Marokańskie fascynacje Martyny Łukasiak: A – jak Agadir (odsłona 1)

Opowieści o Maroku mogłabym zacząć z innej beczki, z tej nie tak bardzo turystycznej jak to miasto. Mogłam z tej beczki, wyciągnąć bardziej smakowite kąski na tzw. dobry początek, oplecione tajemniczymi historiami  o Berberach i czerwonych miastach, o labiryntach uliczek w medynach.  Mogłabym jak Szeherezada z 1001 nocy uwodzić opowiadaniem o urokliwych zakątkach Maroka. Ale tak nie będzie. Zacznę od Agadiru, do którego co roku przybywają tłumy turystów, aby rozpocząć wielką przygodę w tym kraju lub poleżeć nad Atlantykiem.

Agadir to miasto portowe, jedno z większych w Maroku, około 700 tyś mieszkańców  (w tym większość przyjeżdżających z całego kraju do pracy sezonowej).  Turyście, który swoje pierwsze kroki  w Maroku stawia właśnie tutaj, miasto jawi się jako niepoukładany zlepek miejsc przeniesionych  z Europy w stylu lat 60 plus do tego wystające gdzie nie gdzie palmy i chaos na ulicach oraz wielkie samotnie stojące wzgórze zwane powszechnie  „kazbą”.  To nic, że wzgórze  to związane jest z historią Agadiru, dla wszystkich to po prostu drogowskaz:  idąc w kierunku kazby idzie się w stronę portu i w stronę starego Agadiru.  Na wzgórzu widnieje ułożony z kamienie napis (motto Maroka): Bóg, Ojczyzna, Król. Ponieważ napis ten jest podświetlony wieczorem, nie pozwala nikomu zapomnieć, co jest ważne i gdzie należy iść.

Nie ma tu dzikich zwierząt, chatek z gliny i innych rzeczy które kojarzą się zazwyczaj z Afryką,  za to jest mnóstwo hoteli i innych niezbędnych turystom do życia obiektów jak: bary, nocne kluby, kasyna.  Nie ma zabytków ani starówki, gdyż miasto zniszczone przez trzęsienie ziemi w latach 60, zostało szybko odbudowane przez Francuzów. To oni narzucili mu styl.  Agadir w niczym nie przypomina tych marokańskich miast, o których mowa będzie później. Pomimo tego, Agadir fascynuje właśnie poprzez tę inność. Jest mieszanką stylów,widocznych zarówno w architekturze jak i w życiu codziennym.  Po szerokich bulwarach zaprojektowanych na francuską modłę,  biegają w zachodnich ciuchach i w szpilkach młode Marokanki, obok dostojnie kroczą,  w swych kaftanach i galabijach, starsze damy. W limuzynach, nowobogaccy, słuchają na cały regulator skocznych dźwięków „raï”. Obok osiołek ciągnie wózek, rybak wraca na motorku z portu. A na dodatek zewsząd słychać plątaninę języków, przez którą próbują się przebić tubylcy (Agadir zamieszkują Berberowie Chleucha),  wykrzykując  w swym języku „tachelhit” radosne powitania. Bo Agadir,  jak sama nazwa mówi to spichlerz. I nazwa ta świetnie oddaje jego  atmosferę .

Jaki jest Agadir i co warto robić w tym mieście? Zapraszam do lektury.

Kazba (nazwa nieprzetłumaczalna na język Polski. Miejsce zamieszkałe, ufortyfikowane)

To tutaj, na tym wzgórzu widocznym zewsząd, zaczęła się historia tego miasta. Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze Fenicjanie odwiedzali wybrzeże obecnego Maroka, u jego stóp  istniała  niewielka wioska rybacka.  W 1505 roku dotarli do niej Portugalczycy – chrześcijanie i zamknęli się na  wzgórzu w  bastionie, z którego  strzegli szlaku morskiego.  Agadir zwał się wówczas Santa Cruz do Cabo de Ague. Zaś w 1541 roku,  kiedy na tronie zasiadł waleczny sułtan Ahmed Al  Mansour z dynastii Sadyttów, przegonił Portugalczyków i postawił kazbę dla siebie i swoich żołnierzy. Wówczas port w Agadirze zaczął pełnić ważną funkcję w handlu pomiędzy Afryką a Europą. Przez 200 lat przeżywał tzw. ”złote lata”.

Ale zostawmy historię na boku! O niej opowie Wam przewodnik podczas wycieczki. Jedźmy na Kazbę, z której zostały już tylko mury, lepione tradycyjnie z czerwonej gliny dostępnej wszędzie wokół, z dodatkiem kamieni, słomy, wapna. Nie szkodzi, wzgórze, stało się symbolem Agadiru, wjeżdża się tu dla widoku, no chyba ze jest lato i mgły zasnuwają niebo do popołudnia. I dla wielbłądów. Codziennie przyprowadzane przez Berberów, którzy przebrani w tradycyjne niebieski „gandory” Saharyjczyków pozują turystom do zdjęć. Nie za darmo. To ich praca. Może poprzez to, próbują odtworzyć klimat dawnych lat, kiedy to Agadir znajdował się na ważnym szlaku transsaharyjskim. A wielbłądy, jak to wielbłądy, jak nie pracują, siedzą lub leżą pod murem z nogami wyciągniętymi, drapią się grzbietem o asfalt i zawsze się tajemniczo uśmiechają.

Na pytania turystów jakie jest to współczesne Maroko i jacy są Marokańczycy zawsze odpowiadam: jak te wyluzowane wielbłądy.

Port (jeden z 4 największych portów przeładunkowych (ryby, owoce, warzywa)  w Maroku).

Gdy mówi się o porcie, to ma się na myśli ogromną jadłodajnię pod gołym niebem oraz poranny targ rybny. Wszyscy: psy i koty, Marokańczycy i  turyści przychodzą właśnie tu, aby zjeść to, co w nocy zostało złowione w oceanie.

Kilkadziesiąt malutkich restauracyjek, przy każdej  rozpalone wielkie grille, długie wspólne stoły  i unoszące się  smakowite zapachy. Każda jadłodajnia ma swój numer, wystawione na pokaz smakołyki, które można  konsumować i menu napisanie odręcznie na kawałku tektury.

Zamawiam grillowane sardynki, krewetki i mix rybny (z napiwkiem około 14 euro).

Po chwili mój stół, przykryty szarym papierem (to są obrusy marokańskie),  zatonął w resztkach (w dobrym tonie w Maroku jest zostawiać na stole to, czego się nie zjadło). Zostawiam więc: łebki krewetek królewskich, ogonek dorsza, wielką ość soli, kawałek łuski sardynki… mmm… och co to była za uczta! I kotu, co siedział pod stołem, też spadło trochę.

Obserwuję  okolice. Zatrzymałam wzrok na zbiorowej umywalce. Pośrodku tej wielkiej jadłodajni stoi pan za betonowym murkiem, na którym ma rozłożone prawdziwe cuda. Równo w jednym  rządku poukładane kolorowe gąbki do mycia, w drugim rzędzie mydelniczki (też kolorowe). W mydelniczkach na przemian mydełka i proszek, taki do prania.

Przy umywalce ruch jak w ulu. Każdy, przed i po jedzeniu idzie umyć ręce, gdyż w Maroku jemy palcami. Właściciel interesu polewa szybko namydlone ręce wodą z małego wiaderka.  Nie ma tu  kranu z bieżącą wodą. Nad głowami myjących się wiszą ręczniki  (kolorowe). Wybierasz kolor, wycierasz ręce, płacisz dirhama (waluta Maroka), wracasz do stołu aby wypić tradycyjnie parzoną w imbryku zieloną herbatę. Taka jest kolej rzeczy.

Martyna Łukasiak

1 Comment on "Marokańskie fascynacje Martyny Łukasiak: A – jak Agadir (odsłona 1)"

  1. GOGOL PRZEJAZDEM | 22 sierpnia 2012 at 9:53 am | Odpowiedz

    „…(motto Maroka): Bóg, Ojczyzna, Król. Ponieważ napis ten jest podświetlony wieczorem, nie pozwala nikomu zapomnieć, co jest ważne i gdzie należy iść. ..”

    Prawie jak u nas…
    Może dojdą honorowo do porozumienia i zamienią…
    A wtedy:
    „nie pozwala nikomu zapomnieć, co jest ważne i gdzie należy iść”

    http://fotozrzut.pl/zdjecia/3b8fecedfd.jpg

Leave a comment

Your email address will not be published.


*