Grzegorz Krawczyk o Jerzym Lewczyńskim…

Jeden komentarz

2 lipca 2014 roku zmarł w Gliwicach Jerzy Lewczyński. Urodził się w Tomaszowie Lubelskim 14 marca 1924 roku, żył dziewięćdziesiąt lat. Był człowiekiem szczodrym, w każdym sensie tego słowa.

 

Odszedł żołnierz Armii Krajowej, inżynier, uważny obserwator, wielki polski fotograf i artysta, świadek dwudziestego wieku, archeolog codzienności, znakomity człowiek.

Całe powojenne życie związał z Gliwicami, i stąd, ze zwykłego mieszkania w bloku, on, zwykły inżynier (jak lubił o sobie mawiać) nawiązał dialog ze światową fotografią, nierzadko brutalny, ale odświeżający i odbudowujący znaczenie tego medium. Pozostały po nim ważne dzieła i ważne prądy, wpływające do dziś na fotografów, artystów, kuratorów kolejnych pokoleń: wystarczy wymienić antyfotografię i archeologię fotografii. Antyfotografia to zestawienia zdjęć o chwiejnym, niedopowiedzianym znaczeniu, przedstawiających to, co można uznać za brzydkie albo nieznaczące. A jednak – wraz ze Zdzisławem Beksińskim i Bronisławem Schlabsem – poprzez takie właśnie zdjęcia wprowadzili do polskiej fotografii nurt niezwykle ważny, którym żywi się ona do dziś, nie zawsze świadomie. Dali jej nowe życie, i nie śmierć każe to stwierdzić, ale rozsądek i pamięć. Jerzy Lewczyński miał tu największe zasługi. Archeologia fotografii to wyłącznie jego wynalazek. Można określić ją inaczej – chodzi o nierozerwalne połączenie obrazu z życiem. Bo Lewczyński zdjął fotografię z piedestału i kazał jej na nowo znaczyć coś konkretnego: opowiadać historię ludzi, historię kraju, historię samej siebie. Podejmował z ulicy, strychów, ze śmieci porzucone zdjęcia i wystawiał je w galeriach. Urodę i sens widział w tym, co obarczone skazą.

Archeologia fotografii to dziś klasyczne pojęcie.

Pod koniec życia zrezygnował w ogóle ze zdjęć, pokazywał kserograficzne kopie cudzych zapisków. Na taki gest, gest gwałtownego odświeżenia własnego języka artystycznego, stać bardzo niewielu, tylko najwybitniejszych.

Był niezwykle szczodry. W swoim mieszkaniu przyjmował każdego, kto miał ochotę go spotkać. Dawał, o co go proszono: radę, zdjęcia, wywiad, rozmowę, a czasem wszystko naraz. W godzinie obiadu gości zapraszał do stołu. Był szczodry, w każdym sensie.

Wydawało się, że on jeden śmierci się wymknie, sam zwykł tak ponuro żartować. Nie udało się, zmarł, dożywszy dziewięćdziesiątki. Ci, którzy go odwiedzali, od lat wiedzieli, że spocznie pod chodnikową płytą z ulicy Korfantego w Gliwicach. Znalazł ją i przechowywał od wielu lat. Był prawdziwym archeologiem współczesności, miał dar dostrzegania swoistego piękna w miejscach, obok których inni przechodzili obojętnie.

 

Odszedł przyjaciel naszego Muzeum.

Żegnaj, Jerzy! Dziękujemy.

Grzegorz Krawczyk

Dyrektor Muzeum w Gliwicach

1 Comment on "Grzegorz Krawczyk o Jerzym Lewczyńskim…"

  1. Bardzo dobrze napisane, mówi wiele o Jerzym Lewczyńskim tym, którzy go nie znali, dla tych znających go jest świetnym podsumowaniem. Pisał to chyba prawdziwy Przyjaciel Artysty. Piękne słowa.

Leave a comment

Your email address will not be published.


*