Gliwice – Poezja – Filozofia: Krzysztof Siwczyk koło miejsca opisany

Siwczyk Krzysztof, poeta, musi być całkiem zadowolony z tego co napisał. Krzysztof Siwczyk, filozof, zapewne jest zbudowany sposobem, w jaki jego „Koło miejsca” pojawiło się w literackim kosmosie.

Zagadkowo? Będzie dużo bardziej. Podejrzewam nawet, że piszę całkiem hermetyczny tekst, który co najwyżej może jeszcze bardziej zamaskuje fakt pojawienia się rzeczy ważnej, raczej trudnej, a przecież takiej, którą „wypada znać”.

Świadomość istnienia Siwczyka w polskiej literaturze zupełnie nie przeszkadzała mi żyć, choć uwierała długo. Jakoś nie potrafiłem go w tę naszą rzeczywistość wpasować. Szło mi lepiej z Martą Podgórnik, z kilkoma innymi z tego i starszego pokolenia. On był jakiś taki za bardzo koło mnie i za bardzo odklejony od mojej rzeczywistości jednocześnie. A teraz myślę, że to właśnie relacja wzorcowa dla przypadku, w którym odbiorca, tak jak ja, należy już do pokolenia starszego. O dekadę jakoś, żeby nie rozbierać z kalendarzem w ręku. Siwczyk – poeta, Siwczyk – Wojaczek, Siwczyk – sośniczanin. Blisko-daleki. Nie swój chłop i nie z Parnasu. Oswojony, a uciekający. Nasze spotkania, nieliczne, jakieś para artystyczne najczęściej, ale bez żadnej serdeczności i bez żadnego zrozumienia. Rozmowy bez ciężaru gatunkowego, z dużą rezerwą i z jakimś niepojętym brakiem tematu w tle. Pewnie ich nawet nie pamięta. Ja też nie pamiętałem, ale teraz przywołuję ich – przekłamany, zgodnie z siwczykową teorią – obraz. Jego poezja… Wydawała mi się lekko „zadęta”. Dziwne słowo, ale podświadomie czuję, że właśnie jego powinienem użyć. Zadęta właśnie… Filozoficzna do bólu w dupie, że rzucę zgrabnym wulgaryzmem. Pozerska? Nie wiem… ale tak ją chyba odbierałem. A jednocześnie, wyczuwając że dobrej próby to poezja, byłem z nią zawsze blisko. Pochlebiam sobie, że wielu wypowiadających się na temat Siwczyka nie przeczytało tylu jego tekstów co ja. Znam jego tomiki, nie wszystkie cenię i przyjmuję, ale potrafię wskazać teksty, które są ważne. Dla mnie ważne. A to znaczy najważniejsze. \

Cały mój stosunek do niego i do jego poezji mogę podsumować bardzo łatwo – rezerwa. Ale taka z rozumiejącym wglądem i szacunkiem dla jego wyborów artystycznych. Nagroda Kościelskich… Cóż, nie mieści się to w głowie wielu, ale to właśnie mój Info-Poster pierwszy ją zauważył 🙂

I teraz Siwczyk wystawił mi rachunek za te wszystkie lata. Swoim esejem w sposób ostateczny rozproszył rezerwę, z którą podchodziłem do tego, co pisze. Napisał rzecz dla pojęcia jego pisarstwa bezcenną, ale również rzecz, która stawia wnikliwego czytelnika przed koniecznością własnych wyborów. I chyba nie mylę się – wyborów dość ostatecznych.

***

Siwczyk jest dobrym literackim strategiem. Oczywiście, jeśli literaturę traktować jako jedną ze strategii zaistnienia. Lubię ludzi świadomych. Nie zgadzam się zatem już z otwierającym esej Krzysztofa zdaniem: „Pamięć, podobnie jak świadomość, jest naiwna”. Do mojej prywatnej kontestacji tego twierdzenia wrócę jeszcze, ale teraz kontynuujmy temat świadomości Siwczyka. Wbrew temu co pisze nienaiwnej. A może to „nadświadomość”? Idę na kompromis – niech to pytanie na razie wisi nad nami jak miecz Damoklesa. „Koło miejsca” jest dla mnie czymś z punktu widzenia Siwczyka podwójnie ważnym. Warto dodać, że maskuje on tę wagę w sposób konsekwentny. Przede wszystkim nie tyle przywraca się on się Gliwicom, co wręcz im się narzuca. To jednak dobry dla miasta deal, zwłaszcza w kontekście tego, że w ten sposób Siwczyk stwrza szansę na chociaż częściowe wypełnienie gliwickiej dziury, o której pisze w eseju. Jaki to deficyt? Odsyłam do książki.

Skonkretyzuję – pobrzmiewają mi zawsze fałszywie deklaracje poetów, że są pomimo że są bez związku, że są ponad. To prawda, literatura nie wymyśliła póki co doskonalszej formy narcyzmu niż bycie poetą. Narcyz wystarcza sam sobie. Ale literatura była na tyle przewrotna, że obarczyła poetów determinantem ekshibicjonizmu, który warunkuje ich spełnienie. Bez widza nie ma spełnienia. Bez czytelnika nie zamyka się koło. Bez akceptacji lub czynnego odrzucenia – nie ma poezji. Bo jakkolwiek chcieliby poeci, poezja dzieje się w relacji. Bez relacji wiersze są tylko żałosnymi wynurzeniami człowieka niesłuchanego. Wiem, że Krzysztof Siwczyk z tymi słowami zgodzić się nie może i akceptuję to. Ale ja wychodzę z założenia, że literaturę od bełkotu różni tylko społeczny kontekst. Nie istnieje literatura sama w sobie. Odnalezione po latach teksty „pisane do szuflady” stają się literaturą tylko wtedy, kiedy zyskują społeczny kontekst. Wyrażający się zawsze negacją lub akceptacją. Postawa obojętna trwale wyrzuca je poza kategorię literatury. Oczywiście z prawem kolejnych prób.

Poezja to konkwista. Poeta walczy z natury rzeczy o nowe mentalne terytoria, o całe obszary cudzej wrażliwości, o możliwość opisania się nie tylko w czasie („poeci pokoleniowi” naprawdę istnieją?), ale również w konkretnej przestrzeni, rzeczywistości. Do czasu przeczytania „Koła czasu” miałem Siwczyka za kosmopolitę. Takiego klasycznego emigranta ducha bez docelowego miejsca, z zacierającym się w pamięci i skrzętnie zacieranym (!) początkiem. Teraz już wiem, że naturalną drogą dla jego filozofii, wyrażanej narzędziami poezji, jest rekonkwista. Powtórne zdobycie miejsca początku, miejsca pierwszych kreacji, naturalnej pustki do ogarnięcia. I trwanie w nim. Krzysztof Siwczyk dał sygnał, że jest do tego gotowy. Bo drugim ważnym przejawem strategii poety jest dość przecież precyzyjne jak na kategorie poezji wyznaczenie swojej pozycji w tej odzyskanej przestrzeni. Trójkąt Różewicz – Zagajewski – Kornhauser w jakiś sposób został w tym eseju rozwarty. Siwczyk jest najwyraźniej – skoro sam to czuje – rosnącym ciśnieniem z zwartego w nim – w tym trójkącie – świata. Na tyle już wysokim, że skądinąd tylko teoretyczna figura gliwickiej poezji zaczyna ewoluować w kierunku rombu. Siwczyk zasługuje na to, by stać się jednym z jego wierzchołków.

Miasto, w którym mieszkałem, nie było miastem literatury. Było i nadal jest wykwintną potencjalną międzystrefą, w której nie gnieździ się duch kultury literackiej, by nie powiedzieć kultury w ogóle.

***

No właśnie. Miasto, w którym mieszkał nie było miastem literatury. Jak to możliwe, skoro te Trzy Wierzchołki, skoro Podgórnik, skoro sam Siwczyk? A przecież jeszcze inni, którzy do miana klasyków póki co nie pretendują! Właśnie z tego prostego powodu, o którym wspominałem już wcześniej – literatura tworzy się w społecznym kontekście. Gliwice nie staną się miastem literatury, choćby w końcu stały się miejscem, w którym tworzył literacki noblista i w dodatku napisał tu największe rzeczy. Staną się nim dopiero wtedy, kiedy zdobędą się na danie kontekstów temu, co w nich powstało. Tych kontekstów nie trzeba specjalnie szukać. One pojawią się same, jeśli Gliwice otworzą się na swoich „poetów wyplutych”. Ja przepraszam za użyte wyrażenie tych żyjących z nich. Naprawdę, nie bierzcie do siebie! To jest raczej przytyk w stronę miasta, które przecież stało się tylko etapem w ich (Waszej) twórczej drodze. W przypadku Różewicza Gliwice były nawet czymś w rodzaju perłopława, który go uformował. Różewicz to miasto uwierał przez swoje niedopasowanie do zaściankowego formatu, jemu z kolei było tu ciasno. Ten ucisk realiów, okoliczności, codzienności siermiężnej i szarej był tak silny, że zaowocował literacką perłą wielkiej jakości. Ponadczasową, ponadnarodową. Ta nieprzychylność, surowość i obcość Gliwic były zapewne największym wkładem tego miasta w historię światowej literatury. Choć… może to akurat konstatacja przedwczesna.

Zagajewski… kolejna kometa na naszym firmamencie. Jeszcze krócej świecił, odleciał w kosmos, w którym z naszego miasta nawet trudno go zobaczyć. Zatrzymał się tu chwilę, wziął co mu było potrzebne – jeśli w ogóle było – i zniknął. Kornhauser odszedł w przestrzeń, w której nikt i nic już go nie może dotknąć, oczarować, z której nic go już nie zawróci. Różewicz, Zagajewski…. bardzo już niegliwiccy, bardzo kanoniczni. Nie mieli spektakularnych powrotów, nie zostawili wyjątkowo znaczących gliwickich retrospekcji.

Różewicz dał jednak sygnał swojej gotowości do pełnienia roli genius loci Gliwic, godząc się na zostanie honorowym obywatelem miasta. Otworzył furtkę, za którą nie postawiliśmy jednak żadnego kroku. Nie wspominam tu nawet filmu Krzysztofa Korwina Piotrowskiego „Gliwickie lata Tadeusza Różewicza” bo zupełnie nie o to chodziło. To był blichtr, pustota, koniunkturalny brzdęk. Przypomnę i będę to przypominał często, o jednych z ostatnich urodzin honorowego obywatela miasta pamiętał w Gliwicach jedynie Info-Poster. Mimo, że pół Polski je świętowało na różne sposoby. To dlatego właśnie uważam, że to miasto swoich poetów wypluło. Przywracanie ich naszej świadomości, wpuszczenie w rachityczny kulturalny krwiobieg, będzie długotrwałe i z początku mało efektowne. Czy efektywne? Zależy od ludzi.

Wiele lat temu wymyśliłem I Gliwicki Totalny Przegląd Poezji… Odbył się – kilkudniowa impreza, z konkursem poetyckim, recytatorskim, ze spektaklem z wierszami gliwickich poetów, z dyskusją w DWPN, z premierą spektaklu na podstawie tomiku „Kokon” Lesława Nowary, z kiermaszem książek poetyckich. Tak sobie myślę, że pora do tego wrócić. I wrócę. Ale co ma do tego Siwczyk? Co jego esej? Wszak coraz dalej odbiegam w dygresje…. Ano… podczas IGTPP po raz pierwszy spotkałem się z Siwczykiem. A teraz, po tylu latach, przyszło mi przeczytać tekst, którego powstanie i wydanie uważam za pierwszorzędne wydarzenie literackie. W skali kraju z racji tego chociażby, że wyszło spod ręki uznanego już twórcy. Ale w skali Gliwic równie, jeśli nie dużo bardziej istotne. To pierwszy przypadek, w którym znaczący twórca, został zawrócony z drogi i skłoniony do literackiego powrotu do Gliwic. Stało się to za sprawą dyrektora Muzeum w Gliwicach. Tego samego, który zapowiedział stworzenie teatru imienia Tadeusza Różewicza. I to właśnie uważam za kroki w przyszłość, przez tę furtkę, uchyloną i zostawioną przez Różewicza. Jakie będą efekty? Czy wszystko nie za późno? A skąd ja mam to, do cholery, wiedzieć? Na pewno warto sprawdzić.

***

"Koło miejsca". Jakkolwiek będzie się oceniać ten esej, czy będzie on dla kogoś ważny, czy wręcz przeciwnie, otrzymaliśmy z całą pewnością najbardziej gliwicki tekst z tych napisanych przez twórców znaczących w literaturze. Pomijam tu, z całą pewnością niesprawiedliwie, Horsta Bienka, ale on mieści się w zupełnie innej narracji. Krzysztof Siwczyk daje w nim świadectwo swojej poetyckiej gliwickości (a może gliwickiej poetyczności?) in statu nascendi. Penetruje dla naszego wglądu coś tak intymnego jak własna pamięć, próbuje ją nawet skategoryzować, odkrywa wątki, determinanty swojej poetyckiej wrażliwości. Po raz pierwszy w kontekście miasta. Dodajmy, w pełnym kontekście, wskazując na Wierzchołki Trójkąta i znaczenie opisanej nim kulturowo-mentalnej przestrzeni. W tym kontekście to świadectwo bezcenne. I wielka zasługa Grzegorza Krawczyka, że udało mu się go do tego namówić.

Sam należę z całą pewnością do tych, dla których „Koło miejsca” jest bardzo ważne. Nie ma to nic wspólnego z moją zgodą na jedne i odrzuceniem drugich tez Siwczyka. Jego tekst bardzo porządkuje moje postrzeganie tych zagadnień, o których Siwczyk pisze. Uświadamia mi bardzo kierunki, w których należy podążać, aby próbować konstruować kulturową świadomość tego miasta, które pod względem ideowego zabełtania cofnęło się dalej, niż było po 1945 roku. Przez dziecięciolecia otrzymywaliśmy tu materię przedniej jakości, której wystarczyło po prostu użyć. Mieliśmy ją tu na ulicach i placach, jej atomy krążyły w powietrzu. Rozrzedziła się bardzo. W roku 2016 otrzymujemy jednak naprawdę dużą szansę, aby pozbierać rozrzucone gdzieniegdzie okruchy i wykorzystać je do stworzenia całkiem nowej ponadnowoczesnej narracji.

Nie ma tu już żadnego znaczenia fakt, co ze swoją gliwickością zrobi Siwczyk dalej. Dla Gliwic zrobił już naprawdę na tyle dużo, że nie godzi się nawet wymagać więcej. Tylko diabeł i bóg bijący się o jego poetycką duszę wiedzą, gdzie ta go zaprowadzi. Pewne jest jedno – Siwczyk otworzył Gliwicom kolejną furtkę. Do znacznie większych celów, niż tylko nazwanie go gliwickim poetą.

***

Koło miejsca” to 41 części. Raczej krótkich. Ich znaczenie dla mnie samego, ale także waga uniwersalna skłaniają mnie do tego, aby do każdej z nich odnieść się osobno. I będę to robił. Być może codziennie do jednej. Na łamach Info-Postera zainteresowani, których nie spodziewam się wielu, będą mogli śledzić tę relację z podróży „po kole” Pozwoliłem sobie na tę grę z tytułem, choć doskonale rozumiem znaczenie, jakie nadał mu Siwczyk.

A propos zainteresowania. Podczas spotkania z autorami (patrz niżej) książki w Czytelni Sztuki była garstka osób. Krzysztof Siwczyk przegrał z Olgą Tokarczuk, która w tym samym czasie gościła w "Forum". Przegrał również z dyskusją na temat "polderów" planowanych przez "miasto". A ja wyciągnę z tego wniosek przekorny – to właśnie wielka nieobecność gliwiczan na tym spotkaniu świadczy, jak bardzo Siwczyk jest Gliwicom potrzebny. Kiedy poi się konającego z pragnienia, ten również nie wie, jak ważna rzecz się dzieje.

Z tego miejsca chcę przeprosić Michała Łuczaka, autora kongenialnego zwłaszcza w kontekście eseju Siwczyka cyklu zdjęć, wydanego z tym tekstem w jednym tomie. Byłoby nieroztropnością dzielić uwagę między dwie tak różne, choć chcące uchwycić to samo, artystyczne wypowiedzi. Pozwolę sobie zatem na osobny tekst, poświęcony fotografiom zawartym w „Elementarzu”

***

Wypada mi chyba zakończyć kilkoma zdaniami podsumowania ten zapewne całkiem niepotrzebny tekst. Działalność wydawnicza Muzeum w Gliwicach to w ostatnich latach powód do wielkiej satysfakcji. Publikacja tekstu Siwczyka wraz z fotografiami Łuczaka, to jednak wydarzenie dalece wykraczające poza ramy zwykłej działalności wydawniczej muzeum. Tę książkę trzeba koniecznie wyeksportować w Polskę. Trzeba to zrobić i czekać na oddźwięk. Jak sądzę nadejdzie.

Dariusz Jezierski

1 Comment on "Gliwice – Poezja – Filozofia: Krzysztof Siwczyk koło miejsca opisany"

  1. Tego samego dnia była jeszcze promocja "Dzienników księdza Franza Pawlara" (przetłumaczonych i wydanych przez Leszka Jodlińskiego) w nowym, wspaniałym antykwariacie "Kawka" przy ul. Wieczorka 11. Rzecz jest wielkiej wagi dla historii Ziemi Gliwickiej, więc tam byłem, chociaż naprawdę z żalem musiałem opuścić prezentację Krzysztofa Siwczyka, którego twórczość filozoficzną i poetycką z największym zainteresowaniem śledzę od pierwszego (wznowionego w roku 1995 dzięki Lesławowi Nowarze) Turnieju Jednego Wiersza. Wtedy Krzysztof Siwczyk wygrał w pięknym stylu, a ja byłem pierwszym wydawcą jego zaskakującego powagą wiersza (wraz z publikacją pozostałych wyróżnionych utworów). Pewnie do tego niebawem wrócę, bo w tym tomiku aż roi się od świetnych nazwisk. A Krzysztofowi życzę nie świetnego i nie wybitnego, bo takich już było sporo, ale… "wielkiego" wiersza, którym zadziwi świat! – Andrzej Jarczewski

Leave a comment

Your email address will not be published.


*