Gliwickie dylematy profesora Mieczysława Chorążego – rozmowa

5 komentarzy

Rozmowa z prof. Mieczysławem CHORĄŻYM, 

CZŁOWIEKIEM ZIEMI GLIWICKIEJ – 2014”

 

– Czy pan jest gliwiczaninem z wyboru czy też z przypadku?

– Historyczne rzecz biorąc – jestem gliwiczaninem z przymusu.

– W jakich okolicznościach się to stało?

– Pochodzę z Podlasia, jestem synem chłopa ze wsi. Wojna sprawiła, że wylądowałem w Warszawie. Wykształcenie zdobyłem na tajnych kompletach edukacyjnych. W ten sposób ukończyłem gimnazjum i liceum. Maturę zdałem w 1944 roku tuż przed wybuchem Powstania Warszawskiego. Brałem udział w walkach powstańczych jako żołnierz Armii Krajowej. Po kapitulacji powstania dostałem się w stopniu plutonowego podchorążego do obozu jenieckiego w Niemczech. Przebywałem w nim do końca II wojny światowej.

– Czy po wojnie wrócił pan do Warszawy?

– Tak. Zostałem studentem stołecznej Akademii Medycznej. Wybrałem medycynę, bo takie postanowienie powziąłem jeszcze w 1941 roku, gdy umierała moja mama. Po ukończeniu studiów medycznych chciałem pozostać w stolicy. Od prof. Łukaszczyka, dyrektora Instytutu Radowego przy ul. Wawelskiej (obecnie – jednostka Centrum Onkologii) otrzymałem interesującą ofertę podjęcia pracy. Zamierzałem poświęcić się badaniom naukowym nad nowotworami. Moje zamiary pokrzyżowała jednak polityka.

– W jaki sposób?

– Dla ówczesnych władz byłem jednostką podejrzaną politycznie. Proszę nie zapominać, że żołnierz Armii Krajowej był dla komunistów sprawujących po wojnie władzę w Polsce „zaplutym karłem reakcji”. Tuż przed otrzymaniem dyplomu lekarskiego miałem kilka bardzo nieprzyjemnych rozmów z funkcjonariuszami Urzędu Bezpieczeństwa. Jedna z nich szczególnie utkwiła mi w pamięci. Odbyła się w 1951 roku w pałacyku przy ul. Grażyny 11 w Warszawie. Ten budynek miał różne przeznaczenie na przestrzeni dziejów. W 1944 roku była to nasza placówka powstańcza. Po wojnie obiekt został przejęty przez UB. Obecnie zaś jest siedzibą Fundacji Nauki Polskiej. 

– Czy ubecy byli wobec pana agresywni?

– Nawet bardzo. Próbowali mnie pognębić i upokorzyć. Byli to dwaj moi rówieśnicy. Najłagodniejsze sformułowania, które do mnie kierowali, brzmiały: „ty baranie” oraz „ty świński ryju”. Obelżywych wulgaryzmów nie będę już cytował. Padały pod moim adresem ponure groźby. Jeden z nich powiedział mi: „Jeśli ja zechcę, to po tobie nie zostaną nawet paznokcie i włosy”. Maglowali mnie przez kilka godzin.

– Czego właściwie chcieli od pana?

– Myślę, że chcieli mnie zastraszyć. Oni byli przekonani, że ja nadal konspiruję przeciwko władzom komunistycznym. Sądzili, iż należę do jakiejś tajnej organizacji antykomunistycznej. Od czasu do czasu spotykałem się rzeczywiście z moimi dawnymi kolegami z powstańczego batalionu „Baszta”, ale nie miało to charakteru działalności konspiracyjnej. Jeden z przesłuchujących mnie ubowców stwierdził w końcu: „Tu mi kaktus na dłoni wyrośnie, jeśli ty dostaniesz dyplom ukończenia studiów”. Nie zdołał mnie jednak zastraszyć. Hardo odparłem: „Jeszcze UB nie wydaje dyplomów, lecz Akademia Medyczna”.

– Ubecy nie spodziewali się chyba takiej reakcji z pańskiej strony…

– W odpowiedzi usłyszałem więc od nich stek niewybrednych wulgaryzmów. Wykrzykiwali, że nie pozwolą mi pozostać w Warszawie. „Pójdziesz w Bieszczady obwiązywać palce robotnikom leśnym, gdy się skaleczą” – wrzasnął jeden z nich.

– I to wszystko działo się z powodu pańskiego udziału w Powstaniu Warszawskim?

– Myślę, że nie tylko. Z punktu widzenia władzy – miałem jeszcze inną wadę życiorysową. Byłem synem rolnika, który posiadał 20-hektarowe gospodarstwo na Podlasiu.

– No to sprawa jest jasna. Syn tzw. „kułaka” musiał być naturalnym wrogiem komunistów.

– Na tym nie kończyła się jednak lista moich „grzechów politycznych”. Miałem w bliskiej rodzinie działaczkę ludową, która była związana dość mocno z mikołajczykowskim Polskim Stronnictwem Ludowym – jedyną realną opozycją w tamtym systemie politycznym. Moja bratowa (bo to o nią chodzi) była w swoim czasie nawet posłanką PSL w Sejmie. Siedziała potem przez rok w więzieniu przy ul. Rakowieckiej.

– Trzy poważne „haki” w życiorysie solidnie obciążały pana w oczach ubeków.

– Rzeczywiście. Dyplom lekarski uzyskałem jednak w przewidzianym terminie, ale zaraz po tym wydarzeniu otrzymałem powołanie do wojska. Rokossowski, minister obrony narodowej miał wówczas prawo powoływania do służby wojskowej na czas nieokreślony, a w Azji toczyła się wojna koreańska. Polska była wtedy zobowiązana do zapewnienia opieki medyczno-sanitarnej nad wojskami państw bloku sowieckiego, a lekarze byli tam potrzebni.

– Pańska młodość przypadła więc na wyjątkowo upiorne czasy. Czyżby z rozkazu Rokossowskiego (nazywanego przez historyków sowieckim generałem w polskim mundurze) trafił pan do Korei?

– Na szczęście – nie. Po kilkutygodniowym przeszkoleniu w Łodzi zostałem nagle wyrzucony z wojska w stopniu szeregowego.

– Czy to oznacza, że został pan zdegradowany o kilka stopni wojskowych?

– Nie było formalnej degradacji, bo mój poprzedni stopień plutonowego podchorążego z Armii Krajowej nie został w ogóle uznany w Ludowym Wojsku Polskim. Przy zwolnieniu z wojska wydano mi polecenie niezwłocznego stawiennictwa w Departamencie Personalnym Ministerstwa Zdrowia. Następnego dnia pojawiłem się zatem w gmachu przy ul. Miodowej w Warszawie. Wystawiono mi tam tzw. nakaz pracy w szpitalu w Szczytnie na Mazurach.

– Dlaczego akurat wybrano Szczytno?

– W trakcie studiów lekarskich jeździłem na praktyki wakacyjne do tamtejszego szpitala. Nie chciałem jednak pracować zawodowo w Szczytnie. Odwołałem się więc pisemnie od tej decyzji.

– Do kogo?

– Do Departamentu Personalnego w Ministerstwie Zdrowia. Odwołanie przyniosło taki skutek, że skierowano mnie do pracy w Brzozowie, niewielkim miasteczku bieszczadzkim. Wcześniejsza przepowiednia warszawskiego funkcjonariusza UB miała się w ten sposób ziścić. Taki scenariusz absolutnie mi nie odpowiadał. Zwróciłem się z prośbą o pomoc do bratowej, która po wyjściu z więzienia miała – jak się okazało – nadal cenne kontakty z różnymi ludźmi w całym kraju. Poskutkowało. Interwencja jednego z ludowców, Czesława Wycecha, późniejszego marszałka Sejmu, spowodowała, że wysłano mnie do pracy w Gliwicach. I tak oto w październiku 1951 roku pojawiłem się w Państwowym Instytucie Przeciwrakowym w Gliwicach. Zostałem gliwiczaninem.

– Za kilka miesięcy upłyną 64 lata od tamtej chwili, a wcześniej, bo w ostatnim dniu sierpnia, będzie pan obchodził swoje dziewięćdziesiąte urodziny.

– Nie da się ukryć. Wiem, że to szmat czasu. Nie od razu jednak w latach pięćdziesiątych zająłem się w Gliwicach wymarzonymi badaniami naukowymi. Najpierw przez rok pracowałem w charakterze lekarza oddziałowego. To mi dużo dało. Uzyskałem cenne podstawy do działalności naukowej.

– Gmach, do którego pan trafił w 1951 roku, był położony przy ul. Wybrzeże Armii Czerwonej. Od 23 lat ulica nosi nazwę „Wybrzeże Armii Krajowej”. To chyba jedyny przypadek w dziejach, że Armia Krajowa wyparła Armię Czerwoną.

– Faktycznie, trzeba to uznać za niezwykłe zdarzenie. Zmiana nazwy ulicy nastąpiła po trzech latach od transformacji ustrojowej w naszym kraju. Przysporzyło mi to trochę satysfakcji.

– Czy pan pamięta swoje pierwsze wrażenia z Gliwic?

– Miałem mieszane uczucia. Z jednej strony – odczuwałem duży żal za Warszawą, w której pozostali wszyscy moi koledzy i znajomi. Z drugiej strony – byłem raczej zadowolony z przybycia do miasta, które zrobiło na mnie bardzo korzystne wrażenie. Podobało mi się, że panuje tu ład i porządek, a skutki wojny są prawie niewidoczne. Gliwice w porównaniu ze zniszczoną i zagruzowaną Warszawą prezentowały się naprawdę okazale. Pamiętam, że byłem autentycznie zafascynowany ówczesnymi Gliwicami.

– Po latach przestał w naszym kraju obowiązywać nakaz pracy. Zlikwidowano przymusowy tryb zatrudniania ludzi we wskazanym odgórnie miejscu. Czy miał pan wówczas ochotę opuścić Gliwice i wrócić do ukochanej Warszawy?

– Może pana zaskoczę, ale muszę się przyznać, że po latach nie chciałem już przenosin do Warszawy, choć były takie propozycje i pokusy. Na dobre zaadaptowałem się w gliwickim środowisku. Obarczono mnie tutaj w Instytucie różnymi i bardzo ważnymi zadaniami, które wymagały mojej aktywności zawodowej właśnie w Gliwicach.

– Gdzie pan mieszkał w okresie minionych 64 lat?

– Najpierw przydzielono mi skromne locum w gmachu instytutu, a potem przeniosłem się do służbowego mieszkania przy ul. Lelka (dziś – Aleja Korfantego). Zbiegło się to w czasie z moim ożenkiem w 1952 roku. Miałem wtedy 27 lat.

– Czy ożenił się pan z gliwiczanką?

– Nie. Moją żoną jest skierniewiczanka z pochodzenia. Poznałem ją w okresie studenckim. Była laborantką w warszawskim Instytucie Gruźlicy. W pierwszej połowie lat sześćdziesiątych przeprowadziłem się wraz z rodziną do obecnego mieszkania, usytuowanego w jednym ze skrzydeł starego gmachu Instytutu Onkologii. Dzięki temu miałem i mam nadal blisko do pracy. Pomimo formalnego przejścia na emeryturę ciągle zajmuję się działalnością naukową, choć teraz już w zmniejszonym zakresie i wymiarze czasowym.

– Wrósł pan więc na trwałe w gliwicką glebę. Jak w pańskich oczach wypada porównanie tamtego miasta sprzed kilkudziesięciu lat ze współczesnymi Gliwicami?

– Zawsze interesowałem się sprawami społecznymi. Tak zostałem ukształtowany przez rodzinę, szkołę i życie. Przez całe lata ciekawiło mnie, co się dzieje w mieście, w którym przyszło mi żyć i pracować. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w zeszłym wieku życie w Gliwicach, pomijając trudności ekonomiczne, było całkiem znośne, a szczególnie ożywione w sferze kultury. W dzielnicy akademickiej odbywało się wiele interesujących imprez. Z powodzeniem funkcjonował teatr studencki STG. Obok stołecznego STS był on wymieniany jako jeden z dwóch wyróżniających się w kraju teatrów akademickich. Prężnie działały kluby studenckie. Na ulicy Banacha często odbywały się ciekawe koncerty. Dziś tego nie ma. Obecne życie kulturalne w mieście ma nieco ograniczony charakter. Dostrzegam w tej dziedzinie brak długookresowej koncepcji i konsekwentnych działań. Ciągle np. nie odbudowano spalonego teatru VICTORIA przy Alei Przyjaźni. Jeden teatr muzyczny i kilka ciekawych imprez koncertowych na rok to trochę za mało. Szkoda, że wydarzenia tak się potoczyły.

– Od blisko 22 lat rządzi Gliwicami ten sam człowiek.

– Generalnie uważam, że ustawa samorządowa ma istotny mankament. Nie wpisano do niej zasady kadencyjności wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Przynosi to czasami niepożądane skutki. Długotrwałe piastowanie kierowniczych funkcji samorządowych przez tych samych ludzi stwarza warunki do formowania sieci powiązań i układów, które utrzymując jednolity „front”, niechętnie poddają się kontroli społecznej i w praktyce realizują jedynie własne koncepcje. Miasto w ostatnich dwóch dekadach otwarło strefę przemysłowo-ekonomiczną, ale nie zdołało zbudować południowo-zachodniej obwodnicy drogowej. Pod Kleszczowem monstrualne blaszane magazyny zniszczyły przestrzeń krajobrazową. Miasto wyzbyło się wielu dużych zakładów przemysłowych. Bardzo mi szkoda np. Huty „1 Maja”, która w końcowych latach swego istnienia funkcjonowała pod nazwą Huty „Gliwice”. Wyobrażałem sobie kiedyś, że zostanie ona przekształcona w inny zakład o zmniejszonej uciążliwości ekologicznej. Stało się zaś inaczej. Unicestwiono całe przedsiębiorstwo. Zniszczono wszystko do gołego gruntu. Unikatowe urządzenia hutnicze trafiły na złom. Cenne świadectwa dawnej kultury materialnej przestały istnieć. To dla mnie niespotykane szkodnictwo. Chwała za to, że ocalały chociaż resztki dawnej kopalni „Gliwice”, i że wreszcie odnawia się dom przedpogrzebowy przy ul. Poniatowskiego.

– Zniszczono również wyposażenie dawnej Fabryki Drutu.

– Zakład przy ul. Dubois rzeczywiście podzielił los śródmiejskiej huty. Przed dwoma laty poniszczono tam m.in. cenne maszyny tkackie. Dotarły do mnie informacje, z których wynika, że zabytkowy park maszynowy fabryki przeznaczono po prostu na złom. Nie zostało z niego nic. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego tak się stało. Nasze prawo i nasze władze źle chronią wartościowe, unikatowe zabytki kultury materialnej.

– Likwidacji dawnych fabryk i zakładów towarzyszy w Gliwicach realizacja nowych inwestycji. Powstają dwa potężne obiekty – kilkukilometrowy odcinek Drogowej Trasy Średnicowej i wielka hala widowiskowo-sportowa. Czy to dobrze dla miasta?

– Od lat toczę w tej sprawie spór z władzami Gliwic. Hala „Podium” jest inwestycją chybioną. W trakcie jednego z otwartych zebrań Rady Miejskiej przedstawiłem alternatywną koncepcję inwestycyjną. Zaproponowałem, żeby zamiast budowania wielkiej, kosztownej hali postawiono w każdej dzielnicy naszego miasta niewielki obiekt sportowo-rekreacyjny z boiskiem, basenem i krytą halą do gier ręcznych. Moja propozycja została kompletnie zignorowana, a ogromna hala „Podium” jest już prawie gotowa. Ostatnio przeczytałem, że przekazano halę we władanie Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji. Rozbawiła mnie druga część nazwy tej firmy w kontekście zadań, jakie ma pełnić hala. Nasuwają mi się groteskowe skojarzenia. Powstająca w mieście wielka inwestycja drogowa też budzi moje poważne zastrzeżenia. DTŚ powinna kończyć się u zbiegu tej arterii z autostradą A1. Zupełnie niepotrzebny jest następny odcinek trasy, dostosowany do ciężkiego transportu samochodowego i przebiegający przez ścisłe śródmieście. Ten fragment przelotowej arterii komunikacyjnej podzieli na zawsze centrum miasta na dwa odrębne organizmy miejskie.

– Jak pan ocenia cały układ drogowo-komunikacyjny w Gliwicach?

– Dość krytycznie. Fatalne pod względem bezpieczeństwa ruchu drogowego jest np. skrzyżowanie ulic obok dawnego kina „Apollo” (u zbiegu Wieczorka, Jasnogórskiej, Kozielskiej, Daszyńskiego i Sobieskiego). To zupełny koszmar dla kierowców. Pomysł poszerzenia ulic Sowińskiego i Mickiewicza dla uzyskania skróconego przejazdu od nieukończonej obwodnicy drogowej w rejonie dawnego POCH-u do ul. Pszczyńskiej jest zły i powinno się go zarzucić. Mam nadzieję, że nie będą też realizowane pomysły poszerzania ul. Dworcowej, ani budowy wiaduktu nad torami jako przedłużenia ul. Tarnogórskiej, ani stacji benzynowej koło śródmiejskiej poczty, ani budowy następnego supermarketu na miejscu dawnej huty „1 Maja”. W obrębie miasta szafuje się zbyt dużymi połaciami cennej ziemi na inwestycje drogowe. Węzeł autostradowy „Gliwice-Sośnica” zajął kilkaset hektarów gruntów rolnych! A wracając do budownictwa: nasze miasto nie ma miejskiego architekta, ani miejskiego zespołu urbanistów. Wolne place i działki często udziwnia się budynkami – wytworami ludzi, którzy nie czują ducha tego miejsca.

– Jaka przyszłość czeka nasze miasto?

– Potencjał rozwojowy miasta został poważnie ograniczony nierozsądnymi decyzjami inwestycyjnymi. Będzie bardzo trudno uzyskać spójność społeczną i zrównoważony rozwój dwóch części Gliwic rozdzielonych Drogową Trasą Średnicową i linią kolejową. Planowane ustawienie wokół tej arterii ekranów akustycznych o wysokości do 5 m mocno oszpeci miasto pod względem architektonicznym. Zyskają na tym tylko producenci ekranów, którzy otrzymają sporo intratnych zamówień. Śródmiejski krajobraz Gliwic będzie w efekcie paskudny. Władze miejskie nie biorą pod uwagę doniosłego faktu, że przestrzeń krajobrazowa w mieście jest własnością wszystkich jego mieszkańców. W Gliwicach nie ma poszanowania dla wysiłków dawnych urbanistów, którzy w przeszłości tworzyli to miasto.

Rozmawiał: Zbigniew Lubowski

wywiad ukazał się w Życiu Gliwic – www.zyciegliwic.pl

Mieczysław Chorąży (ur. 31 sierpnia 1925 roku w Janówce) – lekarz pracujący nad biologią raka, profesor, doktor honoris causa dwóch polskich uczelni, członek Polskiej Akademii Nauk i Polskiej Akademii Umiejętności, wieloletni kierownik Zakładu Biologii Nowotworów w Centrum Onkologii w Gliwicach, oddziale Instytutu im. Marii Curie Skłodowskiej.

Jest autorem wielu publikacji z zakresu biologii nowotworów, w dużej części – anglojęzycznych. Był jednym z badaczy wpływu zanieczyszczeń środowiska na tzw. genom mieszkańców Śląska. Współpracował z placówkami naukowymi w USA, zajmując się genetyką raka płuc. Jest promotorem 18 zakończonych przewodów doktorskich. Pięciu spośród jego doktorantów otrzymało tytuł profesora.

Laureat wielu nagród i odznaczeń. Za działalność w czasie wojny uhonorowany dwukrotnie Krzyżem Walecznych, Krzyżem Armii Krajowej i Warszawskim Krzyżem Powstańczym. Kawaler wielu odznaczeń państwowych, w tym Krzyża Komandorskiego z Gwiazdą, Krzyża Oficerskiego i Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski.

5 Comments on "Gliwickie dylematy profesora Mieczysława Chorążego – rozmowa"

  1. … NIC DODAĆ, NIC UJĄĆ … jasność oceny, z perspetywy z paonad 60 lat jest ujmująca i jakże trafna. Podziwiam kulturę i elegancję Pana Profesora w Jego ocenach i osądach. 

    Życzę Panu Profesorowi, przede wszystkim zdrowia i nieustającego optymizmu.

    Redaktorowi Jezierskiemu dziekuję za przedruk. Takie przedruki są potrzebne – mimo wszystko napawają optymizmem, a może nawet przywrócą wiarę w gliwickie elity intelektualne – może nie wszystko stracone jeszcze …

  2. Profesor Chorąży to Dinozaur. Takich humanistów brakuje w tym mieście . Od dziecka słyszałem to wielkie nazwisko, niezmiennie związane z Instytutem Onkologii. Wielki szacunek i dużo zdrowia, panie Profesorze.

  3. Niezwykła postać nie tylko w świecie medycznym,lecz również społecznym. Szkoda,że takich ludzi jest tak mało,a może są tylko ich nie dostrzegamy.

    Może infoposter postara się o zbieranie informacji o ludziach, którzy coś tworzą w małych środowiskach,których działalność jest widoczna może lokalnie,ale jest.

    Dla Pana profesora szacunek i wiele dobrych życzeń

  4. Prof. Chorazy niestety kilka lat temu zaprzedal sie tut. wladzy zeby mogl prowadzic Wszechnice.

    • czytająca uważnie | 20 maja 2015 at 10:22 am | Odpowiedz

      Do "lekarza"….bardzo trudno skomentować mi to co "lekarz"pisze….odpowiem inaczej…może lepiej niech sfrustrowany "lekarz" pisze właśnie tutaj niż przepisuje recepty i udaje , że leczy.

Leave a comment

Your email address will not be published.


*