Kładą się Wiśniowe sady… – o premierze „Wiśniowego sadu” w Teatrze Nowym w Zabrzu

Brak komentarzy, bądź pierwszy

 

Już po premierze zabrzańskiego „Wiśniowego sadu” w reżyserii Davida Mgebrishvili. Jak zawsze po obejrzeniu kolejnej interpretacji któregoś z wielkich dramatów światowego kanonu trzeba sobie postawić pytania. Czy coś się stało? Czy mamy do czynienia z zupełnie nowym odczytaniem klasycznego tekstu? A może chociaż pojawiły się nowe rozwiązania którejś z postaci, któregoś z wątków? Czy ten właśnie spektakl przyniesie nowe inspiracje? Jeśli na wszystkie te pytania odpowiemy twierdząco, mamy z całą pewnością do czynienia z dziełem znaczącym, być może nawet wybitnym. „Wiśniowy sad” Teatru Nowego w Zabrzu jest świetnym spektaklem, a zważywszy na jego wewnętrzną energię ma szansę stać się wybitnym.

Najpierw scenografia Tamary Okhikyan. Jakieś skrzynki, kartony na ostatnim planie. Jakaś belka przeciągnięta przez calą szerokość sceny, na niej fotografia. A po lewej konstrukcja przypominająca rower treningowy. I to w zasadzie wszystko. Niepokojąca, szaro, ascetycznie. Znakomity wybór, gdyż od samego wejścia na salę widzowie odczuwają pewien dyskomfort. „I to już wszystko”?, może ktoś pomyśleć. Tak, wszystko i w miarę trwania spektaklu i wypełnienia tej przestrzeni trajektoriami ruchu poszczególnych postaci, ubranych w świetnie dobrane przez Okhikyan kostiumy, zaczynamy rozumieć jak mądry to wybór. Jak bardzo współgra to z decyzją reżysera o wyjściu ze spektaklem w przestrzeń widowni i kilku pierwszych, pustych rzędów. Dawno nie spotkałem się z tak świadomym złamaniem granicy scena-widz. Bez fajerwerków, bez wymyślonych specjalnie po to działań. Aktorzy zwyczajnie czasami idą sobie usiąść w którymś z rzędów. W przestrzeń gry także wchodzą z różnych kierunków, różnymi wejściami. I tak oto my widzowie stajemy się częścią świata przedstawionego. Niepostrzeżenie, bez deklaracji i specjalnych zabiegów. Zaczynamy dosłownie czuć na skórze emocje odgrywane przez aktorów. To wrażenie potęguje konsekwentne zapalanie światła na widowni. Decyzja reżysera bardzo ułatwiła percepcję spektaklu a przede wszystkim podniosła temperaturę emocji.

Pora na aktorów i sposób rozwiązania granych przez nich postaci. Koncepcja Davida Mgebrishvili także i w tym przypadku staje się jasna wraz z upływem czasu. Na początku bowiem mamy wrażenie, że nie wszyscy na scenie do siebie pasują. Aktorzy grają jakby w różnych rytmach, a nawet w różnych stylach. Zrozumienie przychodzi w miarę poznawania świata, który oglądamy. A jest to świat, w którym od uczuć i emocji jest tak gęsto, że już trudno w nim wytrzymać. Co więcej, ten świat nie może dłużej istnieć i kiedy już pojawi się w nas to wrażenie, trzyma za gardło do końca. Wiśniowy sad okazuje się już tak nasycony ludzkimi historiami i tragediami, że jest jak czarna dziura zasysająca je do momentu, w którym więcej się już nie da. I wówczas Wiśniowy sad zaczyna wciągać ludzi. Nie ma od niego ucieczki. Wraca do niego Raniewska, wracają inni. Wydaje się nim być przez chwilę opętany nawet Łopachin, który go kupił. Nie wszyscy jednak poddają się tej w efekcie zgubnej magii Wiśniowego sadu. Anna wyraźnie mówi „to już nie jest nasz świat”. Można powiedzieć, że charakter postaci, ich energetykę i emocje definiuje właśnie stosunek do Wiśniowego sadu. Jest on tak znaczący, że przekłada się na kondycję umysłową, fizyczną i emocjonalną. Widzimy tu osoby skazane na wieczną tęsknotę po utracie jedynego świata jaki znają, ale także takie, które wreszcie poczują się wolne. Oglądając je i słuchając ich opowieści o tych tragediach, miłościach, marzeniach, doznajemy w pewnym momencie wrażenia względności tego wszystkiego, a nawet wręcz błahości w kontekście tego, co ma nastąpić – końca ich wyobrażonego, rozpoznanego, niejako oswojonego świata. Po utracie tego Wiśniowego sadu nic już nie będzie takie samo. I jedni na to czekają, przynajmniej podświadomie, inni się tego boją. Czyż nie są to postawy ludzkie względem Nowego, które przychodzi w miejsce rzeczywistości, której stan skomplikowania i – nie bójmy się tego słowa – zepsucia wyklucza już wszelkie metody naprawy? No właśnie. Być może mamy do czynienia z manifestem stosunku Davida Mgebrishvili do stanu, w jakim dziś znajduje się świat, a przynajmniej Europa. Czyż nie czujemy wszyscy, że Coś się zbliża? Coś nieznanego, czego nie jesteśmy w stanie określić jako Dobre i Złe. Coś Nowego właśnie. Mamy swoje wiśniowe sady osobiste, które są częścią większych sadów rodzinnych, narodowych. Mówimy o nich często, boimy się ich utraty, ale czy robimy coś, aby je ocalić? Nie. Podobnie jak bohaterowie spektaklu gruzińskiego reżysera. Być może licytacji nie będzie….

Taki właśnie świat przed „wielkim bum” mieli za zadanie przedstawić aktorzy zabrzańskiego spektaklu i wywiązali się z tego zadania znakomicie. Wszyscy. Potrafili zrezygnować z pokusy „dołożenia” w takim czy innym miejscu, podbicia emocji, znalezienia jeszcze efektowniejszych środków wyrazu. Wykazali się dyscypliną, która opłaciła się sowicie. Wszyscy zasługują na pochwały i każdy wniósł do ogranych przecież niemiłosiernie postaci coś nowego i istotnego, zwłaszcza w kontekście zaproponowanego odczytania spektaklu. Tylko o niektórych wspomnę krótko. Bardzo świeża była Danuta Lewandowska jako Raniewska. Jej rola pogrzebała już niejedną odtwórczynię, a jej pozwoliła zabłysnąć i stworzyć jedną z najlepszych swoich kreacji. Niepokojący i zagadkowy Siemion Jepichodow w wykonaniu Mariana Wiśniewskiego sprawił, że fraza „teraz już wiem, co powinienem zrobić z rewolwerem” będzie mi długo dźwięczała w uszach. Anna Konieczna zagrała Annę, która w tym skondensowanym świecie jest właśnie ziarenkiem Nowego. W pełni świadomie grała niejako w dysonansie do pozostałych. Trudne, ale w jej wykonaniu perfekcyjne. Andrzej Kroczyński zagrał Łopachina i bardzo mądrze rozwijał swoją rolę, wnosząc w finale bardzo złowieszcze akcenty aż do końcowego „Pogasić tu wszystko!”. Świetny był Trofimow Roberta Lubawego, który na nszych oczach rozwija się aktorsko ze spektaklu na spektakl. Niezwykłą kreację stworzyła grająca Szarlottę Jolanta Niestrój-Malisz. Zadanie miała naprawdę niełatwe, a z epizodycznej roli zrobiła wręcz doskonałe studium postaci, którą grała. Największym jednak pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie postać Firsa, którą błyskotliwie wykreował Krzysztof Urbanowicz. Niezwykły rytm, wewnętrzne skupienie, ascetyczna gra. Bodajże najbardziej czując klimat czechowowski sprawił, że cały spektakl daje się również odczytać jako jego wewnętrzny monolog, rozpamiętujący raz jeszcze historię świata, którego już nie ma, a którego resztki za chwilę spłoną, polane przez niego litościwie benzyną. Firs, którego „zostawili”, jak sam mówi pod koniec, próbując się wydostać i zastając zamknięte drzwi. Firs zamknięty jak dżin w butelce. Firs świadczący – o ludziach, o ich losach, miłościach, traumach, szaleństwach. Firs, który niesie w sobie pamięć świata, który minął. W tym świecie nie ma już ciał, oddechów, myśli… Zostało tylko to, co pamięta Firs. Firs zmęczony tą pamięcią. Oczyszczający ogień strawi te wspomnienia i przyniesie mu ukojenie. A wcześniejsze odgłosy drzew, padających pod uderzeniami siekier uświadomią nam wszystkim, że czas już na to najwyższy. Dokonało się zatem. Niech przyjdzie Nowe…

Starego świata David Mgebrishvili nie żałuje. Nie roztkliwia się nad tragedią Raniewskiej, dość lekko traktuje miłości, o których opowiada. Ale traktuje postaci ze swojego spektaklu dobrotliwie. Pochyla się nad ich sprawami i każe aktorom wygrać je dokładnie tak, jak wymaga tego przesłanie spektaklu. Wszystko płynie, świat się zmienia. Tych zmian nie zwolnimy, próbując wzruszyć Boga, czy Historię naszymi losami. One są zwyczajnie nieistotne dla trwania świata i jego porządków. Oczywiste jest, że utrata świata, w którym wydarzyły się wszystkie ważne dla kogoś sprawy może być bolesna a nawet trwale unieszczęśliwiająca. Sposób w jaki Anna Konieczna odczytuje bez cienia emocji słowa pociechy wprost z tekstu dramatu trzymanego w ręku, nie pozostawia wątpliwości, że jeśli raz stracimy nasz sad, szkoda będzie nie do naprawienia. Będzie bolało, ale to nie znaczy nic. Tak musi być. Nie powinniśmy tu jednak przeoczyć bardzo ważnego przesłania, które Mgebrishvili w swojej opowieści zaakcentował, podając bardzo mocno scenę triumfu Łopachina. Miliony ludzi będzie tracić swoje sady, będą je tracić być może całe narody. A jednak ważne jest przez kogo i na rzecz kogo będzie się je tracić. Najgorszym posiadaczem naszego majątku będzie ten bity i poniżany. W jego rękach najprędzej pojawi się siekiera. Nie tylko aby zrobić miejsce dla letników, ale do korzeni unicestwić świat, w którym cierpiał. Miliony Łopachinów zrobiło już swoje. Nie twórzmy ich w swoim życiu, nie twórzmy w polityce.

David Mgebrishvili z doskonale poprowadzoną ekipą Teatru Nowego w Zabrzu stworzyli spektakl świetny, z zadatkami na wybitny. Wierzę, że taki się stanie za kilka tygodni. Jest tak skomplikowany, że aktorzy długo jeszcze będą przemierzać świat, który wykreowali, wciąż się go ucząc i poznając siebie. Wspomniałem już o energetyce tego spektaklu. Teraz doprecyzuję. Tkwi ona właśnie w emocjach aktorów, w ich irytacji w chwili gdy w popremierowych rozmowach próbowałem przedyskutować takie, czy inne rozwiązanie. Podoba mi się to. Tak reagują aktorzy gdy są pewni tego, co zrobili. To stan, który daje pewność, że spektakl będzie rósł jeszcze bardziej.

Polecam wszystkim obejrzenie zabrzańskiego „Wiśniowego sadu”.

Dariusz Jezierski

Be the first to comment on "Kładą się Wiśniowe sady… – o premierze „Wiśniowego sadu” w Teatrze Nowym w Zabrzu"

Leave a comment

Your email address will not be published.


*