Czy trzeba się uczyć integracji europejskiej? – podręcznik prof. Habera

Kilka dni przed wyborami do Parlamentu Europejskiego z całą pewnością warto napisać o niedawno wydanej książce, poświęconej między innymi tej instytucji. Tym bardziej, że wydano ją w Gliwicach.

Słowa „integracja europejska” słyszymy tysiące razy w różnym kontekście i w różnej formie. Ostatnio szczególnie często, co nie może dziwić, skoro już tylko dni dzielą nas od zaplanowanych na 25 maja wyborów do Parlamentu Europejskiego. Tymczasem paradoksem całej tej sytuacji jest fakt, że tak naprawdę o zasadach prawnych, na których opiera się Unia Europejska, o procedurach legislacyjnych i dziesiątkach agend, komisji i różnych komórek zajmujących się tylko jednym – integrowaniem bardzo różnych przecież państw członkowskich tej superorganizacji. Być może właśnie teraz jest doskonały moment aby wspomnieć o ważnej, systematyzującej wiedzę na temat integracji europejskiej książce gliwiczanina, profesora Józefa Antoniego Habera.

Józef Antoni Haber – "Integracja europejska. Podstawy wiedzy" – Agnus, Gliwice 2013 – str. 288

„Integracja europejska. Podstawy wiedzy” – ten tytuł nie wymaga raczej szczególnego przybliżenia zagadnień, którym praca jest poświęcona. Pozwolę sobie zatem wskazać raczej kilka jej podstawowych zalet, które uświadomiłem sobie podczas lektury. Dodajmy na wstępie, że nie jest to lektura lekka, łatwa i przyjemna, choć profesor Haber zrobił wszystko, aby nie była monotonna i nużąca. Kiedy tylko można, inkrustuje treść poświęconą kolejnym podmiotom skomplikowanej struktury powiązanych ze sobą unijnych organizacji, komisji i biur, ciekawostkami, dygresjami historycznymi itp. To bardzo ułatwia przyswajanie faktów. Jakie to mogą być ciekawostki, kiedy mówimy o czymś co wielu europejczykom kojarzy się raczej z nadmiernie rozwiniętą biurokratyczną machiną? Ano, czy wiecie na przykład, że Sekretariat Generalny Parlamentu Europejskiego zatrudnia około 4600 urzędników? A może coś bardziej sugestywnego… Siedziby Parlamentu Europejskiego mają następujące powierzchnie: w Brukseli 371 tysięcy metrów kwadratowych, w Strasburgu 220 tysięcy metrów kwadratowych. A jeśli jeszcze to nie przemawia do wyobraźni, to może inaczej… Powierzchnie biurowe zajmowane przez Komisję Europejską i jej Dyrekcje Generalne przekraczają powierzchnię Wielkiego Księstwa Luksemburga, czyli 2586 kilometrów kwadratowych!

Z całą pewnością jednak nie przytaczanie ciekawostek jest głównym celem świetnego podręcznika, napisanego przez profesora Habera. W sposób systematyczny i precyzyjny przedstawia on niezwykle przecież skomplikowaną strukturę organizacyjną Unii Europejskiej we wszystkich obszarach działania, uświadamiając odbiorcy co w rzeczywistości oznacza pojęcie „integracji europejskiej”. Nie będę udawał, to dopiero lektura opracowania pozwoliła mi uświadomić sobie ogrom i złożoność spraw i problemów, które składają się na to, aby ten ogromny organizm mógł w ogóle funkcjonować. Podkreślę w tym miejscu cechę książki bardzo istotną dla tych wszystkich, którzy swoje „studia europejskie” mają zamiar pogłębiać. Świetny system przypisów, odsyłający do konkretnych, precyzyjnie opisanych aktów prawnych UE może być traktowany jak przewodnik. Zestawiona na końcu bogata bibliografia również ułatwi życie każdemu, kto zechce swoją wiedzę pogłębić.

Po omówieniu kwestii struktury Unii Europejskiej, profesor Haber w sposób maksymalnie zwięzły, ale nie tracąc na precyzji informacji, przedstawia zagadnienia budżetowe tej organizacji oraz omawia wszystko to, co kształtuje w niej jednolity rynek. Trzeba stwierdzić, że tak naprawdę mało kto zdaje sobie sprawę, skąd i w jaki sposób czerpane są środki na to chociażby, po co także Polska tak chętnie wyciąga rękę, czyli unijne dotacje.

Kończąc to krótkie omówienie książki prof. Józefa Habera chciałbym podkreślić jeszcze jedną jej istotną cechę. Prawie całkowity brak jakichkolwiek opinii wartościujących, co w dobie dyskusji na temat stanu obecnego i przyszłości UE uważam – zwłaszcza w przypadku podręcznika – za szczególnie cenne. To właśnie dlatego, po wnikliwej lekturze, jesteśmy w stanie wyrobić sobie zdanie w kilku co najmniej kwestiach, które stały się przedmiotem ogólnoeuropejskiej debaty, a więc chociażby konieczności utrzymywania dwóch siedzib Parlamentu Europejskiego. Bardzo cenne jest również nieograniczenie się autora do opisu obecnego stanu integracji państw członkowskich, ale omówienie tych zagadnień w aspekcie historycznym. Daje to możliwość uświadomienia sobie niezwykłej w historii politycznej świata dynamiki tych przemian.

„Integracja europejska” profesora Józefa Habera to rzetelna, wartościowa szczególnie przez sposób ujęcia tematu praca naukowa, której pisaniu przyświecała wyraźna i teraz stanowiąca o walorach książki intencja, aby ogromną porcję wiedzy podać w sposób przejrzysty i możliwie interesujący. To właśnie udało się w całej rozciągłości. Z pełnym przekonaniem mogę pracę polecić tym wszystkim, którzy lubią wiedzieć wszystko o rzeczach najważniejszych. A świadomość tego w jakiej rzeczywistości przyszło nam żyć jest podstawową dla budowania własnego w niej uczestnictwa.

Zainteresowani nabyciem publikacji mogą się kontaktować bezpośrednio z wydawcą: dwagnus@onet.pl

Dariusz Jezierski

7 Comments on "Czy trzeba się uczyć integracji europejskiej? – podręcznik prof. Habera"

  1. Dlaczego nasi włodarze nie pomyśleli o ożywieniu Kłodnicy? Dlaczego nie wykorzystano do tego funduszy UE? Mamy za to Halę i Średnicówkę. Przy projekcie oczyszczenia rzeki można zgromadzić ogomny kapitał społeczny. Rzeka, które przyciąga mieszkańców, a nie jest ich obchodzonym z daleka, wstydem. Nie chciałbyś posiedzieć w knajpce nad płynącą wodą, albo przepłynąć taksówką wodną? Nad takim inwestycjami trzeba pracować. One połączą ludzi. Nawet tramwaj dzieli. A Kłodnica? Ona spokojnie płynie niosąc czarny muł naszej bierności i czeka, aż mieszkańcy pomyślą i o Niej. Dla siebie samych. Też czasem wypoczywają nad morzem, nierozłączni z tym co zaniosła tam ich rzeka.

     

    • Pełna zgoda!!! Oto odpowiedni fragment moich założeń programowych opracowanych ponad rok temu:

      Krok szósty – równoległe opracowanie koncepcji zakładającej zupełnie inne inwestycje w przestrzeni miejskiej, wykorzystujące środki zaoszczędzone z budżetu miasta w wieloletniej perspektywie do realizacji programów inwestycyjnych służących wyrównaniu szans dzielnic zapóźnionych rozwojowo w stosunku do reszty miasta.

      Przewiduję w tym:

      (…)

      – opracowanie koncepcji rewitalizacji Kłodnicy i terenów do niej przylegających jako inwestycji w sposób trwały zwiększającej atrakcyjność miasta oraz umożliwiającej wprowadzenie wielu nowatorskich i atrakcyjnych rozwiązań promujących zdrowy tryb życia, rozwiązania ekologiczne itp. Powinny one odpowiadać najnowszym światowym standardom w tym względzie. Dalsze odkładanie tego zagadnienia stoi w oczywistej sprzeczności chociażby z planami przekształceń w Centrum Miasta.”

       

      Link: http://info-poster.eu/sprawdzenie-refleksja-dzialanie-program-dla-gliwic-2/

      Oczywiste jest, że taka koncepcja musi dotyczyć całego biegu rzeki i angażować wszystkie gminy, przez które Kłodnica płynie. Na pewno jednak Gliwice, aspirując do roli regionalnego lidera, powinny stać się naturalnym przodownikiem w tym względzie. Tym bardziej, że istnieje tu naturalne zaplecze naukowe jakim jest Politechnika Śląska. Tymczasem Gliwice zadowoliły się uczestnictwem w martwym programie: http://www.przyjaznaklodnica.pl

      • Śmiechu warte, a właściwie płaczu. Już zapomnieliście o Strategii dla Miasta Gliwice, w której była mowa m.in. o rewitalizacji nabrzeży Kłodnicy? Punkt był i znikł, bo, jak twierdziły malinowe usta prezydenta, znane jako "wojtek", nie ma w U.M. takiego mózgu, który potrafiłby policzyć ile by to kosztowało. W innych miastach mają takie, więc wydawało się naturalnym sięgnięcie po nie, ale przecież tu są Gliwice i naturalnym jest likwidowanie wszystkiego, co wygodne i zastępowanie tego niewygodnym, jak choćby wymienienie ekologicznego transportu na nieekologiczny, niszczący miasto i trujący mieszkańców. Dla gliwickiej elity władzy Kłodnica jest takim samym problemem jak tramwaj. Na szczęście dla Kłodnicy, nawet tacy troglodyci jakich mamy w Urzędzie nie dadzą rady po chamsku jej zlikwidować. Ale też nie ruszą palcem, żeby wspólnie z innymi miastami na jej szlaku stworzyć plan ratowania rzeki. Do nich już nigdy nie dotrze, że miasta nad czystymi rzekami rowijają się szybciej i stają się atrakcyjne. Zresztą, prawdziwym powodem braku ich zaangażowania w ten problem jest to, ze doskonale zdają sobie sprawę z iluzoryczności ich rzekomych, bo jedynie propagandowych haseł o siłe i znaczeniu w regionie. To jest zadanie dla nowej ekipy w U.M.

  2. Gliwice aspirują turystycznie. Z taką rzeką mozemy ściągnać co najwyzej łowców szczurów. Po co nam klub sportowy, drogi, strefy, hale, baseny kiedy przez środek miasta płynie ściek? Jak promować ekologię w mieście z żyłą szlamu? Co mówić Dzieciom? Że tak musi być?

    Nie interesuje mnie zaplecze I-P, ważne dla mnie, że widzi problemy oraz potrafi ocenić ich wagę przez pryzmat zwykłego obywatela, nieskalany układem. 

     

    • Gliwice nie mogą aspirować do czegokolwiek. Robią to ludzie, zarzadzający miastem lub pasjonaci i przedsiębiorcy i zależnie od kompetencji i wyobraźni mogą sobie aspirować do czego tylko zechcą, nawet do przekonania świata, że Gliwice są europejską Doliną Krzemową. Na razie chcą komuś wmówić, że są turystycznie atrakcyjne? Nie zauważyłem, żeby robił to ktokolwiek poza urzędową propagandą i wdzięczącymi się do niej dziennikarzami z boziej łaski. Może niesprawiedliwie pomijam tu gliwicką Marinę, ale patrząc na ich ceny umożliwiające rejs po brudnym i śmierdzącym kanale, z którego przez gęsto zarośnięte brzegi niczego nie widać nie dziwię się, że zawsze mają do wynajęcia wolne łodzie. Do wyboru, do koloru i nazwy.

      Dobra, niech dmuchają w balonik, ale moim zdaniem raczej powinni już teraz intensywnie zastanawiać się nad tym, jak stworzyć przyjazną przestrzeń dla mieszkańców kategorii 50+, których będzie przybywać, a którzy na pewno nie wyprowadzą się z Gliwic. Na razie robią wszystko przeciw nim i tym młodszym też, którym łatwiej przychodzi podjęcie decyzji o wyprowadzce i nie sądzę, żeby to się zmieniło, bo przykładów jest aż nadto. Zmienić trzeba zarządzających, którzy obecnie mażą się nocami śniąc o gliwickiej dolinie krzemowej (tam, gdzie dzieją się wielkie rzeczy)*, która nigdy nie osiągnie nawet potencjału komediowego serialu wykpiwającego kalifornijski oryginał, albo o tym, że prawdopodobnie jako pierwszym w Polsce (a może i na Świecie) udaje się przepuszczać przez miasto największą ilość samochodów kosztem pieszych, co współczesny Świat traktuje dziś w kategoriach zagłady miasta. Ale nasi marzyciele na urzędach cieszą się jak Indianie, którzy właśnie wymienili złoto na szklane paciorki i są dumni jak pawie, bo dogonili zachodnią Europę z lat 60-tych ub. wieku. Są nawet gazety (dawniej nośniki informacji, idei i wiedzy), które to oklaskują.

      Jakiś kontakt z rzeczywistością trzeba mieć, tak uważam, choćby i przerywany marzeniami, ale patrząc na samozachwyt i coraz więcej tandety kreowanej na szczytowe osiągnięcia podstarzałych prezesów i prezydentów w Gliwicach mam pewność, że ten dwór wzajemnie poklepujących się po plecach ludzi z racji wieku, czy mentalności myślących kategoriami z minionego wieku, nie tylko dawno temu przestał twardo stąpać po ziemi, ale urwał się z orbity i dryfuje, w jakiejś wersji kosmosu dla zadowolonych z siebie głupków. 

      Wreszcie Gazeta Katowice zaczęła przyglądać się sytuacji ludzi starszych w miastach naszej aglomeracji i pierwsze wnioski nie są nawet optymistyczne. Uderzające jest jednak to, że o Gliwicach wcale albo ledwie się wspomina. To dziwne. To dla wielu musi być krzywdzące. Przecież Gliwice to nie byle co, co można pomijać. Gliwice to tyle co Sukces, z którego inni powinni brać przykład. Śmiech.

  3. Tomasz Ciborowski Bytom | 18 maja 2014 at 4:47 pm | Odpowiedz

    Należy uczyć się na nowo historii Polski bez przekłamań drani będących u  władzy. Sytych,egoistycznych i zakłamanych. Eurowybory niczego tu nie zmienią. Niczego.. Należy obalić mit Solidarności.

    Rządy Solidarności były od samego początku przedstawiane jako cud i bohater, ale nikt nie chciał zajmować się wyjaśnianiem okoliczności tego bohaterstwa, ani liczeniem trupów, które te rządy swoimi ustawami i rozporządzeniami uzyskały. To dlatego nie wypomina im się represji sądowych, pracowniczych i ekonomicznych czy zrujnowania Polski, bo liczyło się tylko to, że razem ze swoimi braćmi z CIA obalili "komunistyczną dyktaturę" i uwolnili kraj od praw pracowniczych i socjalu, przywracając krwawy wolnorynkowy kapitalizm. "brudne sprawki" rządów Solidarności co rusz wychodzą na jaw, ale w praktyce nie zmieniają one wizerunku medialnego. Czy nie jest paradoksem, że mit Solidarności, Wałęsy i Balcerowicza przyjął się tak mocno na Zachodzie, czyli w państwach o ustroju mieszanym, które nie tylko nie doświadczyły niczego z "dobrodziejstw" "reform" ultrawolnorynkowych, ale jawnie gardzą i odrzucają rozwiązaniami, które wdrożono w Polsce? Każdy z nich przynajmniej raz w życiu widział zdjęcie Balcerowicza, Mazowieckiego czy Wałęsy, flagę Solidarności z podpisem "zwycięzcy walki o wolność i dobrobyt". Założę się, że w większości przypadków ludzie ci nie wiedzą o tym, że z powodu tych "zwycięzców" rocznie w Polsce popełnia samobójstwo z przyczyn ekonomicznych lub umiera w męczarniach z głodu ok. 4 tys. osób więcej niż w analogicznym okresie PRLu. O tym się nie przeczyta na kartach książek o historii rewolucji solidarnościowej. Nie przeczyta się również o dziesiątkach tysięcy wyeksmitowanych na bruk, którzy stali się bezdomni, bo pan jaśnie wielmożny pracodawca-sól-tej-ziemi-przedsiębiorca zapomniał wypłacać wynagrodzeń. Nie przeczyta się o tych, którym sądy i opieka społeczna odebrała dzieci, bo tyrali po 16 godzin dziennie za 2,50 zł na godzinę i nie starczało na proste życie. Większość osób także w Polsce traktuje te fakty  po prostu jako  niezamierzone skutki uboczne, a sam ruch post solidarności jako jeden z symboli narodowej historii i nie czyni nad tym żadnej głębszej refleksji. http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/kontrowersje-wokol-che-guevary-nikt-nie-liczyl-trupow/vn6xq

  4. I pomyśleć o zabawnej scence ze szczupakiem wyłowionym z Kłodnicy w powieści "Pierwsza Polka" Horsta Bienka. Wierzyć się nie chce, że tam płynęła czysta woda. A wogóle ciekawym, czy nabrzeża Kłodnicy znalazły się w ogólnopolskim programie ścieżek rowerowych na wałach rzeki – a pomyśleć o wspaniałej trasie od Katowic Brynowa do Koźla – to chyba przekracza wyobraźnię gminnych "władców".

     

Leave a comment

Your email address will not be published.


*