Daleki Żołnierski Szlak ? niezwykłe świadectwo Jana Domańskiego (4)

Straszny to był widok, gdy konie spłoszone detonacją szalały i kaleczyły się nawzajem połamanymi dyszlami. Wtedy to zostało zabitych kilka koni i ludzi, a wśród nich znany czeladnik młynarski, który pracował w Jackowcach, w młynie pana Hajnego.

Wreszcie któregoś dnia niemieckie oddziały pancerne zbliżyły się do Lwowa i wywiązała się silna walka, w rezultacie której Niemcy poczęli się cofać. Dnia 17 września, a była to niedziela, przyjechali do mnie w odwiedziny ojciec i żona, bawiąc u mnie bardzo krótko, a to z tego powodu, że w mieście panował niesamowity ruch, więc byłem zmuszony iść na skrzyżowanie ulic aby nim kierować. Po ich odjeździe, może z dwie godziny, pojawiła sią nad Załoźcami eskadra samolotów z czerwoną gwiazdą i zrzuciła kilka bomb, starając się zniszczyć duży most nad stawem i rzeką Seret. Bomby chybiły padając do stawu i nie wyrządziły żadnych szkód, ale mieszkańcom miasta przyniosły dużo strachu. Telefony na posterunku dzwonią bez przerwy – co to się dzieje? Przecież te bomby rzucały samoloty sowieckie! Czyżby Rosja przystąpiła do wojny z Polską bez żadnego wypowiedzenia? Ludzie pytają co mają robić, a tu nikt nic nie wie i nic nikomu nie może radzić. Ukraińcy byli najwidoczniej o tym powiadomieni wcześniej, bo na ich twarzach malowała się jakaś niezwykła radość, mimo że jest wojna i że bomby poczynają lecieć na głowę. Około godziny siódmej wieczorem banda młodych Ukrińców rozpoczyna bić okna i rabować sklepy. Zaalarmowano posterunek dla uspokojenia bandy. Zanim zdążyliśmy dojść do miejsca wypadku już wszystko ucichło a rabusie pokryli się po dziurach miejskich zaułków.

Nie doszliśmy jeszcze do posterunku, już znowu słychać krzyki i bicie okien. W tej chwili zadzwonił przeraźliwie telefon. Pan Piotrowski podnosi słuchawkę i pyta – kto mówi? Patrzę, a twarz Piotrowskiego zrobiła się śmiertelnie blada i zapytuje jeszcze raz – kto to? Zwraca się wtedy do mnie i pyta – czy pan rozumie język rosyjski? Owszem, tak, a o co chodzi? – odpowiadam. – Dowiesz się pan, bo ja jego nic nie rozumiem (to był ślązak). Biorę słuchawkę i pytam jeszcze raz – kto mówi? Sowieckij lejtnant! – usłyszałem zdenerwowany głos. O, już wiem dokładnie o co mu chodzi. Ten zniżył ton i powiedział że wojska rosyjskie idą Polsce w pomoc, więc mamy zostać na posterunku i czekać ich spokojnie. 

– Jeśli wasze wojska idą nam w pomoc, to czemu wasze samoloty przed dwoma godzinami rzucały tutaj bomby?

– Nie gowori! Eto ne twoje dielo! – narobił krzyku w telefonie.

Komendant daje rozkaz palenia całej dokumentacji znajdującej się w archiwum posterunku i pakowania się do wyjazdu. Zapadł ciepły, pogodny wieczór. Na wschodnim horyzoncie migała łuna pożaru, reflektory migały po czystym niebie i słychać było przytłumiony zum motorów pojazdów. Jakiś żołnierz KOP (Korpus Ochrony Pogranicza – przyp. red.) na motocyklu powiedział, że Rosjanie zajęli już Milno i że kierują się na Załoźce. Gdy opuszczaliśmy miasto ludność polska ocierała łzy, zaś Ukraińcy cieszyli się i śmiali się głośno.

Na szosie Załoźce – Olejów dopędził nas jakiś oddział małych tankietek, który kierował się w stronę Podgajec i od nich dowiedzieliśmy się wyraźnie, że wojska rosyjskie wkroczyły w granice Polski nie po to, żeby Polsce pomóc. W Olejowie komendant połączył się telefonicznie z Powiatową Komendą, by zasięgnąć ostatecznej informacji co ma robić. Komendant powiatowy powiedział, że już jest bezradny i nie może dać żadnych konkretnych porad. – Jeśli macie jakiś samochód, to możecie się śmiało kierować na Podhajce, ku granicy Węgier. Na Tarnopol nie ma już mowy, bo tam lada chwila będą już Rosjanie. Jeśli macie tylko podwody konne, to szkoda się ruszać bo i tak już nie zdążycie. Radzę, niech każdy działa jak mu wskazuje własny rozum, bo nie ma już innej rady. 

Doszliśmy do przekonania, że Polska przestała istnieć i że jedyna droga, to wracać do domu. Pożegnaliśmy się przez łzy i każdy w swoją stronę. Ja miałem dobrego konia, który niósł mnie jak wicher w tę tragiczną noc do rodzinnej Bogdanówki. Świtał mglisty poranek gdym wjechał do własnej zagrody. Nie wiem skąd tak rano wziął się Rot Jaś, który wszedł na podwórze, powiedział dzień dobry, a uśmiechając się zapytał – co to już wojna się skończyła, że ty Jaśku wróciłeś? Odpowiedziałem mu, że trudno wiedzieć czy to już koniec wojny, ale nareszcie wróciłem. Ten to podobno Żydzisko dał znać zaraz Ukraińcom, bo może za niecałą godzinę wpadła do mego mieszkania banda Ukraińców uzbrojona w karabiny i rewolwery na czele z Ptasznykiem z Jackowiec i zażądała oddania mojego uzbrojenia. Jadłem wtenczas śniadanie bez żadnego apetytu, zmęczony fizycznie i moralnie. Serce mi się rwało na myśl, że tej roboty dokonują nasi pobratymcy, sąsiedzi i przyjaciele z którymi żyłem od dziecka aż do dziś. 

Mieli jednak na tyle wstydu, że zabrali tylko karabin, bagnet, pas i ładunki i nic mi nie mówiąc odeszli z podniesionymi głowami , jakby po dokonaniu jakiegoś niezwykle bohaterskiego czynu. Dziś byłem już bezsilny. Moje życie i los spoczywały w ich rękach. Polska praktycznie przestała istnieć jako państwo. Jak smutny i tragiczny był ten dzień, to chyba najsmutniejszy z dotychczasowego mojego życia. To potwierdzić może każdy Polak, którego serce biło po polsku a dziś został nagle osierocony, bez własnej Ojczyzny. Był to ponury dzień dla całego narodu polskiego.

Jan Domański

Be the first to comment on "Daleki Żołnierski Szlak ? niezwykłe świadectwo Jana Domańskiego (4)"

Leave a comment

Your email address will not be published.


*