… do buku, panie do buku …

Brak komentarzy, bądź pierwszy

… no to w tych Rudach, na tym skrzyżowaniu koło klasztoru skręcić trzeba w lewo, skręcić na Racibórz, a potem zaraz znowu w lewo na tę Łąkową, choć tam żadnej łąki nie ma, ale może kiedyś była. A z tej Łąkowej w prawo na Brzozową i tą już do końca, lawirując raz w lewo, raz w prawo, choć pewnie w prawo częściej. Nawierzchnia licha, brzóz nie ma ale droga piękna i piękniejsza im dalej, aż wreszcie staje się tunelem, zielonym tunelem wśród drzew. I nagle i ni z tego ni z owego, kończy się ten zielony tunel pawilonem szarym z wielkim blaszanym napisem „buk”. No to na miejscu już, a raczej prawie. Jeszcze tylko autko na parking z płyt betonowych, „tamte czasy” pamiętających i piechotką w dół. A po prawej wita nas sosnowy zagajnik, złotymi pniami nas wita i wiotkimi jak tancereczki jakie. Więc się te sosny na tych pniach jak trzciny kołyszą i zapraszają kordegardę czyniąc. Więc tym asfaltem w dół, asfaltem z którego bitum po części wypłukany z kruszywem na wierzchu jak żwirowa aleja. I sosny znikają i kordegarda się kończy i bór już na poważnie. Bór z tych buków, z tych dębów wymieszanych ze sobą, skotłowanych zielonością. Tą zielonością co się sklepia nad tą aleją, mrok czyniąc. A po lewej jakieś skały na wzgórzu niewielkim, też w tych bukach utopione, nierealne, nierealne jak wszystko tu. Bo płaskość wcześniejsza nagle w górki i dolinki się zamienia, jak z bajki innej. I zapach już inny, już nie cierpki sosnowy a łagodny bukowo dębowy właśnie, choć niektórzy mówią, że buki, że dęby nie pachną. Ale nieprawdę mówią, bo pachną. I kroków parę jeszcze i wciąż w dół i zaraz na lewo po betonowych kilku schodach i chodniczkiem miedzy dwa domki drewniane, a jeden to nawet z tarasem i z barierką brzozową. Ale już miedzy tymi domkami Gospodarz wita i zaprasza na podwoje, radosny cały, a za nim i Gospodyni, i ten ceremoniał powitań, i ten ceremoniał przedstawień, jeśli kto kogo nie za bardzo albo pierwszy raz. A Wnuki moje już żagielek amfiteatru dostrzegły, niezwykły przecie i w tej dolince, więc natychmiast do niego i z pogawędki nici, ale to przecie dla nich impreza, dla nich to otwarcie, więc one tu najważniejsze bo to przecie z okazji 1 czerwca właśnie to otwarcie. A tam w dole, w tym amfiteatrze już tłumek dzieciaków a i dorosłych też trochę choć to dopiero 11. I już scenka maciupka przygotowana pod te laleczki, co za chwile wystąpią i na sznureczkach przecie, jak dawniej. Więc już podniecenie i wianuszek siedzących, i cisza, i oczekiwanie, aż wreszcie laleczki ożywają pod tymi palcami lalkarza i gadać zaczynają, i akcja się rozwija, i te reakcje, reakcje najmłodszej publiczności, ale kto wie czy nie najwspanialszej, i te śmiechy, i doradzania, i przestrzegania, i wstawanie, i siadanie, i rączki żywo wraz z tymi reakcjami albo zamiast … a to się i dorosłym udziela i też by pewnie chcieli ale i pewnie nie wypada, bo to tylko laleczki, bo to bajka przecie i nie dla nich, już nie dla nich … więc trochę czasu mam i mogę trochę pogadać z gospodarzami z Anią Maksym i Darkiem Jezierskim, i choć to dopiero początek tej imprezy, to już czas na pierwsze gratulacje ale przecie nie ostanie tego dnia

… i widziałem ludzi szczęśliwych i widziałem uśmiech na zmęczonej twarzy Ani i widziałem uśmiech na umęczonej twarzy Darka …

… a dwa lata temu byłem tam i patrzyłem jak to wszystko w ruinę idzie, jak to nikomu niepotrzebne już, jak to umiera i przyrzekłem sobie, że więcej tam nie pojadę, bo nie lubię patrzeć na zdychanie, na niweczenie czyjejś pracy, bo pamiętam gdy było inaczej, bo pamiętam, gdy „buk” tętnił życiem ale życiem innych ludzi, dziś pogardzanych …

… a w listopadzie ubiegłego roku gdy Jezierski z Maksym postanowili to uratować i ożywić to sobie pomyślałem, że im „szajba bije” i że im po prostu „odwaliło”, że po sukcesach na Białorusi, w Gruzji i gdzie tam jeszcze, pakować się w to zadupie to czyste szaleństwo, że to nie może się udać, nawet przy pełnym zapale inwestora i nowego właściciela i że utworzenie udanego obiektu opieki społecznej, to górna granica możliwości …

… więc nie wierzyłem, więc szaleństwem mi to pachniało

… a nawet w marcu gdy tam na grillu byłem, na tym ognisku i w przesympatycznej atmosferze, to te plany tak trochę mimo uszu mi przelatywały, choć już wtedy wiele zrobiono ale w skali potrzeb, no cóż … ale czułem Ich zapał i przekonanie, że się uda, więc sobie pomyślałem „a może czemu nie „ …ale tyle tylko sobie pomyślałem, tylko tyle

… a teraz patrzę na to co zrobili i jeszcze nie wierzę, ale przecie widać czarno na białym widać, że życie do „buku” wraca, a może już wróciło, widać po zadowolonych twarzach ludzi, których coraz więcej przybywa i przybywa, widać po rozbrykanych dzieciakach, i po tej zjeżdżalni, i po cateringu, i po występach, i po kocach, na których już się rodziny układają, po pieczonych przy ogniu kiełbaskach, po upapranych watą cukrową buziach moich wnuków i buziach innych dzieci też, a nawet dorosłych, widać po kręglach jakichś, po grach i harcach różnych, a nawet po magiku czarującym wybornie, słowem po tej majówce, choć to czerwiec już, po majówce jakże podobnej do tych sprzed lat

… i jeszcze mi się udaje Anię Maksym dorwać, choć zalatana, choć wszystkiego dopatrzyć musi, by grało. To jednak udaje mi się i podniecona opowiada o planach, o teatrze co ma być i imprezach już w te wakacje i choć jeszcze nie wszystko zrobione, i choć roboty jeszcze mnóstwo, to jednak optymizm bije z jej twarzy i wierzę jej, wierzę, że im się uda …

… i wierzą im ci ludzie, którzy tu licznie przybyli i te szalejące dzieci, tutaj znów szalejące na tej majówce w tym „buku”, „buku” który ożył znów

… a nawet drzewa im wierzą, te drzewa co tyle widziały już

… więc dobrze Aniu

… więc dobrze Darku

… więc dobrze, że Wam „szajba odbiła”, a nawet „odwaliło”

… więc dobrze, a nawet bardzo dobrze

 

Gleiwitzer 49

Be the first to comment on "… do buku, panie do buku …"

Leave a comment

Your email address will not be published.


*