Gliwicki sojusznik Gowina, czyli Tusk może przegrać na dole…

4 komentarze

Kiedy Jarosław Gowin zjechał do Gliwic na początku sierpnia, nie do końca było wiadomo o co mu właściwie chodzi. Jasne było, że to manifestacja, że celowo Gowin penetruje środowiska od lat wyraźnie skonfliktowane z jego głównym politycznym przeciwnikiem Donaldem Tuskiem. Teraz, z perspektywy czasu, kiedy już najlepszy, zdaniem Gowina, samorządowiec zasiada w jego dość barwnym „gabinecie cieni” (moim zdaniem nie ma on nawet szans przekształcić się w gabinet figur woskowych), wszystko to wygląda zupełnie inaczej.

Gowin okazał się dość pragmatyczny i konsekwentny w swoich planach. Swoje spektakularne wyjście planował od dawna i było ono rozwiązaniem wygodnym także dla Donalda Tuska. Doskonale wiedział, że w wyborach w PO nie wygra. Okazało się jednak, że udało mu się coś znacznie ważniejszego – nie przegrał sromotnie. Pozostawił wrażenie, że nadwyrężona już nieco w politycznych bojach Platforma nie jest już konstrukcją bardzo stabilną, a już na pewno ujawnił postępującą tej konstrukcji erozję. Paradoksalnie, jego polityczną akcję należałoby traktować jako rodzaj bezkompromisowej diagnozy. Pacjent może teraz zbagatelizować wyniki i pozwolić się chorobie rozwinąć, ale może również sięgnąć po któryś ze sposobów terapii, być może nawet drastyczny. Czy sięgnie? Nie wiem – ma jakieś 3 – 5 miesięcy.

jgWróćmy nad Kłodnicę. Zjechał zatem Gowin do Gliwic z Frankiewiczem na ustach. Dla mnie jasne jest jedno – zna się na ludziach. Nieco zblazowany po samorządowych sukcesach Zygmunt Frankiewicz od dłuższego już czasu daje sygnały, że chętnie przyjąłby na sterane pracą barki jakiś zacniejszy publiczny obowiązek. Oczywiście odżegnuje się od tego, ale już od czasu awantury pławniowickiej wiadome jest, że w politycznej symfonii widziałby się w partii solowej. W samorządzie faktycznie osiągnął wszystko – w polityce regularnie dostaje po łapach, a swoimi politycznymi wyborami udowadnia, że… po prostu się do tego nie nadaje. Pławniowice, obywatel Goliszewski do Senatu… i wszystko jasne. Polityczny zmysł Frankiewicza rokuje projektowi Gowina jak najgorzej. Ale póki co, ostro walczący Jarosław wiedzieć o tym nie może… W Gliwicach zależy mi na spotkaniu z Zygmuntem Frankiewiczem, bo to jest wybitny samorządowiec. Niezwykle cenię dorobek Gliwic. To jest miasto wspaniale się rozwijające – oświadczył Gowin infogliwice.pl. Dodał również Przyjechałem się radzić prezydenta Frankiewicza. Trafił. Czułe miejsce Zygmunta Frankiewicza musiało wysłać potężny impuls do mózgu. I wysłało. Gliwicka rybka połknęła przynętę i póki co radośnie zawisła na politycznej wędce byłego ministra sprawiedliwości. Nie po raz pierwszy okazało się, że w polityce próżność okazuje się furtką, przez którą może wejść każdy, kto potrafi ją odnaleźć.

Zastanawiając się nad tym, dlaczego w przeddzień wyborów w PO Zygmunt Frankiewicz zgodził się na spektakularne spotkanie (mógł przecież również wysłać któregoś zastępcę, a sam jakoś się wymówić), nie znalazłem wielu racjonalnych przesłanek. Że polityczna odwaga? Dobre sobie. Frankiewicz już dawno zbija punkty na kunktatorstwie PO i w swojej narracji nie waha się wykorzystać każdego z coraz liczniejszych potknięć partii rządzącej dla poprawienia swojego wizerunku. W tej często podkreślanej opozycyjności względem takich czy innych decyzji PO, prezydent Gliwic znalazł wcale funkcjonalny instrument. Jednym słowem obstawiam to, że Gowin zwyczajnie znalazł furtkę. Wcześniej prezydent Bronisław Komorowski wielokrotnie stał u jej bram, już to zapukał, już odstąpił. Nie przestąpił jej jednak, ponieważ czas na otwarte rzucenie rękawicy Donaldowi Tuskowi jeszcze nie nadszedł. Gowin wszedł bez wahania, zyskując tym entrée dwie rzeczy od razu: co by nie mówić rozpoznawalnego samorządowca w gronie straceńców z gabinetu cieni oraz… furtkę do prezydenta RP – naturalny bufor ułatwiający wszelki dialog. Bo zapewniam – jeśli Gowin okrzepnie, jeśli będzie zdobywał kolejne przyczółki, jeśli nie skrewi – taki dialog, raczej później niż wcześniej, ale się rozpocznie.

Jarosław Gowin ostro penetruje środowisko samorządowców i to tych najbardziej okrzepłych, którzy przejęli u siebie praktycznie wszystko. To dobry ruch. Wydawał mi się ryzykowny, bo sądziłem, że PO wciąż jest zdolna do poważnej, zdecydowanej, być może druzgocącej odpowiedzi. Już pierwsze reakcje tejże utwierdzają mnie jednak w przekonaniu, że niekoniecznie. Uwikłana w przeciągające się już mocno wewnętrzne procedury wyborcze, zantagonizowana u podstaw – w regionach i najmniejszych komórkach, nieco wystraszona wynikami głównego politycznego konkurenta jakim wciąż jeszcze jest PiS i powoli wciągana do wyniszczającej walki na politycznym drugim froncie otwartym przez Gowina, zaczyna właśnie – pozostańmy przy wojskowej terminologii – nie radzić sobie z partyzantką na własnym wydawało się, choć nominalnie samorządowym terytorium.

Coraz wyraźniej widać, że Donald Tusk popełnia jeden ogromny błąd. Nie dostrzega znaczenia tej erozji na dole. W najmniejszych strukturach, w samorządach, które – jeśli sądzić po Gliwicach – częstokroć świetnie okopane w swoich biznesowych powiązaniach, raz po raz sygnalizują, że są już odrębną siłą. Pierwszy spostrzegł to właśnie prezydent Komorowski. A Tusk milczy. Głuchy na coraz częstsze sygnały o tym, że w wielu miejsca w platformerskiej ochronce okrzepły struktury, które powstają częstokroć – jak u nas – przez otwarte łamanie prawa, które potem kryte jest przez skandalicznie działającą Prokuraturę. Dochodzi do przypadków bezczelnego bezprawia. I to właśnie w mieście, który przez ustrojowe błędy zostało jakiś czas temu zawłaszczone przez ekipę „najlepszego samorządowca” Zygmunta Frankiewicza – samorządowego guru Jarosława Gowina. Jeśli Donald Tusk, mając na tacy dokładnie udokumentowane i udowodnione przeze mnie fakty łamania prawa w Gliwicach, mające miejsce pod rzeczywistą przykrywką „najlepszego samorządu”, nie uderzy w to, w co jako premier RP jest zobowiązany uderzyć, będę mógł z pełnym przekonaniem stwierdzić, że jego polityczny zmysł uległ przytępieniu. A jeśli chodzi o polityka tej miary, to może on oślepnąć od czytania dokumentów, ogłuchnąć od politycznych debat, ale zwęszyć polityczne niebezpieczeństwo musi potrafić już wtedy, kiedy ono dopiero zaczyna zagrażać. A niebezpieczeństwo o którym piszę jest dla PO całkowicie realne, wręcz namacalne. Dla mnie pewne jest jedno – jeśli PO przegra następne wybory, to nie „u góry”, na politycznych szczytach (po prostu nie wierzę w możliwość utrzymania przez PiS pozycji w rankingach), ale na dole – „w terenie”, gdzie kunktatorstwo, a czasem wręcz zwyczajna pazerność antagonizują wyborców bardziej niż cokolwiek innego.

A na koniec słów kilka o byłym ministrze sprawiedliwości. Był moment, że słuchałem go z uwagą. Mówił wtedy o reorganizacji sądów, poprawieniu standardów naszego wymiaru sprawiedliwości. Sraty-taty! Nie przeszkadza mu sposób w jaki jego doradca traktuje prawo? Takie słowa jak korupcja i nepotyzm coś jeszcze dla niego znaczą, czy były tylko polityczno-pijarową pulpą, którą wypluwał z ust na potrzeby maluczkich?

Sytuację sprokurowaną nad Kłodnicę przez jego doradcę opiszę w liście otwartym, który skieruję do Jarosława Gowina jeszcze w tym tygodniu. Załączę do niego pełną, szczegółową dokumentację dotyczącą poszczególnych spraw. Jako były Minister Sprawiedliwości powinien przeczytać je ze zrozumieniem.

Pewne jest jedno – jeśli zespół doradców Gowina rzeczywiście traktować jak gabinet cieni, to wybór Zygmunta Frankiewicza jest jak najbardziej na miejscu. Ten od dawna jest już cieniem samego siebie.

 Dariusz Jezierski

3 Comments on "Gliwicki sojusznik Gowina, czyli Tusk może przegrać na dole…"

  1. Cóż widać, że ławka PO w Gliwicach rzekomo tak pełna fachowców jest pusta skoro musieli wybrać sobie na przewodniczącego Borysa Budkę spadochroniarza z Zabrza. Co do tego pisania do Gowina to może pan panie redaktorze pisać ale jestem pewien, że Gowin dobrze wie o tych wszystkich sprawach w końcu ci panowie są z tej samej bajki.

  2. „…Kiedy Jarosław Gowin zjechał do Gliwic na początku sierpnia, nie do końca było wiadomo o co mu właściwie chodzi. …”

    Nasze społeczeństwo jest bardzo chorowite , przecież to widać, choćby po posłach.
    Ciągle muszą być koniecznie na diecie.
    W końcu to oni pochodzą z ludu, czyli od nas.
    W utrzymaniu zdrowia ważny jest sport.
    A co zrobić jak lata już nie te ?
    Pozostaje dieta.
    Jakiś kompromis musi być.
    Jeżeli chodzi o kompromisy to najlepiej na tym zna się partia chłopska z każdym się dogada.
    I ciągle jest na diecie – na diecie poselskiej.
    Pan Gowin swoje lata już ma, więc o sport nie pytam.
    Pozostaje dieta.
    TAK MYŚLĘ – NA CHŁOPSKI ROZUM .
    ***********************************
    GOGOL PRZEJAZDEM
    http://www.emotka.pl/emotikony/klasyczne/0529.gif

  3. Można umrzeć ze śmiechu, lub z przerażenia. W zasadzie, gdyby nie zbyt wiele krzyżyków na karku, najrozsądniej byłoby wyjechać, a tę hucpę małych, oślizgłych krętaczy pozostawić im samym sobie.
    http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35063,14767375,Jaroslaw_Gowin_w_Gliwicach___Rozpoczelismy_nasz_marsz_.html#hpnews=katowice

Leave a comment

Your email address will not be published.


*