Gliwice, miasto „ratowników”

2 komentarze

Ratujmy lipy, ratujmy łąki, ratujmy szkołę, ratujmy gliwickie centrum medyczne, ratujmy gliwicki magazyn kulturalny, ratujmy teatr!

Uderza, że w ostatnim czasie gliwiczanie zmuszeni są konsolidować się wokół takich „ratowniczych” inicjatyw. Coś jest mocno nie tak. Jeśli jakieś dobro musimy / chcemy ratować, to znaczy, że ktoś na to dobro nastaje. Tym kimś w omawianych przypadkach jawią się władze miasta. Czy tak być powinno?

Zgodnie z zasadą subsydiarności, władza lokalna powinna realizować działania dla dobra publicznego. To reguła charakterystyczna dla wszystkich ustrojów demokratycznych. Zapytana o to wprost, władza nie zawaha się i odpowie, że wszystko co robi, jest dla publicznego dobra. Zatem likwiduje szkołę dla niepełnosprawnych dla dobra tych szkół, które zostaną i oczywiście dzieci z ich rodzicami, wycina lipy dla bezpieczeństwa obywateli i dobra przyszłych użytkowników dróg, likwiduje magazyn kulturalny dla dobra teatru, chce zalać łąki również dla dobra czyjegoś. Jednym słowem dobra władza, która tyle robi dla dobra, a… robi za niedobrą. Dlaczego?

Pojęcie dobra wspólnego samo w sobie jest aksjologicznym wyzwaniem. Nie istnieją wymierne, powtarzalne procedury ustalenia zakresu pojęciowego tego sformułowania nawet w wydawałoby się prostych sprawach. Zastanówmy się nad wycinkami lip w Alei Mickiewicza. Czy zieleń i walory estetyczne, czy nawet zabytkowe całej alei są dobrem wspólnym, czy jednak bardziej dobrem wspólnym ale zawężonym do znacznie bardziej ograniczonego pojęcia wspólnoty – mieszkańców Alei i najbliższej okolicy? Czy aby na pewno ważniejszym dla innych użytkowników dobrem nie będzie lepsza widoczność i pewność, że drzewo nie zwali się na użytkownika drogi? Abstrahuję tu od zasadności argumentacji stron. Które dobro wspólne jest „lepszym dobrem”?

Gliwicki Magazyn Kulturalny likwidowano, chowając się za chęcią ratowania budżetu teatru. Jak uratowano ten ostatni, widzimy. Wychodził w kilkuset egzemplarzach, które trafiały w optymistycznym wariancie do konkretnej liczby odbiorców. Jak ocenić stopień ważności i „wspólności” dobra, jakim był GMK, tak naprawdę nie wiadomo. Można uznać za priorytetowe zadanie informowania społeczności lokalnej o całej gamie, nawet niszowych, przedsięwzięć kulturalnych, czyli zaspokajanie potrzeb środowisk twórców i odbiorców kultury. Można jednak również oburzyć się, że w tak trudnej sytuacji ekonomicznej obciąża się tym obowiązkiem teatr. Kto powinien płacić za dobro wspólne?

Takie przykłady można mnożyć w nieskończoność. I bardzo trudno będzie znaleźć doraźne rozwiązania, które byłyby nie do podważenia dla innych. Matnia? Węzeł gordyjski? Sytuacja bez wyjścia? Nie do końca. Demokracja od tysiącleci zna rozwiązanie. Jest najprostsze z możliwych i nazywa się konsultacje społeczne. Czy miały formę dysput na agorze, czy głosowań na kozackim majdanie, czy wreszcie odpowiedzi na rozsyłane w konsultacjach ankiety. Władza, chcąca być naprawdę pomocniczą i demokratyczną powinna, a w zasadzie musi często sięgać do tej formy dialogu ze społeczeństwem. Stosować ją wtedy, kiedy chce wydać blisko 500 milionów zarobione w ciągu dwóch dekad, także wtedy, gdy chce wyciąć piękne szpalery drzew, których nie sadziła. Nawet wtedy, gdy chce mieszkańcom zafundować rozpłodowe zbiorniki dla milionów komarów. W Gliwicach władza tego nie robi. A jeśli już – robi z tego farsę (hala, centrum przesiadkowe). Czy władza w Gliwicach jest demokratyczna?

A my wszyscy ratujemy… I przy tym ratowaniu krzyczymy na władzę, strofujemy ją i karcimy. I powtarzamy tę procedurę-pułapkę. Bo władza jest w tym przypadku jak małe dziecko, strofowane przez rozwrzeszczanych coraz bardziej rodziców. Rodzice krzyczą, histeryzują a dzieci… robią swoje i co gorsza przekonują się że nie ponoszą żadnych konsekwencji swojego zachowania. A rodzice wciąż nie potrafią ich przywołać do porządku, skarcić tak, żeby z rachunku zysków i strat wyszło mu, że lepiej jednak posłuchać. Gliwiccy ratownicy również nie potrafią zdiagnozować zła i skarcić niedobrej władzy, która ma w nosie ich „wspólne dobra”. Kiedy jest ku temu okazja, ratownicy odpoczywają po akcjach ratunkowych, lub w zaciszu domowych pieleszy rozpaczają nad zamkniętymi szkołami, utraconymi magazynami i przerobionymi na dechy i opał drzewami. Kiedy jest ku temu okazja i trzeba wybrać się na kilkunastominutową wycieczkę do referendalnej, czy wyborczej urny, ratownicy jadą na grzyby. A spora część z nich rozstawia grilla. Czy gliwiczanie dorośli do demokracji?

Dariusz Jezierski

2 Comments on "Gliwice, miasto „ratowników”"

  1. Generalnie ratujmy Gliwice przed Frankiewiczem.

  2. "można tak, a można tak" – kwitował metody zwalczania gryzoni pewien "szczurołap". Bardzo mi sie to podoba, a czy innym też – tego nie wiem. Dariusz Jezierski pisze o "mieście ratowników", ktoś dodaje "ratujmy Gliwice", jeszcze inny coś tam doda lub nie. Ja proponuję zupełnie co innego, zdecydowanie innego. Zwisa mi już bowiem i powiewa "gliwicka zieleń i drzewka stuletnie" (bo je zerżnęli), zwisa mi ta czy inna szkoła, zwisać mi zaczyna "gliwicka kultura",zwisa mi czy "Lech" w Stolicy będzie miał pomnik 50 czy 150 metrowy oraz to gdzie stanie, zwisa mi jak się będa nazywać gliwickie ulice, place, skwerki i inne ronda, a nade wszystko zwisa mi "demokracja", zwisa mi władza ( ta tutaj i jeszcze bardziej ta w Warszawie), zwisają radni i pslowie i Sejm cały też mi skika. W związku z powyższym, absolutnie nie chcę, żeby ktoś mnie "ratował" oraz cokolwiek, co mnie otacza. Ponieważ Polska i jej "elyty" to najbardziej "wyspecjalizowani ratownicy" w Europie, a może i na świecie (tak jest od 1000 a nawet 1050 lat) to rzucam hasło (oby nie za późno) – RATUJ SIĘ KTO MOŻE i własnymi siłami oczywiście. "Ratuj się na zachód" (póki jeszcze możesz i póki nie ma jeszcze kordonu sanitanego), "ratuj sie na wschód" – na Litwę, do Białorusi a nawet na Ukraine i do Kaliningradu, "ratuj sie na południe" – do Slowacji, do Czech, "ratuj sie wzorem Czarneckiego" nawet wpław przez morze do Danii, Norwegii, Szwecji czy Finladnii. Ratuj sie gdzie chcesz ale na miły Bóg – ratuj się. Ratuj sie zanim nie będzie za późno – zanim ONRowskie bandziory Kowalskiego nie roztrzaskają ci czaszki bejsbolówką lub maczetą, zanim "pospolite ruszenie" Macierewicza nie strzeli ci w plecy z zardzewiałego "kałacha", zanim siepacze Ziobry i Kamińskiego butem o 6 rano zastukają do Twych drzwi by wypełnić Tobą nowe Berezy, zanim Gliński zatłucze ostatni teatr i ostatniego twórcę, zanim wreszcie Jarosław zgrabnym kopem umieści na orbicie Szydło jako drugi po Marcinkowskim "sputnik polski", zanim … zanim … zanim …"RATUJ SIE KTO MOŻE"  … Kambodża już się zbliża, już puka do drzwi …

    A może mi "bije już", a może przesadzam, w skrajnośc popadam ? … chciałbym, żeby tak było …

Leave a comment

Your email address will not be published.


*