Kabała na planie miasta (1)

Jeden komentarz

Prezentujemy pierwszą część bardzo oryginalnego tekstu przesłanego przez jednego z Czytelników. Ciekaw jestem Państwa reakcji, bo to zupełnie inne spojrzenie na nasze Gliwice…

kabała1

Wchodzi się na nie długo, z mozołem i bardzo często spada na niższe gałęzie. Czasem nawet na ziemię, na jego twardo skłębione korzenie, pod pień. Są wtedy mniej lub bardziej potłuczeni, nierzadko nawet pokaleczeni, a nieraz połamani. Niektórzy mają już dość i rezygnują z ponownej wspinaczki. W cieniu drzewa zapadają w śmiertelny sen życia. Wytrwalsi i bardziej uparci, gdy się już wyliżą z ran, otrząsną z traumy, ponawiają próbę. Z większą niż wpierw starannością szukają łatwiejszych do wspięcia się nierówności pnia i pewniejszych konarów. Doświadczywszy skutków wcześniejszej brawury wdrapują się już dojrzalsi, uważnie i bez pośpiechu przytrzymując się rękami i z większym wyczuciem stawiając stopy. Pną się aż do skutku znajdując gałęzie, po których bez ryzyka upadku wspięliby się nieco wyżej. Gdy już nie widzą takich możliwości, to zagnieżdżają się czasowo, albo ostatecznie tam gdzie dotarli. Nielicznym bowiem udaje się dotrzeć na wierzchołek drzewa i poznać prawdę, przeniknąć tajemnicę stworzenia.
Myślał o tym, stojąc pod wieżą gotyckiego kościoła farnego Wszystkich Świętych i miał też pewność, że jemu się powiodło. Dotarł wysoko, blisko szczytu mistycznego drzewa życia, które było też jakby wpisane w przestrzeń tego miasta, w place, ulice, kamienice, podwórza jego zabytkowej starówki, które od wielu lat przemierzał i je przez lata dobrze poznał, zapamiętując wiele z tego, co już bezpowrotnie przeminęło.
Plac i sam kościół miał właściwych patronów, wszystkich świętych. Wszystkich, czyli tak naprawdę nielicznych i przeważnie nieznanych z imienia. Powinien może nazywać się kościołem Wszystkich Wtajemniczonych, albo Wszystkich Wiedzących, którzy dotarli do źródła, do prawdy ostatecznej. To jest właśnie zbawienie i prawdziwa świętość. Historyczna starówka jest wytyczona wydłużonym eliptycznie owalem dawnych, przeważnie już nieistniejących miejskich murów, obwałowań i fosy. Od południowego wschodu znajdowała się brama miejska zwana białą, a po przeciwnej stronie, zaczynającej się tu dłuższej średnicy owalu starego średniowiecznego grodu, znajdowała się druga miejska brama. Ta, co nie zaskakujące, a wręcz oczywiste, zwana byłą czarną. Właśnie w pobliżu tej bramy, w obrębie murów, w piętnastym wieku na kamiennym cokole wzniesiono z cegły tę gotycką farę, w miejscu wcześniejszej drewnianej świątyni. Od dawna było to więc już miejsce uświęcone, otoczone wielowiekową aurą duchową i dlatego, posługując się wzorem kabalistycznego drzewa sefirotów, przypisał mu pozycję Kether, co znaczy Korona Jedności, bo nie ma tu już rozróżnień. Wszystko jest kompletne i absolutnie doskonałe. W sefirze Kether ponownie łączą się z pniem wszystkie gałęzie mistycznego drzewa, ale dla zwykłego oka jest to całkiem niewidoczne. Zwykłe oko widzi zaledwie połowicznie, zamknięte jest i ślepe, nie ma w sobie zdolności widzenia duchowego, wyższego. A tylko takie widzenie pozwala zobaczyć drzewo życia w całym jego pięknie i okazałości, od twardych, grubych, fizycznych korzeni, do subtelnego i mistycznego wierzchołka.

Malchut

Miejscem ostatniej boskiej emanacji, z którego wyrasta drzewo życia, jest sefira Malchut. Ma ona w kabale żydowskiej zawsze wymiar żeński i dlatego czasem zowie się Córką. Malchut znaczy w istocie Królestwo, które na tym stopniu poznania jest zupełnie ziemskie, czyli z tego świata, ale widziane z coraz to wyższych sefirot, w miarę wzrostu świadomości, jego charakter się zmienia dynamicznie, aż się do całkowitego przeistoczenia w Królestwo Nieziemskie, czyli nie z tego świata, w sefirze Kether. Na mapie średniowiecznego grodu sefira Malchut lokalizuje się w pobliżu Białej Bramy, a dokładniej jej centrum wyznacza skrzyżowanie biegnącej po łuku ulicy Pod Murami z ulicą Basztową, której północnym przedłużeniem jest uliczka Białej Bramy, upamiętniająca ją już tylko nazwą. Natomiast jej krąg jest szeroki i ogarnia większą przestrzeń. Od strony południowej, w miejscu zrujnowanych podczas wojny kamienic, na wyrównanym potem placu, znajdowało się niegdyś otwarte targowisko, zwane czasem Zielonym Ryneczkiem, które przed paroma laty zastąpiła przestronna parterowa hala targowa, gdzie dawni i nowi kupcy mogli już zimą w cieple, a latem w cieniu, choć nie zawsze w chłodzie i co też, równie ważne, pod szczelnym dachem, prowadzić swoje drobne i większe interesy. Stworzyli sobie w ten sposób porównywalne warunki jak ci, którzy swoje sklepiki, knajpki, kantory i wszelkiego rodzaju zakłady usługowe, mieli wewnątrz przyległych do ulic kamieniczek starego miasta, w większości dostępnych z chodnika, a nieraz na wyższych piętrach, dokąd trzeba było wspiąć się po schodach. Zawsze w dni powszednie był tu wielki ruch, ale w niedziele i w inne święta, znajdujące się tu cukiernie, kawiarenki, piwiarnie i bary od wczesnych godzin przedpołudniowych otwierały swoje podwoje dla spacerowiczów, szczególnie licznie i to całymi rodzinami wylewających się z nieodległej katedry świętych apostołów Piotra i Pawła, w rytmie cyklicznie następujących po sobie mszy. Ten dawniejszy, będący jeszcze pod gołym niebem Zielony Ryneczek oferował głównie to, od czego nabył swą nazwę, czyli właśnie zieleninę, kwiaty, warzywa, owoce i także nabiał i jego rozmaite przetwory oraz wyroby piekarskie i cukiernicze, a wszystko pochodzące w dużej mierze z prywatnych upraw i hodowli. Dzięki temu towar był smaczniejszy, a przede wszystkim dużo tańszy niż w państwowych sklepach. Kto robił zakupy w centrum miasta i przechodził przez starówkę, ten zazwyczaj nie omijał targowiska przy ulicy Pod Murami. Wielu mieszkańców miasta, w każdym wieku, niezależnie od przynależności do grupy społecznej, czy to byli robotnicy, czy też inteligenci, czy osoby świeckie czy duchowne, ateiści i wierzący, artyści i uczeni, miejscowi i przyjezdni, pełne spektrum klienteli zaopatrywało się w dobra konsumpcyjne oferowane przez rojnych w tym miejscu straganiarzy, konkurujących ze sobą jak za dawniejszych kapitalistycznych czasów przedwojennych i tuż powojennych, kiedy to socjalizm nie zadomowił się jeszcze na dobre na tych terenach. Większość zaś w tym kołowrocie krążących kupujących i sprzedających to byli ludzie nietutejsi, napływowi, przybysze, głównie wysiedleńcy z przedwojennych kresów wschodnich. Zabużanie, albo jak miejscowi o nich mówią, Wschodnioki. Przedtem, do końca wojny miasto było niemieckie. Dawni gospodarze powodowani strachem, czasem zmuszeni przemocą, niemal z dnia na dzień je porzucili, pozostawiając swoje mienie w dobrze utrzymanych zadbanych mieszkaniach i kamienicach. Kwitnące do tamtych dni miasto trochę ucierpiało w wyniku ofensywy sowieckiej, ale późniejsze gospodarowanie tym dziedzictwem było dla niego bardziej rujnujące niż wojna światowa. Zresztą przybysze nie czuli się dziedzicami. Nie mieli tu korzeni i tęsknili za tym co sami niechętnie, często też pod przymusem, porzucili. Nowe dziedzictwo zresztą nie napawało dumą, a raczej zawstydzało i często raniło uczucia, gdyż długo jeszcze nie zdołano pozacierać śladów po poprzednikach. Z różnych licznych miejsc, spod nowo malowanych szyldów, z murów kamienic, z zachowanych maszyn i urządzeń, a nawet z porzuconych przez dawnych właścicieli naczyń i nakryć stołowych przebijały wrogie, często gotykiem pisane złowrogie słowa. Straszące bardziej samym krojem liter niż treścią. To co było naznaczone najbardziej znienawidzonymi symbolami niemieckości usuwano najszybciej. Też nie zawsze skutecznie. Są ślady trudne do usunięcia, nawet gdyby zacierano je latami, albo z jeszcze większą wrogością. Zostały przecież takie, które przybyszów nie straszyły, a które właśnie poprzednicy darzyli patologiczną nienawiścią i z furią je niszczyli. Bowiem ciągle tu i ówdzie można było jeszcze zauważyć Gwiazdę Dawida, lub wyrzeźbiony w kamieniu zarys menory, przywołujące pamięć o tych, których los był najtragiczniejszy. Żyła tu kiedyś dość liczna, zamożna i do czasu hitlerowskiego szaleństwa, bardzo szanowana społeczność żydowska, której miasto wiele zawdzięcza. Żydzi, którzy zamieszkali tu potem byli również przybyszami, z własnym bagażem złych doświadczeń, które nie byli zdolni dalej nieść. Często zmieniali nazwiska na bardziej swojsko brzmiące, z końcówkami -ski, -cki, -icz. A jeszcze częściej były to nazwiska „najpolstsze” jakie się dało. Zresztą nie tylko ocalałych żydów to dotyczyło, bo i wielu gojów, którzy mieli nazwiska niemieckie też je spolszczali, lub zgodnie z duchem czasu i miejsca zmieniali, a swemu nowo narodzonemu potomstwu nadawali też właściwe imiona, swojsko brzmiące, czasem wyszukane, ale niemal nigdy nie były jawnie żydowskie albo jakieś niemieckie. Jeszcze w kilkanaście lat po wojnie, przysłuchujący się szumowi Zielonego Rynku bez trudu z tej kakofonii mógł wychwycić śpiewne nuty lwowskiego bałakania, świergolenie wilieńskiej gwary, hórczynie śląskiej godki i z rzadka, między swymi skrycie szprechanego w lokalnym niemieckim dialekcie. Wiedzieli, że ta mowa przywołuje w pamięci przybyszów najgorsze wspomnienia, a czasem wyzwala w nich nawet złe, destrukcyjne emocje. Stosunkowo nieliczni starzy niemieccy mieszkańcy miasta, znali się między sobą i nie mówili dobrze po polsku, ale ten język rozumieli. Po cichu, żeby nie wywoływać zgorszenia u przybyszów, swym ojczystym szwargotaniem dzielili się plotkami, ale wolą życia i otuchą. Przetrwali w końcu najtrudniejsze powojenne lata i wśród tej napływowej zbieraniny, z trudem i bólem, ale jednak żyli i trwali, ciągle u siebie, cierpiąc bez widocznego buntu nie szczędzone im upokorzenia. I nie tylko to znosili, bo wcześniej zaznali też ślepego odwetu, wielu potwornych, nie dających się opisać i przez lata skrywanych, także publicznie, krzywd, które na nich po wyzwoleniu spadły najczęściej za to tylko, że byli na tych, wyzwolonych z ich nacji ziemiach, autochtonami. Przybysze z różnych stron, z których też w podobny sposób wyzwolono ich własne ojczyzny, dalecy byli od tego, by im współczuć. Obwiniali sprawców ich własnego, także tragicznego losu wygnańców i nie czuli się w najmniejszym stopniu ani wyzwolonymi, ani też wyzwolicielami. To przecież Niemcy rozpętali kolejne piekło kolejnej wojny. Czyż nie powinni tego grzechu odpokutować i zadośćuczynić ofiarom? Jednak zdarzali się i tacy, którzy twierdzili, że za tą ostatnią hekatombą wojenną, jak zawsze i od wieki wieków, stali bogobójcy żydzi. Rejon przyległy do targowiska przy ulicy Pod Murami, pomimo kłębiącego się tu co dnia tłumu ludzkiego, jest w pewien sposób martwy, nie uświadczy się tu bowiem nawet jednego żywego drzewka. A gdy zbliża się wieczór i zapada zmierzch, gdy klienci wracają do swych domów, a kupcy i straganiarze zamkną swoje kramy, wtedy mogą już pojawić się duże czarne ptaki żerujące na przepełnionych nadgniłymi odpadkami śmietnikach, a gdy już najedzone odlecą, to ciemną nocą ten sam wyszynk przyciąga tu bezdomne koty i szczury. Z tej obfitości jadła wygrzebie też sobie zjadliwszy ochłap bezpański psiak i nasyciwszy na chwilę wieczny głód, umknie dalej, gdzie by mógł przywarować bezpiecznie, oprzeć na łapach zapchlony łeb i przymknąć oczy, a potem wyśnić dla siebie szczęście.

Yesod

W punkcie gdzie wąska i mało wyrazista ulica Białej Bramy łączy się z Tkacką jest centrum sefiry Yesod, znacząca Podstawę albo Fundament. Ścieżka wiodąc tu w kierunku północno zachodnim z Malchud zwie się Tau. Wszystko w realnej przestrzeni tego wycinka miasta jest jakieś takie bez szczególniejszego wyrazu i tylko wyobraźnią można nieco ubogacić to nijakie miejsce, wyglądające na wewnętrzny dziedziniec, lub podwórze z dobudowanymi byle jak garażami, a przecież krzyżują się w tym miejscu dwie ulice. Trzeba posłużyć się wyobraźnią, żeby poczuć istotę ukrytej tu emanacji drzewa sefirotów. Można na przykład pomyśleć, że dalej na przedłużeniu uliczki Białej Bramy jest jakieś, niewidoczne stąd, przejście prowadzące na Rynek, przez jego widoczną stąd kontr-pierzeję, aż do samych podcieni, a stamtąd już bez większych przeszkód tak wytworzoną prościuteńką ścieżką samech można dostać się wprost do niezwykle atrakcyjnej sefiry Tifereth, wyrażającej między innymi Piękno. Ale, ale… może jednak wiedzie tam sekretny tunel, lub też zapomniane lochy, albo przynajmniej wąski korytarz, do którego przed laty zamurowano z obu stron wejścia? Mogło przecież tak dawniej być, przed wojną i nawet do ostatnich dni przed wyzwoleniem, kiedy jeszcze jej wściekłe, straszliwe, burzące moce nie nawiedziły miasta i nie zamieniły w ruinę starych kamienic wraz z ich tajemnym urokiem i magią. Współczesna zabudowa starówki wokół rynku w znacznym stopniu jest nowa i nawet udanie odtwarza zarys i formę pierwotnej zabudowy. Można pomyśleć, że zawsze tak tu było. Nic nie przeszkadza jednak by wyobrazić sobie stąd takie otwarcie na Rynek, które natychmiast ożywiłoby zastygły bezruch Yesod. Na Rynek można łatwo i dwojako się stąd dostać, obchodząc z lewej albo z prawej strony sąsiednimi uliczkami budynki tworzące południowo wschodnią jego pierzeję. W takim wypadku rozdwojenie Samech jest zasadniczo pozorne, bo wszelkie zróżnicowanie wynika tylko z nawyków. Yesod łączy się też z wyższymi sefirami, osobnymi ścieżkami – Cade i Resz. Ścieżka Cade, meandrując między zwartą tu zabudową, wiedzie na północ, do sefiry Necach, wpierw przez chwilę jeszcze ulicą Tkacką, potem skręca ostro w lewo i prowadzi prawym, bardziej zewnętrznym chodnikiem ulicy Matejki (chodnik lewy, jako bliższy Rynku, przynależny jest Samech) do ulicy Zwycięstwa, gdzie znów ostro skręca, tym razem w prawo. Na niej to, w rejonie skrzyżowania się z ulicą Bednarską i Placem Inwalidów Wojennych łączy się z siódmą sefirą Netzach, która nomen omen znaczy właśnie Zwycięstwo. Ścieżkę Resz, wiodącą z Yesod na zachód, wyznacza pozostały odcinek ulicy Tkackiej, przechodzącej dalej w ulicę Wysoką i prawym, bliższym Rynku chodnikiem ulicy Pod Murami kończy się w sefirze Hod.

ddn

1 Comment on "Kabała na planie miasta (1)"

  1. Martwmy sie lepiej, zeby nam meteoryt na leb nie spadl.

Leave a comment

Your email address will not be published.


*