Dreszcze po Zimnej wojnie…

 

Zdarzyła im się miłość. Nieproszona tak, jak większość tych, co się ludziom zdarzają. Spojrzenie, zainteresowanie, flirt, zachwyt, zatracenie. Porządek stanów, który niby znany jest prawie wszystkim, ale ostatnio chyba rzadziej postrzegany. Może trzeba do tego szczególnego czasu, konfiguracji historycznych, które człowieka upokarzając, jego człowieczeństwo podnoszą do rozmiarów, których w zasadzie nie znamy współcześnie. I wtedy wszystko jest jakby inne, bardziej kategoryczne i poważniejsze w skutkach. I wtedy im większej wagi rzecz człowiecza, tym bardziej bezbronny wobec niej człowiek – nosiciel. Paweł Pawlikowski rozebrał to zagadnienie na najdrobniejsze części. Przyjrzał się każdej z osobna. A w czarnobiałym świecie, który posłużył mu za tło wiwisekcji, każdy szczegół ujawnił się jak na dłoni.

 

Będę twoja, na zawsze…

Są w historii czasy, w których nie wolno prowokować Fatum. Zwłaszcza w miłości. Obietnica rzucona w chwili szczęścia nie zawsze może być dotrzymana. W czsie stalinowskiej smuty miłość niedługo mogła się cieszyć chwilami szczęścia wśród traw, czy nawet w wagonowej ubikacji. Historii, podobnych do opowiedzianej w "Zimnej wojnie", musiało być bardzo wiele. Rozdzielonych, pogruchotanych, pogaszonych miłości trudno byłoby zliczyć. A jednak, żyło się i kochało pomimo wszystkich zagrożeń. Tak było na pewno i może właśnie za ich uratowaną miłość, Pawlikowski dedykuje film swoim Rodzicom. A może doświadczyli czegoś, co zainspirowało go do stworzenia i pokazania historii, jakiej podobnych nie stworzono dotąd nigdzie, w żadnym zakamarku filmowego wszechświata. A wszystko zaczęło się tak zwyczajnie – mężczyzna spotkał kobietę. Razem spotkali miłość, albo to raczej ona sama spadła na nich jak dopust boży…

 

"Co myśmy narobili…?"

Te słowa, już pod koniec filmu wypowiada Zuzanna (Joanna Kulig), widząc zniszczonego Wiktora (Tomasz Kot), ofiarę ich nieszczęśliwej miłości. No właśnie, czy na pewno nieszczęśliwej? Jest ranek po wieczornej projekcji, a ja wciąż mam pod skórą ich dwoje, szarpiących się, dobijających swojego, targanych wzajemnym siebiepragnieniem na tle dekomponującej relacje ludzkie rzeczywistości. Oboje prawi, mimo, że ich zachowania budzą kontrowersje. Zuzanna zabiła ojca, bo "pomylił ją z matką, więc mu nożem pokazała różnicę". Wiktor zdradził. Siebie ("w Polsce byłeś mężczyzną, tu nie jesteś") i Zuzannę ("ja nigdy nie wyjechałabym bez ciebie!"). Próbują po prostu żyć w realiach, które niewiele miejsca pozostawiają dla wartości. Wiktor stara się zaprojektować wspólną przyszłość, uciec z kraju i systemu, który, jak sądzi, zostawia tak mało miejsca miłości. Kiedy wreszcie udaje mu się spotkać na dłużej z Zulą w Paryżu, mistyfikuje, kombinuje, szuka kontaktów, w absolutnym przekonaniu, że robi to dla niej. W końcu wychodzi upragniona płyta, którą w rozmowie nazywa ich dzieckiem. "To bękart" – rzuca Zula. A wcześniej, przejmująca scena upokorzenia, którą zrozumie każdy mężczyzna. Przy nagrywaniu materiału na płytę Wiktor rzuca "Bądź pewna siebie!". Krótkie raniące prawie śmiertelnie: "Siebie jestem pewna. Ciebie – nie".

A zatem, jednak nieszczęśliwa? Ja zaryzykuję twierdzenie, że nie. Pawlikowskiemu i ugniatanym przez niego (co widać w filmie wręcz namacalnie) aktorom, udało się nie tylko obrócić wniwecz wyobrażenia o klasycznym love story, ale również zmienić kierunek wektora tragizmu w najbardziej klasycznym motywie Romea i Julii. Szekspir swą tragedię miłosną zakończył samobójstwem z pomyłką w tle, będącym ukoronowaniem tragicznych komplikacji losu. Pawlikowski z filmowego samobójstwa uczynił akt świadomego zycięstwa nad tragizmem życia. Bezsens wiliamowej tragedii wszechczasów poraża. Z perspektywy stuleci doświadczeń ludzkości, śmierć kochanków z Werony jest aktem całkowicie bezsensownym. Pawlikowski natomiast decyzję i sam akt odejścia Zuli i Wiktora prawie sakralizuje. Nawet słowo "samobójstwo" tu nie pasuje. Wszystko dokonuje się w pełni świadomie, bez uniesień, naturalnie. Do tego w scenerii ruin dawnej budowli sakralnej. (Te oczy bez twarzy, spoglądające na nich ze ściany, to jeden z obrazów, które już zawsze będą ze mną). Reżyser uświęca to zwycięstwo nad rzeczywistością. Dla nas ono jest oczywiście tragiczne, ale Zula i Wiktor, w ich najgłębszym przekonaniu, stawiają w końcu na swoim. "Już na zawsze…"

A zatem, co oni narobili? Zrujnowali swoje życie dokumentnie, jak Zula, nie dostrzegająca szans wtedy, gdy się pojawiały, czy Wiktor, na początku filmu sprawiający wrażenie, że stoi zdecydownie po stronie wartości, oddający je potem, jak drobną monetę, w zamian za wymarzone lepsze życie? A może jednak ochronili to, co dla nich najważniejsze w świecie ciemnych sił, które ani przywołali, ani mogą odeprzeć?

 

A jednak szczęśliwi..?

Odpowiedź na postawione pytanie zakodowana jest w samym filmie. Pawlikowski całkowicie świadomie bardzo spłaszcza i upraszcza obraz opresji, jaką prostemu człowiekowi niósł system zbudowany w Polsce po wojnie. Robi to tak dalece, że wielu mogłoby się oburzyć, że ubiera go w ciepłe papućki i udomawia. Ot, weźmy na przykład Kaczmarka, rewelacyjnie zagranego przez Borysa Szyca. Niby komuch, szpicel, zły… A jednak ciepły, tragiczny w swej naiwności i rzeczywiście doświadczony w swojej miłości okrutnie. Aż do pozostania z dzieckiem, które urodziła mu Zula. Widać wyraźnie, że w filmie mamy dwa wymiary miłości. Jedna – Zuli i Wiktora – o rozmiarach epopei i wymiarze zjawiska kosmicznego, druga – Kaczmarka do Zuli – zwykła, szara, kameralna. Ból dwójki głównych bohaterów współodczuwamy, wiedzeni dyktatem Pawlikowskiego. Tragizm miłości Kaczmarka dociera do nas dopiero po refleksji.

Oswojony system przejawia się jeszcze w twarzach Adama Ferency, demonicznego i strasznego, a jednak nieodbieranego zupełnie serio oraz Adama Woronowicza, którego dialog z Wiktorem, stojącym przed najtragiczniejszą w jego życiu decyzją powrotu do Polski, przybiera wręcz formę starej ludowej zabawy w "kocha, nie kocha". Jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości, jaki jest cel tego zabiegu, powinien go przekonać fakt całkowitego prawie milczenia co do losu Wiktora, którego po powrocie zgarnęła bezpieka. Widzimy tylko zmiażdżone palce, które są jednak w zupełnej niezgodzie z twarzą Wiktora, która mówi "warto było, Zula". I teraz rozumiemy, że ta miłość była pomimo wszystko. Historia i Fatum mogły ją zniszczyć, uczynić nieznośnie bolesną i oczywiście zrobiły to. Ale nikt i nic nie mogło sprawić, żeby ta miłość się nie stała, żeby się odkochała, nie dopełniła. Pawlikowski zdaje się wierzyć – i tę wiarę przekazuje – że wielkie ludzkie emocje i wartości, które one niosą, są niezależne od najczarniejszych nawet wydarzeń i najtrudniejszych okoliczności. Rzucone do kochanki, jako okrutne usprawiedliwienie, "byłem z kobietą mojego życia", w kontekście całej historii rozstrzyga kategorycznie o wartości wszystkiego, co mu się w życiu zdarzyło. Świat wokół oczywicie determinuje tę miłość, ale o niczym nie przesądza. Wszelkie decyzje, nawet te ostateczne, bohaterowie podejmują sami. My też podejmujemy je sami. Pawlikowski w swoich intuicjach na ten temat jest bezkompromisowy. Stworzył sytuację modelową, ekstrahując z niej miłość idealnie samolubną względem wszystkich wokół. I na końcu – wierzę, że w wyniku procesu, którym dla niego musiał być ten film – uświęcił ją i dał jej moc rozgrzeszania wszystkiego. Także wad Zuli i Wiktora, gdyż swoje rachunki zapłacili do końca.

Jeśli zatem najważniejsza dla człowieka jest miłość, to ten film niesie ze sobą gorzki i udręczony, ale jednak optymizm. Miłość przetrwa. Ta największa zawsze. Nie mamy do czynienia z wyciskaczem łez. To nie "Love story" Hillera według Segala. Mamy do czynienia z nową wartością w kategorii melodramatu. Film Pawlikowskiego opowiada o miłości jako kategorii transcendentnej. Możemy jej nie spotkać wcale, a możemy też zostać nią naznaczeni. Ktoś tam mówił o łzach po obejrzeniu filmu. Wierzę w nie, bowiem czasem przełykałem ślinę. Ale to nie takie same łzy, jakie znamy z tak wielu filmów o miłości. To raczej łzy zrozumienia, ściskającej za gardło konstatacji czegoś, może poznanego, a może przeczuwanego. Film Pawlikowskiego zmusza do przeżywania i rozpamiętywania. Zostawiając nas w osłupieniu i niedowierzaniu z tą pustą ławką na końcu, rozwala wszystko. Nasze wyobrażenia, nasze pojęcie tragizmu i znane nam kody kultury. Zostajemy sam na sam z nagą miłością, i z pytaniem, czy potrafilibyśmy.

 

Kochanie Polski

Ubecki urzędnik w ambasadzie jest komiczny, nawet rozczulający, gdy przekonuje Wiktora, że ten Polski nie kocha. Bo Wiktor chce wracać. Polskę kocha, ale z niej uciekł. Do powrotu do niej ciągnie go inna miłość. Ludzka i nieludzka zarazem. Wraca, mielą go młyny historii, a z nim obie jego miłości. Wiktor, intelektualista, człowiek sztuki i obywatel Europy wrócił dlatego, że właśnie Zula nie pozwoliła mu zagłuszyć w sobie prawdziwych emocji. Właśnie ta Zula, kierująca się instynktami, o delikatnie mówiąc swobodnych zasadach, momentami wulgarna. Iście chłopskie, przynajmniej w dawnym pojęciu, podejście do pryncypiów – wiary, związków z ojczyzną, lojalności i kilku innych wartości, pozwoliło jej uodpornić się na blichtr i pokusy życia łatwego, bo przeżywanego byle jak. Nie imponowała jej własna płyta, francuskie salony, włoski małżonek. To tak naprawdę przyciągało Wiktora, jak lampa ćmę. To Zula była silniejsza, tą swoją chłopską moralnością. Nie ma zresztą większego znaczenia roztrząsanie, które z nich dlaczego wróciło do Polski, bo istotą jest właśnie ten powrót z krainy dóbr wszelakich. "W Polsce byłeś mężczyzną". "Tam mi się lepiej żyło". No właśnie, w Polsce… Podświadomie nie wierzę w te powroty. I chyba tak właśnie ma być. "C'est une métaphore!" I zaryzykuję, metafora miłości Pawlikowskiego do kraju, w którym doświadcza tak rozbieżnych reakcji na swoje narracje. Subtelna wypowiedź reżysera w kwestii dla niego bardzo ważnej. Polak w Polsce jest u siebie. Jak by w niej nie było. Koniec. Kropka. Do tych rozstrzygnięć skłaniają mnie zostawione tropy.

Długo jeszcze mógłbym o tych głębiach i smaczkach, o tym "kodzie Pawlikowskiego", niepodobnym do innych filmowych języków. Rzeźbienie, jak sam to nazywa… Pomyślałem sobie, że to niesie właściwe skojarzenia. Hieroglify wyryte w aktorach, w obrazie, w naszej świadomości. Są. Trwałe i niepoddające się próbom ich usunięcia. Pozostaje otwarta kwestia ich odczytania. Ale tu każdy musi być dla siebie prywatnym Champollionem. 

 

O warsztacie słów kilka…

Nie roszczę sobie pretensji do krytycznego demakijażu filmowego dzieła. Nie znam się. Jako reżyser teatralny mogę jednak skreślić kilka uwag z punktu widzenia sztuki, którą sam uprawiam, wybierając najczęściej czerń i biel.

Bardzo czekam na wyreżyserowany przez Pawlikowskiego spektakl teatralny. Czy się zdarzy, nie wiem. Bo jest on dla mnie najbardziej teatralnym reżyserem filmowym jakiego znam, przy czym z teatru bierze to, co najszlachetniejsze. Jego ocierające się wręcz o geniusz asceza i szacunek do upływającego czasu (czasu poświęcanego przez widza, dodajmy), prowadzi go do znakomitej w efekcie syntezy narracji, wyrażanej różnymi znakami. Absolutnie perfekcyjne zestawianie słowa, muzyki i obrazu pozwala mu w kilku kadrach oddać to, co niejeden musiałby rozpuścić w długich ujęciach. Blisko mi do tego, gdyż 60 minut uważam za graniczny czas na scenie. 

Jeśli chodzi o pracę Pawła Pawlikowskiego z aktorami, to przyznać trzeba, że potrafi ich stwarzać od nowa, zgodnie ze swoimi potrzebami, wykorzystując jednocześnie w pełni ich potencjał. Wszyscy zagrali znakomicie. Nawet małe stosunkowo role (Kulesza, Woronowicz, Ferency) są stworzone szlachetnie, estetyczne i znaczące. Trójka głównych aktorów zagrała rewelacyjnie. Momenty w ich kreacjach ocierają się o geniusz. Cierpienie, które grają ma wymiar fizyczny, wręcz odczuwalny przez oglądającego. Jednak to, co robi Kulig, grając targające nią emocje, to kreacja skończona. To co zaproponowała pozawerbalnie, zestawione z perfekcyjnie dobranymi kwestiami, wyniosło ją między gwiazdy dużego ekranu. Ta dużo mówiąca trzpiotka z prowadzonej po seansie dyskusji, stwierdzająca w pewnym momencie swojej tyrady "nie wiem do czego dążę", ma w sobie entropię, która da jej wielkość, pod warunkiem, że filmowe bogi będą jej zsyłać takich reżyserów.

I jeszcze o muzyce… Na początku poczułem się jak na filmie Tonego Gatlifa. Genialne zdjęcia muzyków, nagrywanych przez Wiktora. Przejmujący dźwięk na początku jakby nas przygotowywał, budził. A fragmenty śpiewów i tańców Chóru Mazurek, są bodajże najlepiej nagranymi ujęciami z jakimi się w tej materii spotkałem.

Uczta, uczta, uczta… I Amfiteatr Buk zagrał kongenialnie!

Dariusz Jezierski

 

1 Comment on "Dreszcze po Zimnej wojnie…"

  1. Jeden z najlepszych polskich filmów ostatnich lat. Gorąco polecam.

Leave a comment

Your email address will not be published.


*