… i tylko liście opadają cicho …

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
3 komentarze

Lubię tę porę, tę porę przesilenia tego ciepła już ostatniego, z tym zimnem, co go jeszcze nie ma, ale będzie, ale nadejdzie … i lubię ją tu, właśnie tu, właśnie w tym miejscu, gdzie przyjaciół i znajomych już coraz więcej i przybywa wciąż i przybywać będzie … aż pewnego dnia sam do nich dołączę i na zawsze … i nie boję się tego, i dlatego bywam tu często, a nawet coraz częściej … i krążę wśród tych płyt niemych, z których każda albo pod każdą … i szum się rozchodzi nad tymi płytami, niezrozumiały zupełnie, jakby wszyscy na raz mówić chcieli lub krzyczeć, jakby …

….a pośród tych płyt, ta bodaj najbliższą mi jest, choć zaniedbana i niesprzątana nigdy i przez nikogo, bo tych, których to obowiązkiem było, już niema od dawna …  … więc teraz ze szczotką przyszedłem tu …

… liście, te złote liście wirując w prawie jesiennym słońcu opadają na tę płytę i tuląc się do niej zdobią ją niepowtarzalnie i tak jak powinny, i ta szczotka, i jej użycie haniebnym by było wobec tego zdobnictwa, haniebnym … więc tej szczotki nie potrzebuję już, tutaj…

… jeszcze widać nazwisko i imię widać, i rok urodzenia, i rok odejścia, i ten napis już prawie liśćmi przykryty: Profesor Politechniki Lwowskiej, a niżej Profesor Politechniki Śląskiej … więc patrzę na tę płytę nim kolejne liście złotem zakryją napisy i wsłuchuję się w jej milczenie, w milczenie kamienia …

„ … obawiam się, że Pan Kolego, kiedyś w przyszłości zacznie myśleć … oby było to jak najpóźniej …” – powiedział, bez ironii jakby i odwracając się poszedł tym spokojnym i powolnym krokiem do swojego gabinetu. Patrzyłem na tę znikającą postać, tego wysokiego Profesora o manierach arystokraty i z tą niewidzialną barierą, która go otaczała, a może chroniła i czyniła niedostępnym dla mnie, 20 letniego wówczas gówniarza, któremu po przeczytaniu iluś tam setek książek wydawało się, że wystarczy „pchnąć lekko” by „zmurszały świat” legł w gruzach … tak mi się wtedy wydawało … tak więc, kiedy przez absolutny przypadek, udało mi się z Nim kilka słów na tym korytarzu zamienić, to mnie poniosło, to musiałem … słuchał cierpliwie, nie przerywając i wysłuchał do końca, przyglądając mi się z pewnym ironicznym prawie zaciekawieniem. I byłoby cudownie i byłoby bosko … gdyby nie to …  „…obawiam się, Panie Kolego …” , które podsumowało tę moją odwagę … bolało to mnie, bolało bardzo, naruszało moje ego, jak mi się wówczas wydawało … a bolało szczególnie, bo to On powiedział … mój mistrz podświadomy, wzór niedościgły i wielbiony, obiekt zazdrości i marzeń, westchnień bez mała i za którym wodziłem wzrokiem jak za panną jaką, taką panną, co to się za nią wzrokiem wodzi i nie tylko wzrokiem …

Kilka lat później wżeniłem się, ja hanys z hanysów … więc wżeniłem się w Lwów, w ten Lwów najbardziej lwowski z wszystkich Lwowów … w tę rodzinę, rozwiniętą nieskończenie i skoligaconą ze wszystkimi bodaj, z tymi ciotkami i pociotkami, przeróżnymi wujami, wujkami i kuzynostwem przeróżnym, o niciach powiązań zupełnie dla mnie i do dziś niezrozumiałych … i bywałem na tych rodzinnych herbatkach, przeróżnych imieninach, urodzinach i innych świętach, kultywowanych u nich bodaj od wieków, na których byli wszyscy, wszyscy Ci którzy być powinni, którzy się liczyli i byli „kimś”, a żyli jeszcze … i bywałem na tych „imprezach” gdzie sto talerzyków było, a trzy plastry kiełbasy czy szynki do tego, ale na stu talerzykach, ze stoma widelczykami, łyżeczkami, z kieliszkami kształtów różnych w krysztale rżniętych i różnym przeznaczeniu, którego nigdy nie opanowałem – ja parweniusz śląski … więc mnie Żona pokazać musiała, tym wszystkim ciotkom, pociotkom, wujom i wujenkom i udowodnić, że ten „hanys” na dwóch nogach chodzi i wyprostowany do tego … więc Jej się udało, nawet bez bólu i bez wpadek szczególnych i tam to właśnie, u tych ciotek niezliczonych, których liczba zaraz gwałtownie zaczęła maleć, a dziś ich już nie ma … tam to właśnie po raz wtóry spotkałem Jego i nie tylko Jego, ale Jego właśnie i szczególnie … z podziwem patrzyłem jak przy stole z wirtuozerią posługiwał się tymi niezliczonymi sztućcami, do tych ciast i ciasteczek przeznaczonymi, do tych owoców, sardynek i innych precjozów, jak żonglował tymi kieliszkami do win, wódek i nalewek, tymi pięknymi i zadbanymi palcami, jak bawił się tymi swoimi dłońmi jak składał i przekładał swoje palce … wszystko widziałem, podejrzałem, podziwiałem …

„… toś ty mąż „cebulki”, popatrz, popatrz … no, no, no …” – tak się zaczęła i skończyła pierwsza z Nim moja „prywatna” rozmowa, na szczęście nie ostatnia … …„mąż „cebulki” …” – stało się tym kluczem, kluczem do niezliczonych wspomnień, do poznania Jego i Innych, których nigdy bym nie poznał …

„ mąż „cebulki” – tylko tyle i aż tyle …

Kolejne liście wirując opadają cichutko … za cicho … a jednak wystarczająco głośno, by wytrącić ze wspomnień i tego odrętwienia … ale też zaraz kolejne, kładąc się na tej płycie usypiają, przenoszą gdzieś … tam …

„ …a może Panu nalać ?” – zapytałem, gdy siedząc w fotelu bawił się pięknym kryształowym kieliszkiem, podziwiając jego linię i rubinowe błyski światła w rycie kryształu „ może Panu nalać Profesorze ?” – powtórzyłem trzymając karafkę w ręku  „…nalać powiadasz ? a może polać, to chyba tak teraz …ano polej, polej … ale tej „żubróweczki” co stoi na stole, polej … i ten kieliszeczek weź, a tamten podaj do tej „zubróweczki”, tamten proszę, jeśliś łaskaw …” … i podziwiałem ten jego palec, którym wskazał ten właśnie kieliszek, a nie inny, ten właśnie i zaraz o popielniczkę poprosił i z przepięknej papierośnicy z nomogramem wyjął papierosa i podsuwają mi ja pod nos prawie „zapalisz ? … e pewnie nie, bo to nałóg paskudny …” i zaraz papierośnice zgrabnie zatrzasnął i do kieszeni schował … nie zapaliłem ani wtedy, ani nigdy później przy nim …

„ … a pić to trzeba umić … ale nigdy z wartością dodaną …” – dudni mi w uszach do dziś, wraz z tym opisem tego chłopskiego wesela, tym poetyckim opisem, malowniczym … i słyszę te Jego powiedzonka przeróżne, te żarciki, złośliwości wysublimowane i lakoniczne …

A jeszcze kilka lat temu przy tej płycie widziałem czasem staruszkę, jak na kolanach pieczołowicie szczoteczką liście zgarniała i śmieci, i na tej ławeczce zgięta, a po niej lampeczka malutka zostawała z ogieńkiem, a czasem kilka kwiatków z ogródka … nie widzę jej już od dawna – pewnie rozmawiają teraz oboje …

… płyty nikt już nie sprząta, bo nie ma kto … a może nie trzeba, bo byle kto nie powinien …

Raz tylko byłem u Niego w domu, tak 3 może 4 lata przed Jego odejściem. Zadzwoniłem wcześniej – „… ach to ty …” – wątpię, żeby mnie rozpoznał. Zepsuła Mu się bateria przy wannie, takie dzieło sztuki z mosiądzu, wspaniałej niemieckiej roboty. „ Zepsuło się, wszystko się kiedyś psuje … ale, widzisz to wspaniała robota … wiec może lepiej niech popsute zostanie … bo tego cham nie naprawi, bo to widzisz nie dla chama robota, nie dla chama …” powtarzał ciężko oddychając. Przywiozłem z Sośnicy starego niemieckiego hydraulika, prawie Jego równolatka – naprawił, uszczelki jakieś ręcznie ze skóry wycinał – naprawił „… wunderbar, Meister, wunderbar …” – powtarzał zachwycony, a potem piękną niemczyzną z mistrzem poszwargotał i jeszcze w drzwiach przy wyjściu rękę mu ściskając powtarzał „wunderbar, wunderbar”

Złoty liść, prawie już przeźroczysty wirując w tej złotej poświacie miękko osiadł na płycie i przykrył ostatnią literę …

Pozostała po mnie mała lampeczka wyjęta z kieszeni z tym maleńkim chybotliwym światełkiem i … i złote liście na płycie …

Ty jesteś, kim będę

ja jestem, kim byłeś

liść złoty na dzieli

na Twojej mogile …

                                                                                                                        Gleiwitzer49

3 Comments on "… i tylko liście opadają cicho …"

  1. Szanowny Panie Gleiwitzer 49. Część tego świata opisanego  realiami pokrywa się z częścią mojego życia. Część tego wspanialego świata mimo  nieobecności ciotek, stryjków wójków i wujenek, kuzynów i tych przyszywanych, dalej żyje we wspomieniach, które i w końcu pokryją złote liście

    • … tak, właśnie tak jest. Ale, wie Pan, mimo wszystko, te złote liście napawają mnie optymizmem – może dlatego, że wydają się być ciepłe, a mnie, to coraz częściej zimno jest. A swoją drogą, czyż nie jest ironią losu, a może kpiną wręcz, że ta olśniewająca kakofonia jesiennych barw trwa zaledwie moment i to przed zamieraniem czy wręcz umieraniem – jakby chciała udekorować, uświetnić to umieranie właśnie … taka optymistyczna ironia … 

      Pozdrawiam cieplutko …

  2. Przepraszam za wujka przez "ó". Pozdrowienia

Leave a comment

Your email address will not be published.


*