobec kobiet jest „neomarksistowską ideologią gender”. Sejm RP zdecydował zaś w głosowaniu, że Polska powinna ratyfikować tę konwencję.

– Rzeczywiście, byłem jednym z 254 posłów, którzy głosowali za ratyfikacją.

– To się bardzo nie spodobało katolickim biskupom, którzy absolutnie nie chcą przyjęcia przez Polskę tej międzynarodowej konwencji, podpisanej zresztą – co z pewnością warto odnotować – w Stambule.

– Myślę, że stanowisko Episkopatu w tej sprawie jest i tak bardzo łagodne w porównaniu z wypowiedzią posła Zbigniewa Girzyńskiego z Torunia, który z trybuny sejmowej oświadczył, że ratyfikowanie konwencji będzie – jak to określił – „końcem cywilizacji w naszym kraju”. Dla niektórych mogę więc być nie tylko marksistą, ale i sprawcą upadku cywilizacji.

– A zatem jest pan – jak widać – grzesznym osobnikiem. Czy w tej sytuacji może pan spokojnie spać?

– Przyznam się panu od razu, że nie dręczą mnie wyrzuty sumienia. Wzbudzająca tyle negatywnych emocji konwencja o zwalczaniu przemocy wobec kobiet nie zawiera w ogóle zapisów zwiastujących koniec świata. Podpisany w muzułmańskiej Turcji międzynarodowy akt prawny dotyczy po prostu różnych sytuacji życiowych, wynikających z tradycji, kultury, obyczajów i religii wyznawanych w poszczególnych krajach. Często kobiety są nie tylko dyskryminowane, ale i katowane w przypadkach choćby tzw. mezaliansów małżeńskich. W niektórych państwach na świecie, pozostających pod wpływem radykalnego islamu, kobieta może być nawet bezkarnie zabijana. Powstrzymanie przemocy wobec kobiet jest więc absolutnie konieczne.

– Nad konwencją unosi się jednak – jak twierdzą biskupi – duch Marksa.

– A może to tylko taka perfidna retoryka, mająca na celu zdyskredytowanie za wszelką cenę konwencji? Przypuszczam, że katoliccy hierarchowie nie akceptują po prostu podziału ról społecznych, jaki coraz częściej występuje obecnie w naszym społeczeństwie. Zdarza się bowiem, że mężczyzna opiekuje się dziećmi, a kobieta jest menadżerem w firmie. Takie sytuacje biskupi określają słowem „gender” i ostro protestują przeciwko nim. Odnoszę wrażenie że polscy biskupi są najbardziej konserwatywną częścią katolickiego kościoła powszechnego.

– Czy można się spodziewać, że prezydent Bronisław Komorowski skieruje teraz konwencję do Trybunału Konstytucyjnego i od jego werdyktu uzależni jej ewentualną ratyfikację?

– Sądzę, że jest to możliwe w gorącym okresie kampanii wyborczej przed majową rozgrywką prezydencką. W innych okolicznościach konwencja zostałaby przez prezydenta ratyfikowana bez żadnych wahań. Z badań opinii publicznej wynika przecież jasno, że ok. 70% Polaków opowiada się wyraźnie za zwalczaniem przemocy wobec kobiet.

– Szeroka opinia publiczna nie akceptuje natomiast innej decyzji Sejmu RP, dotyczącej ustanowienia wysokości kwoty wolnej od podatku. Postanowiliście w Warszawie, że jeśli ktoś zarabia ponad 257 zł miesięcznie, to można z niego zedrzeć już podatek dochodowy. Instytut Pracy i Spraw Socjalnych obliczył zaś, że finansowe minimum egzystencji wynosi w naszym kraju 521 zł miesięcznie na osobę.  Dlaczego kwota wolna od podatku została ustalona na tak niskim poziomie?

– Ministerstwo Finansów przedstawiło posłom drobiazgowe wyliczenia, z których wynikało, że podwyższenie kwoty wolnej od podatku do postulowanego pułapu doprowadziłoby do obniżenia dochodów budżetowych o 13,6 mld zł w skali całego kraju. W budżecie państwa nie ma zaś tylu wolnych miliardów. Nie zapominajmy, że w ostatnim czasie różne grupy zawodowe i społeczne domagają się coraz większych pieniędzy na swoje potrzeby. Górnicy, rolnicy, kolejarze, pocztowcy, nauczyciele i inni żądają hojnych dotacji budżetowych.  Skąd wziąć jednak fundusze na zaspokojenie tych wszystkich roszczeń? Spełnienie wysuwanych żądań i postulatów sprawiłoby, że Polsce groziłby los drugiej Grecji, czyli państwa niewypłacalnego.

– Znalazł się pan w grupie posłów, do których Piotr Duda powiedział niedawno: „Wiemy, jak wyglądacie, znamy wasze adresy, immunitet wam nie pomoże”. Czy poczuł pan strach po takim publicznym oświadczeniu lidera „Solidarności”?

– Nie jestem strachliwy. W czasach PRL nieraz próbowano mnie brutalnie zastraszać, ale formułowane pod moim adresem groźby nie odnosiły nigdy oczekiwanego skutku.  W styczniu wysłałem więc list do Piotra Dudy, w którym napisałem m.in.: >>Pańskie zachowanie pokazuje, że stracił  pan cechy przywódcy związkowego, walczącego o godność człowieka. Pokazuje pan cechy, które charakteryzują przywódcę bandy zaprowadzającej nowy ład przy pomocy kija bejsbolowego. Mam nadzieję, że prędzej czy później dostrzegą to pana wyborcy, członkowie „Solidarności”<<.

– Czy doczekał się pan może odpowiedzi ze strony Piotra Dudy?

– Owszem.  Odpisał mi: „Nigdy ja i moi koledzy nie weźmiemy do ręki „bejsbola”. Wolimy posługiwać się prawdą o waszym postępowaniu. Ale to pan i pańska formacja zachowujecie się jak zwykli chuligani, tyle że zamiast bejsbola używacie ustaw, których skutki są dużo boleśniejsze, niż użycie kija. Mam nadzieję, że pańscy wyborcy prędzej czy później pozbawią pana za to mandatu”.

– To interesująca wymiana uprzejmości, jeśli można posłużyć się takim określeniem. Jak pan ocenia postawę lidera „Solidarności”, który zresztą – jak wiadomo – jest również gliwiczaninem?

– Swoją wypowiedzią przekroczył on pewną umowną granicę krytyki publicznej. Jego stwierdzenie „immunitet wam nie pomoże” było niczym innym, jak oczywistą groźbą karalną, określoną jasno w Kodeksie Karnym.

– Słowa Piotra Dudy miały bezpośredni związek z akcją protestacyjno-strajkową śląskich górników. Przewodniczącemu „Solidarności” nie spodobała się uchwalona przez posłów ustawa o restrukturyzacji górnictwa węglowego.

– Górnicy nie powinni być traktowani jak uprzywilejowana grupa zawodowa. Branża górnicza jest przecież taką samą dziedziną gospodarki, jak każda inna. Nie ma specjalnych praw, które by jej przysługiwały. Górnictwo węgla kamiennego musi funkcjonować zgodnie z normalnymi regułami gospodarki wolnorynkowej. Może warto niektórym przypomnieć, że od 25 lat nie ma już w Polsce systemu nakazowo-rozdzielczego? Górnicy ciągle zaś domagają się dla siebie nadzwyczajnych przywilejów finansowych. W ostatnich latach znacznie spadły światowe ceny węgla. Rentowność wielu śląskich kopalń uległa w efekcie znacznemu pogorszeniu. Nie wolno ignorować tego ważnego faktu.

– Czy pan wie, jak uzdrowić sytuację w tej newralgicznej dziedzinie przemysłu?

– Kopalnie muszą zostać dostosowane do wymogów gospodarki wolnorynkowej. W tym celu nie mogą nimi rządzić związkowcy, lecz rzetelni fachowcy z branży górniczej. Nadmiar związków zawodowych w górnictwie poważnie utrudnia, a wręcz uniemożliwia osiągnięcie tego celu. Dobrym rozwiązaniem jest, jak widać na kilku przykładach, zmiana właściciela. Państwo ma inne sprawy na głowie i nie może zarządzać spółkami, czy pojedynczymi przedsiębiorstwami.

– Przed kilkunastu laty ekipa rządowa Jerzego Buzka i Janusza Steinhoffa zdołała jednak zreorganizować polskie górnictwo węgla kamiennego. Wiele nierentownych kopalń uległo wtedy likwidacji. Ówczesny rząd AWS działał zaś – przypomnijmy – pod opiekuńczymi skrzydłami super-związkowca, Mariana Krzaklewskiego.

– Niejednokrotnie się nad tym zastanawiam. Dlaczego wtedy się udało, a teraz wszelkie pomysły reformatorskie natrafiają na twardy opór? Może nie ma dziś w kraju odważnych i skutecznych reformatorów? Wydaje mi się, że kluczowe znaczenie w tej sprawie mają obawy decydentów przed agresywnymi związkowcami, którzy grożą rządowi zamieszkami ulicznymi.

– Prof. Jerzy Buzek w telewizyjnym programie „Piaskiem po oczach” stwierdził całkiem niedawno, że w procesie restrukturyzacji górnictwa trzeba koniecznie brać pod uwagę opinie samorządowców z miast i gmin górniczych.

– Były premier ma rację. Nie wolno wszak zapominać o społecznych skutkach ewentualnych likwidacji nierentownych kopalń. Tego rodzaju decyzje spowodowałyby oczywisty wzrost bezrobocia w górniczych miejscowościach Śląska.  Dla burmistrzów i prezydentów takich miast byłby to więc poważny problem. Samorządowcy nie mogą być jednak zakładnikami związkowców, lecz obiektywnymi i bezstronnymi uczestnikami rozmów i negocjacji, umiejącymi wyważyć interesy wszystkich stron sporu.

– Czy dostrzegł pan na Śląsku choćby jednego takiego bezstronnego samorządowca?

– Tak. Uważam, że wójt Gierałtowic, Joachim Bargiel, może być przykładem do naśladowania dla innych.

– A nie prezydent Gliwic, Zygmunt Frankiewicz?

– Trudno w sprawach górniczych zakwalifikować go do grupy obiektywnych samorządowców, którzy nie kierują się osobistymi uprzedzeniami.  Doskonale pamiętam, jak w latach dziewięćdziesiątych wyrażał się on z podziwem i uznaniem o ekipie Buzka i Steinhoffa, chwaląc ich za reformatorski zapał w przeobrażaniu śląskiego górnictwa. Pragnę przypomnieć, że wśród zlikwidowanych w tamtym okresie kopalń znalazła się m.in. KWK „Gliwice”.  Frankiewicz dobrze oceniał tamtą decyzję. Dziś nie ukrywa swojego bardzo krytycznego stosunku do pomysłu częściowej tylko likwidacji KWK „Sośnica-Makoszowy”. Obecny rząd Ewy Kopacz uznaje za nieudolną ekipę, która nie powinna się w ogóle zabierać za reformowanie branży górniczej. Dlaczego przed kilkunastoma laty można było w opinii Frankiewicza likwidować śląskie kopalnie, a dzisiaj nie? To proste. Od kilku lat prezydent Gliwic stanowczo dystansuje się od PO, która jest filarem obecnego rządu. W tej samej sprawie ma zatem zupełnie odmienne poglądy, co niegdyś.

– W zeszłym roku wystosował pan do niego obszerny list dotyczący efektów kontroli NIK w Przedsiębiorstwie Remontów Ulic i Mostów w Gliwicach. Najwyższa Izba Kontroli bardzo negatywnie oceniła tę spółkę. Czy Frankiewicz zareagował w jakikolwiek sposób na tę korespondencję?

– Przysłał mi zdawkową odpowiedź. Napisał, że NIK nie ma racji, a on nie będzie ze mną polemizował w tej sprawie. Można stąd wnioskować, że protokół pokontrolny NIK jest dla prezydenta Gliwic bezwartościowym świstkiem papieru, a  PRUiM działa – jego zdaniem – bez zastrzeżeń. Frankiewicz reprezentuje lokalną grupę interesów, a nie interes społeczny mieszkańców Gliwic. Niektóre ze spółek z większościowym udziałem miasta, w tym zwłaszcza PRUiM, zapewniają osobom zasłużonym we wspieraniu lokalnej władzy dobrze płatne posady. Zjawisko to dotyczy jednak nie tylko Gliwic, ale i wielu innych miast. W ten sposób szczytna idea samorządności terytorialnej ulega kompletnemu wypaczeniu.

– Inna z gliwickich spółek – Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji – podniosła z początkiem tego roku wysokość opłat za dostarczanie gliwiczanom wody. Obecnie trzeba płacić w naszym mieście 4,7 zł za metr sześcienny H2O (wzrost o 6% w porównaniu z ubiegłym rokiem). To już kolejna podwyżka cen wody w ostatnich latach. W 2010 roku płaciliśmy – dla przypomnienia – 4,06 zł/m3.

– Nie przedstawiono w ogóle argumentów uzasadniających tym razem potrzebę podwyższenia opłat za wodę. W suchym i lakonicznym komunikacie PWiK powołano się tylko na art. 24 pkt 8 ustawy z 7 czerwca 2001 r. o zbiorowym zaopatrzeniu w wodę i zbiorowym odprowadzaniu ścieków. Zwykły śmiertelnik nie wie jednak, dlaczego podjęto taką decyzję. Oznacza to, że nadzór właścicielski ze strony miasta w praktyce nie działa. Samorządność po raz kolejny uległa wynaturzeniu. 

– Tajemnicza podwyżka rodzi w takiej sytuacji różne podejrzenia. Nie brakuje głosów, że woda musiała podrożeć, by w ten sposób umożliwić spółce zgromadzenie funduszy na kosztowną modernizację budynku przy ul. Rybnickiej 27. Obiekt ma się wkrótce stać reprezentacyjną siedzibą PWiK z ekskluzywnym gabinetem prezesa.

– Ciekawe, że nikt z gliwickich radnych nie zapytał o to publicznie na sesji RM. Napawa to mnie dużym smutkiem. Obawiam się, że w  obecnej Radzie Miasta nie ma prawdziwej opozycji.

– W poprzedniej kadencji samorządowej istniała jednak antyfrankiewiczowska opozycja. Tworzyli ją radni PO. Niektórzy z nich znów zasiadają w RM.

– Co z tego, skoro klub PO stracił zupełnie swoje znaczenie polityczne w mieście? Teraz jest to trzeci pod względem wielkości klub radnych w RM (6 osób). Platforma Obywatelska poniosła spektakularną porażkę w zeszłorocznej batalii prezydenckiej w Gliwicach. Kandydat PO przegrał nie tylko z Frankiewiczem, ale i  z reprezentantem PiS. Taki przypadek zdarzył się po raz pierwszy w 14-letnich dziejach PO w mieście. Trzeba poważnie zastanowić się nad przyczynami zmiany sytuacji. 

– Znaczenie grupy radnych nie wynika chyba jednak tylko z jej liczebności.

– Kazimierz Kutz zarzucił niegdyś publicznie Ślązakom „dupowatość”. Posługując się jego językiem muszę powiedzieć, że obecni radni PO są dupowaci, skoro nie potrafią w imieniu mieszkańców Gliwic skutecznie kontrolować poczynań prezydenta i jego ekipy.

rozmawiał: Zbigniew Lubowski

4 Comments on "Czy Polsce grozi los Grecji? – rozmowa z posłem na Sejm RP, Andrzejem GAŁAŻEWSKIM"

  1. Kazimierz Kuc kierował "dupowatość" do rodowitych Ślązaków a nie do mieszkańców Śląska z pierwszego czy drugiego pokolenia – warto przeczytać jego powieść "Piąta strona świata".

    • Tak, warto. Kiedys ja recenzowalem i chcialem zrobic sceniczna adaptacje. Zrobil ja w koncu Pan Talarczyk w Slaskim i… polozyl 😉

  2. Jak mozna w ogole gadac z POwcem!

  3. cyt – Nie jestem strachliwy. W czasach PRL nieraz próbowano mnie brutalnie zastraszać, ale formułowane pod moim adresem groźby nie odnosiły nigdy oczekiwanego skutku.

    Śmiechu warte. Są tacy co pamiętają!

Leave a comment

Your email address will not be published.


*