Daleki Żołnierski Szlak – niezwykłe świadectwo Jana Domańskiego (2)

Brak komentarzy, bądź pierwszy

Słowo wstępne

Wszystkie wojny które były na świecie, a było ich bez liku, miały swoje tak zwane „prawo wojny”, czyli inaczej mówiąc „bezprawie”.

W dawnych wojnach nie brakowało bestialskich tortur, morderstw, szubienic, gilotyn czy wbijania ludzi żywcem na pale. Miało to wszystko jednak pewne granice i nie było aż tak masowe, jak podczas ostatniej wojny. Nie obeszło się dawniej bez łapanek i wywożenia ludzi w jasyr, czy w inną niewolę, lecz nie działo się to tak często i w takiej zastraszającej skali. Gdybyśmy porównali dawne zaludnienie świata z obecnym i dawne wypadki z dzisiejszemi, to naprawdę dawne okrucieństwa wobec dzisiejszych musiałyby zblednąć.

Ostatniej wojny gnano nie tysiące lecz miliony ludzi w niewolniczą pracę, by wyssać z nich ostatnie soki żywotne, a potem niedobitki spalić w krematoriach lub rzucić na żer leśnym krukom, czy innym żarłokom.

Jeśli w dawnym niekulturalnym świecie podobne wypadki działy się, to można wytłumaczyć to dzikością, czy półdzikością narodów, bo nigdy wrona nie może śpiewać głosem słowiczym. Jednakowoż narodom dzisiejszego najkulturalniejszego XX wieku trudno jest wybaczyć i pogodzić się z tym, że były nieświadome swoich czynów. W takim razie do jakich stworzeń zaliczyć można tych kulturalnych Niemców, którzy zbudowali olbrzymie krematoria i obozy śmierci, gdzie ofiary żyć ludzkich dogorywały w niewymowny sposób? Neron był kiedyś tylko jeden, gdy obecnie mamy ich tysiące. Świat po prostu stał się bezbrzeżną dziką afrykańską dżunglą, gdzie silniejszy zwierz panuje i zżera słabszego. Z jednej strony sypią się słowa wzniosłe, pełne samych obiecanek pokoju, wolności, demokracji i poszanowania godności, z drugiej ludzie mordują się lub zabierają sobie co się tylko da. Dla wzniosłych haseł Ilsa Koch potrafiła nawet skórę z ludzi zdzierać by zadowolić swoją wypaczoną ambicję wyższości i despotycznej władzy, robiąc z ludzkiej skóry abażury do lamp lub oprawiając swoje pamiętniki najgorszej orgii w dziejach świata.

W tych okrucieństwach przejawiała się jakaś dziwna atmosfera nieludzkości. Mordowano ludzi w najokrutniejszy sposób. Jakby na zwody, kto lepiej potrafi, jak by tu chodziło o zdobycie światowego szampionu i zdobycie za to złotego pucharu.

Niemcy oczywiście osiągnęli rekord barbarzyństwa, pobijając wszystkie inne narody, ale i dla drugich też coś z tej godności pozostało. Idąc dalekim żołnierskim szlakiem przez dziesiątki granic, stwierdziłem naocznie, że inni w tej dziedzinie też byli dobrze zaawansowani. Gdy 20 kwietnia 1940 roku zostałem zabrany przez Rosjan i osadzony w kryminale w Tarnopolu, nie było mowy aby tam coś o swoim życiu napisać, bo nie ma kryminału ani lagru, w którym więźniowi wolno byłoby podobne rzeczy pisać.

Wtedy wszystkie wydarzenia notowałem tylko w zdrowej myśli. Gdy zostałem wysłany do rosyjskich lagrów, tam nawet na to nie było czasu ani możliwości. Zanotowałem jednak wtedy kilka uwag w najszczuplejszych słowach. Po ogłoszeniu amnestii w roku 1941 i po wstąpieniu do armii polskiej tworzącej się w ZSRR, postanowiłem swój pamiętnik pisać dalej, nie wiedząc że wojna pociągnie się jeszcze tak długo i że tyle materiału się uzbiera.

Tutaj okazał się brak jednolitej książki, więc do tego celu użyłem normalnych zeszytów, które kancelaria kompanijna dostawała co pewien czas. Swoje pisanie rozpocząłem od zeszytu nr 1. Nie pisałem jakichś zmyślonych fantazyj tylko ująłem to wszystko co na własne oczy widziałem i co sam przeżywałem. Nie mam tutaj zamiaru nikogo oczernić ani chwalić, bo wśród Rosjan było dużo ludzi uczciwych ale i nie zabrakło skrajnych drabów. W chwili wyjazdu z Rosji, 30 marca 1942, miałem spisane cztery dość grube zeszyty. Gdy w podróży z rosyjskiego portu Krasnowodsk do perskiego portu Pahlewi zachorowałem na tyfus i dostałem się do szpitala w Teheranie, całe moje umundurowanie zostało spalone za wyjątkiem dokumentów wojskowych, pieniędzy oraz zeszytów owego pamiętnika. 1 mają 1942 roku po wyjściu ze szpitala zawołano mnie do kancelarii po nową kartę umundurowania, zaległy żołd, dokumenty i zeszyty pamiętnika.

Byłem bardzo zdumiony, gdy zamiast czterech zeszytów oddano mi tylko trzy. Mimo uporczywych poszukiwań jeden z najważniejszych zeszytów zaginął. Szef kancelarii powiedział – uwierz mi panie, że to co zostało mi doręczone, w całości panu oddaję. Ode mnie te rzeczy odbierano, gdy byłem w silnej gorączce i nic nie pamiętałem. Najwidoczniej któreś z sanitariuszy lub z sióstr przywłaszczyło sobie jeden z tych zeszytów. Braki te uzupełniłem bo jeszcze dobrze pamiętałem wszystko, jednak zabrakło mi niektórych dat, nazwisk i miejsc.

W ciągu ośmioletniej wędrówki po świecie napisałem 19 zeszytów. Brakowało jednak zawsze miejsca i ciszy, toteż pisałem tylko dorywczo, często na kolanie, przy słabej osobistej lampce naftowej. Z powodu wyżej wymienionych trudności zeszyty mego pamiętnika pisane były dość chaotycznie, zwykłym ołówkiem i były solidnie zmięte w plecaku.

Podczas walk na froncie notowałem wszystko do małego notatnika kieszonkowego osobistymi szyframi, gdyż nazwy miejsc i oddziałów były tajemnicą wojskową.

Może zapytałby ktoś po co tę książkę napisałem? Pisałem ją częściowo z nudy. Będąc w pustyni irackiej można się było wściec z powodu tych monotonnych dni, które były tak sobie podobne, jak duże krople wody. Pustynię można było mierzyć łąką, szerokością, przestrzenią nieba.

Nie było komu poskarżyć się i nie było miejsca na wylewanie swojej tęsknoty i żalu więc siłą faktu, że to wszystko przejęła na swoje barki ta biała karta. Te trzynaście zeszytów pomazanych ołówkiem robiło wrażenie papierowych szpargałów, ale dla mnie stanowiły one wielką wartość, toteż przy robieniu wojskowego testamentu przed wyjazdem na front, zaznaczyłem wyraźnie, że w razie mojej śmierci proszę te zeszyty odesłać mojej rodzinie o ile takowa pozostanie przy życiu. Jednak dobrotliwy Bóg oszczędził moje życie i pozwolił mi ich jeszcze więcej dopisać.

Po przyjeździe do Kanady w roku 1948 postanowiłem ostatecznie wszystkie te zeszyty przepisać do jednej książki zawierającej 500 stron rękopisu. Napisałem ją żywiąc nadzieję, że przyjdzie kiedyś piękny dzień, że znajdę się na ojczystej ziemi, wśród swoich, a wtedy dla przypomnienia wezmę je do ręki i czytając zdam przed rodziną relację ze swojej ciężkiej podróży po świecie.

Niech młode pokolenie ma na uwadze, że wojna nie jest romansem, że wojna to była wielka wędrówka całych narodów, że na szlakach tej wędrówki pozostały na świadectwo szerokie cmentarze i miliony bezimiennych kurhanów i mogił.

Daj Boże, aby moje dzieci i wnuki mogły tę książkę czytać pod czystym, jasnym, polskim niebem, aby mogły w języku ojczystym chwalić Wszechmocnego Stwórcę za jego dobroć, łaskę i opiekę nad naszą Ojczyzną.

wst1

wst2

wst3

Be the first to comment on "Daleki Żołnierski Szlak – niezwykłe świadectwo Jana Domańskiego (2)"

Leave a comment

Your email address will not be published.


*