Jedli jabłka, by poprzeć Polskę…

Jeden komentarz

Ten tekst ukaże się 1 września w "Życiu Gliwic". Aby był bardziej "na czasie" Info-Poster publikuje go już dziś.

A

15 sierpnia w Teatrze Miejskim w gruzińskim mieście Poti odbyła się premiera spektaklu „W moim sadzie wojna…” na podstawie dramatu Wiesława Myśliwskiego „Złodziej”. Reżyserowałem go na zaproszenie kierownictwa teatru. Samej pracy i premierze przedstawienia towarzyszyły okoliczności, które mają dla mnie wręcz symboliczne znaczenie.

Przede wszystkim premiera przypadła dokładnie na dzień pierwszej rocznicy śmierci Sławomira Mrożka. Tak się złożyło, że mój pierwszy kontakt z Gruzją miał miejsce w związku z inscenizacją mrożkowskiej „Policji” w mojej reżyserii (premiera 7 grudnia 2013 roku w Teatrze Ahmeteli w Tbilisi). 15 sierpnia to także rocznica Bitwy Warszawskiej i doroczne święto Wojska Polskiego, co nadaje szczególny kontekst spektaklowi traktującemu o wpływie wojny na człowieczeństwo i relacje międzyludzkie.

Gruzja i Polska to kraje, których historia naznaczona jest wojną. To również państwa, które ze szczególnymi obawami obserwują coraz bardziej agresywną politykę Rosji. Różnica polega tylko na tym, że małym kaukaskim krajem nad Morzem Czarnym targały wojny w ostatnich latach, a Polską – przed siedmioma dekadami.

8 sierpnia brałem udział w uroczystości poświęconej 12 ofiarom rosyjskich bombardowań Poti, do których doszło w 2008 roku. Trudno się więc dziwić, że spektakl, który stworzyłem, miał dla gruzińskich widzów szczególny charakter. Zdawałem sobie z tego sprawę jeszcze w kraju, podczas pierwszych lektur napisanej w 1973 roku sztuki. Musiałem ją jednak mocno skrócić, zanim w ogóle została przetłumaczona na język gruziński. Także potem były konieczne liczne ingerencje w tekst, mające na celu nadanie mu odpowiedniego dla sceny dramatycznego dynamizmu.

Wiesław Myśliwski to genialny prozaik, który w swojej literackiej karierze miał krótki okres twórczości dramaturgicznej. Zdecydowałem się przenieść na scenę jego „Złodzieja” w bardzo surowej, ale przy tym bardzo plastycznej formie. Znakomita scenografia Tamri Okhikiani stała się tłem dla niezwykle sugestywnej, bardzo precyzyjnej gry aktorów.

Nie, źle napisałem. To nie była gra. Nakłoniłem ich do osobistego przeżycia opowieści o tragedii rodziny, która jest historią uniwersalną, ale w Gruzji budził nadzwyczajne emocje. Łzy publiczności i żywiołowe reakcje po spektaklu dają tylko częściowe wyobrażenie o sile przekazu gruzińskiego przedstawienia…

Jedynym i dlatego mającym szczególne znaczenie symbolem było w mojej inscenizacji jabłko. O nim (i o sadzie) mówili często bohaterowie dramatu, a na scenie znalazło się nawet kilkaset jabłek. Ich zapach dosłownie unosił się nad sceną. Może trudno w to uwierzyć, ale jabłko było jedynym teatralnym rekwizytem w moim spektaklu.

C

Mają chyba rację ci, którzy często powtarzają, że życie jest pełne niespodzianek. Podczas pracy nad przedstawieniem dowiedziałem się nieoczekiwanie o nałożonym przez Rosję embargu na polskie jabłka… Do Gruzji dotarły szybko wieści o akcji jedzenia polskich jabłek „na złość Putinowi”. Przeprowadziłem więc na ten temat rozmowę z gruzińskimi aktorami. Nie trzeba było długo czekać na ich reakcję. Na znak solidarności z Polską aktorzy demonstracyjnie jedli jabłka podczas owacji po premierze. Wcześniej wzięli również udział w specjalnej sesji fotograficznej.

To był cudowny, pełen artystycznych wrażeń i niezwykłych emocji miesiąc w Gruzji. Część mojego sadu na zawsze pozostanie w Poti.

Dariusz Jezierski

1 Comment on "Jedli jabłka, by poprzeć Polskę…"

  1. Ja także robię na złość Putinowi tym chętniej, że tym samym robię też na złość Korwin-Mikkemu. Aby ich męki były większe, oprócz hurtowego wchłaniania jabłek zaprzestałem spożywania rosyjskiego kawioru. Niech mnie popamiętają!

Leave a comment

Your email address will not be published.


*