Jerzy Jachowicz już za Lizboną a przed Nowym Jorkiem…

Brak komentarzy, bądź pierwszy

 

Odczekał… Jerzy Jachowicz odszedł dyskretnie, jakby znienacka. Tak jakby nie chciał swoim przyjaciołom zmącić tych świąt, w których to życie zwycięża śmierć. Zmarł tuż po Wielkanocy, sześć dni po swoich urodzinach. Nagle, choć bliscy wiedzieli, że zmagał się z ciężką chorobą.

 

Ten dzień ułożył się dziwnie. Rano zobaczyłem post z jego profilu na Fb „Nie chcę żyć w smogu Śląska, chcę w falach pachnącego oceanu, gdzieś między Nowym Jorkiem a Lizbona (*)”. Nie skojarzyłem, nie dostrzegłem gwiazdki. Śmierć jest tak niepojęta, że zawsze wydaje się zaskakująca, wręcz niemożliwa. Podzieliłem się tą treścią z Anią. Jakiś komentarz rzuciłem. Nie pamiętam, pewnie o tym, że ciężko go czasem zrozumieć. Ale najdziwniejsze stało się potem… Jakieś poświąteczne porządki Ani i nagle na szafce, przy lampie, pojawiła się szkatułka z wagą. Jego technika, witraż… Podarowana Ani dawno temu, tak dawno, że aż lepiej nie liczyć lat. Mamy w niej wizytówki. Od kilku lat. Tu w leśniczówce w Buku pojawiła się dopiero dziś, wyjęta z któregoś z zapomnianych pudełek. Dzieło artysty, dzieło jego rąk było blisko mnie od lat, od początku naszej historii – mojej i Ani. I kilka godzin później ta szokująca wiadomość…

A mój Jachowicz? Poznawałem go z oporami, jakoś bardzo długo. Tak naprawdę zetknęła nas ze sobą Kasia Jajszczok, kiedy to zamówiła u Jurka figury do pierwszej lub drugiej szopki na Rynku, którą w pierwszych latach ożywiałem ze swoim teatrem. I wtedy poznałem autora rzeźb z Klubu 4art. Rozpoznawalnych, może nie wszystkim przypadających do gustu, ale nierozerwalnie związanych z tym miejscem. A potem okazało się, że z Anią znają się od dawna. Potem przyszła wzajemna sympatia. Jurek był z tych duchów niespokojnych, którym nie wszystko podoba się w ich rzeczywistości, które ośmielają się nie zajmować się tylko swoją sztuką, ale uczestniczyć, kontestować, próbować zmieniać. Cóż, Gliwice to nie jest miasto dla „takich” artystów. Wiedzieliśmy coś o tym z Jurkiem. A wielu przyjaciół w sztuce nawet teraz nie będzie wiedzieć o czym piszę, prawda? Bóg z Wami… z serca. Jurek o mało nie wszedł na moje listy wyborcze. Sprzątnęła mi go Platforma. Ale sympatyzowaliśmy ze sobą, wspieraliśmy się słowem, komentarzem. Bezkompromisowych wpisów Jurka już nie będzie. Tych najbardziej emocjonalnych, w których spiesząc z zapisaniem zapominał o gramatyce, czasem o ortografii. Takie prawdziwe to było, Jerzy…

Byłem na wernisażu wystawy jego asemblaży. Taką satysfakcję wtedy czułem. Wqidziałem, że podnosi się Jerzy artysta. Ze zniechęcenia, z dołu, z frustracji. Jego niedoceniane akcje w oknach, w przestrzeni miejskiej. Niby dostrzegane, ale jakby mimochodem, nieeksponowane. Dziś znaczenie artystycznych działań Jurka uderzyło we mnie do granicy tchu. Tego już nie będzie! Odchodzi jedyny – gliwicki plastyk wojujący. O uwagę, o miejsce w rzeczywistości tego okaleczonego brakiem estetyki miasta. I nie obraźcie się jego koledzy po artystycznej profesji na te moje słowa. Bo przecież wiecie – tak było. Tak bardzo się cieszę, że w ostatnim okresie jego prace miały swój oddźwięk za granicą. Wystawy, dobre recenzje… Bez tego pokarmu artysta usycha.

O jego chorobie nic nie wiem. I nie chcę już wiedzieć. Czuję się winny. Spotykałem go często, często był z Arturem – jego przyjacielem, moim znajomym. Zawsze obiecywaliśmy sobie przysiąść. Jurek zapraszał. Na kieliszek, czy dwa. Nie usiadłem. I już nigdy nie usiądę. Czuję się winny, właśnie tak. Ale bardziej wobec siebie. Odebrałem sobie tę możliwość poznania go od strony, z której go nie znałem. Z całą pewnością wywiązałaby się rozmowa. Ta, której już nie będzie. Bo Jurka nie ma. Zostały jego prace… Nie wiem czy dużo, czy wcale nie. Zostały te rzeźby w 4art. I zostało wspomnienie po jego twórczej obecności w mieście, które udawało, że go nie potrzebuje. Które teraz jest jeszcze uboższe o tę balkonowo-uliczną obecność. A mnie zostanie szkatułka mojej Ani. Od tylu lat nasza. I potężny dług do spłacenia. Za te kieliszki nie wypite, za te słowa niewymienione i to z winy człowieka, który słowem się zajmuje, za arogancję podświadomą, która być może podpowiedziała mi przekornie, że nic ciekawego się nie dowiem od człowieka, dla którego słowa nie są codzienną strawą.

Wiem, że czułeś, że Cię lubię. To mi pomaga poradzić sobie z dzisiejszą wiadomością. Ja wiem, że Ty na swój sposób lubiłeś mnie. Dostąpiłeś dużej łaski, której nie każdy artysta dostąpić może – żyłeś tak, że Twoje odejście samo w sobie jest jak performans. Z Twoimi wadami, przywarami, zaletami i pracami byłeś tak, że brakuje Cię już w pierwszych godzinach po Twoim odejściu. Ale masz prawo wytchnąć wreszcie w tym pachnącym oceanie…. gdzieś między Nowym Jorkiem….. a Lizboną.

 

A na koniec, jako puenta, znaleziony przeze mnie filmik, na którym Jurek opowiada o swojej rzeźbie, w swoim stylu… Poruszył mnie do tego stopnia, że napisałem o nim w Info-Posterze. Dziś przypomnę…

 

Dariusz Jezierski

Be the first to comment on "Jerzy Jachowicz już za Lizboną a przed Nowym Jorkiem…"

Leave a comment

Your email address will not be published.


*