Marokańskie fascynacje Martyny Łukasiak: A – jak Agadir (odsłona 2)

Plaża (szeroka, piaszczysta i długa jakieś 6 km. Podzielona na tę hotelową dla turystów, gdzie mogą wygodnie na leżakach spędzać wakacyjny czas, i na tę dla tubylców, którzy rozłożeni na kocach gdzie się da, tworzą ciekawy kontrast  kulturowy)

Dzień nad oceanem

Wiał chłodny wiatr od portu, który przyniósł ze sobą silny zapach ryb. Tak silny, iż nie mogły się przedrzeć przez niego zapachy uwalniane z francuskich i rosyjskich flakonów oraz tubek z kremami z filtrem. Siadłam, jak zwykle pod parasolem. Cień parasola zasłaniał mnie szczelnie. Tak jak chciałam. Oparłam się wygodnie.  Spod półprzymkniętych powiek spojrzałam najpierw na linię horyzontu – dzisiaj widocznie zarysowaną. Niebo bowiem miało barwę  szaro – błękitną a ocean  granatowo – zieloną. Lubię sycić  wzrok tymi kolorami. Na tym fragmencie wydzielonej plaży hotelowej nikt nie zakłócał mi ani obserwacji ani krótkich drzemek.

Rozejrzałam się wokół. Po  lewej, na leżaku dwie młode Rosjanki bez staników. Rozłożyły nogi i pokazują blade piersi. Po prawej,  pękający w szwach turysta czyta książkę. Jego wielkie jak namiot kolorowe szorty trzepoczą na wietrze. Kawałek za nim rodzina z dzieckiem. Z przodu dwie kobiety w kwiecie wieku. Jedna z nich w ciąży. I jeszcze parę innych plażowiczów zamkniętych na terenie otoczonym grubą linią z tabliczką przy wejściu “hotel beach”. Wzrok mój wysunął się dalej, poza sznurek wyznaczający granice. Przy samej wodzie spacerowały tabuny ludzi. Europejki pokazujące swoje skarby oraz Marokanki pookrywane i pełne tajemnic, chroniące przed obcym wzrokiem co się tylko da. Wpatrywałam się w nie, próbując przejrzeć na wylot co kryją ich twarze owinięte chustami. Czasami udało mi się zobaczyć kawałek stopy. Hm…

Mężczyźni wyróżniali się jedynie kolorami torsów. Dominował brąz. Potem kawa z mlekiem. Dużo tez było różu, a nawet gdzieniegdzie purpury. Biel  pojawiała się rzadko. Oderwałam wzrok od tłumu, i postanowiłam iść na spacer brzegiem oceanu. Nie ma lepszego miejsca, by podejrzeć życie tego miasta. Szczególnie w weekendy, kiedy  plaża zamienia się w wielki biwak, wypełniony po brzegi biesiadującymi rodzinami. O, tu pod kocem 3 dzieci, babcia, mama ojciec i kuzyni zapewne. A tam zaraz obok, młodzi grają na bębnach, tuż przy nich dużo większa rodzina, niż ta spod koca, urządziła sobie piknik. Ktoś przewija niemowlę. Ktoś gra w piłkę, w lotki. Ktoś biega, idzie…

Idąc brzegiem potykałam się co chwilę o skarby wyrzucane przez ocean i śmieci zostawiane przez wypoczywających. Czasami  meduzy. Były ogromne, ich galaretowate biało – sine ciała rozkraczyły się na piachu. Wyrzucone przez fale nie miały szans przeżycia. Wystawione na silne słonce, na pokaz i znęcanie się dzieci – umierały. O tu jakaś rozczłonkowana…

Woda przyciąga również różnego pokroju mieszkańców Agadiru. Można zobaczyć starość, której nikt się tutaj nie wstydzi,  jak w Europie, można zobaczyć biedę i kalectwo. Każdy ma prawo korzystać z dobrodziejstw oceanu. Lubię te kontrasty w tym kraju.

Przedarłszy się przez spragniony plaży tłum, udaję się w stronę miasta. Pogoda jak na tę porę roku – lato – jest wręcz nieprzyzwoicie słoneczna.  – Sidi sir arfak suk, bab sba – mówię taksówkarzowi. A w myślach dodaję: dzisiaj na wczesną kolację będą krewetki w pomidorach.

Souk (targ) zamknięty murami, do którego prowadzi dziesięć bram, skupia wewnątrz całą magię Agadiru. A magia ta, to nadmiar wszystkiego. Ludzi, zapachów, towaru, dźwięku. Wszystko wewnątrz ścian ulepionych z gliny. Kiedy chodzę po suku, mam wrażenie, iż wędruję po świecie znanym mi z baśni. Dzisiaj jednak, przemknęłam tylko z siatką pomidorów i usiadłam jak zwykle w rybnym barze, w oczekiwaniu na grillowane krewetki.

Siedzę, czekam i obserwuję. Przede mną  młode Marokanki konsumują „tagina” (gliniany garnek, w którym tradycyjnie dusi się różne potrawy). Odchodzą. Do resztek, które zostawiły, po chwili przysiada się kloszard. Dopija colę i zjada co zostało. Maroko. Historia wyszła z ram.

Souk, czyli targ

Tu są smaki niezliczone! Wzrok nie sięga! Barwy i zapachy oszałamiają. Wszędzie w wielkich stosach są poukładane warzywa, owoce, zioła, bakalie, oliwki… Kury w klatkach, zaułek zbóż, mydła, przyprawy i towar używany oraz pamiątki z Chin. Pomidor czerwieni lico, obok bieli się kalafior i rzepa połyskuje  blado. Zielenią się całe stosy ziół: mięta, piołun, majeranek, bazylia, estragon, pietruszka, kolendra.  A tu burak! I cały kopiec rudej marchewki… W rogu, wielki arbuz dumnie wypina pierś. Cudownie dojrzały. Obok podskakuje melon. I piramida  truskawek i malutkich morelowych morel… Mmm….

Wśród tego wszystkiego masa kupujących. Prawdziwe gospodynie domowe i takie od święta i dzieci, które próbują skubnąć co się da po kryjomu i zachwalający swój towar handlarze! I tragarze z wózkami, zawiozą zakupy pod dom. I sprzedający plastikowe reklamówki (luksus w Maroku) i proszący o jałmużnę… Ruch i harmider! I fantazja smaków, które odkrywam bardzo powoli… Co jakiś czas do mojego worka wpada coś nowego. Dzisiaj był to wielki koper włoski. Wołowina z koprem plus ziemniaczki? A na deser morelowe  morele 🙂

Pszczelarz

Aby dotrzeć do malutkiego sklepiku, który na swych pólkach mieści  słoje z przeróżnymi miodami oraz  kadzie z olejem, pokonuję taką oto drogę. Mijam wielkie i wyschnięte koryto rzeki, które jak nie płynie w nim woda, służy jako wysypisko  śmieci a potem wzdłuż murów souku.  Pod ścianą wylegują się tubylcy, oczekujący na nie wiadomo co. Gdzieś miauknie kot schowany pod samochodem (te z kolei są zaparkowane właśnie pomiędzy murem a chodnikiem). Idę sobie.

 Podpatruję w co dzisiaj ubrały się Marokanki. O proszę, jak zwykle króluje haik (czyli 2,5 metrowy zwój materiału, którym się oplatają w całości oraz jakaś pstrokata galabija, no i klapki oczywiście). Kończy się mur, przechodzę na druga stronę, uważając aby nie wpaść do wielkiej dziury w chodniku, i już jestem w mikroskopijnym sklepiku. Wrze w nim jak w ulu. Nie dlatego, że jest tyle osób, oj nie, prawie nikogo, za to cała masa pszczół. 🙂

Pszczelarz,  kiedy nikt mu się nie przygląda, zwykle się z nimi bawi i przemawia poważnym głosem. Ciekawe czy gani, czy chwali? To nie bajka – to Maroko. Pan Pszczelarz jest młody. Na oko 30 – 35 lat. Wysoki. Szczupły. I wszystko w jego wyglądzie byłoby ok ,gdyby nie pewien szczegół. Broda! A raczej cos czarnego postrzępionego, co zwisa mu poniżej dolnej wargi i jest to dość długie… Broda, to bardzo ważny element wyróżniający tych mężczyzn modlących się 5 razy dziennie (jak Bóg przykazał) od tych, co nad modlitwę przekładają inne świątynie jak np. rozrywki.

Pan Pszczelarz, aby bardziej podkreślić swoją ortodoksyjność w wierze, nosi białą myckę na głowie no i oczywiście gandorę (odświętny ubiór a’la tunika za kolana). Nie boję się, iż mnie – której z oczu bije niewierność – opluje, wyzwie lub pogoni batem. Oj, nie – on umie czytać, zna Koran. A jest napisane, iż Ludzi Księgi należy szanować. A nawet może mnie wziąć za żonę. 😉

Pan Pszczelarz jest bardzo uczciwy i lubię jego sklep. Lubię, gdy odważa mi na  starej wadze olej . Odlewa z wielkich kadzi i waży co do kropelki.  I wciska mi do ręki łyżeczki namaczane w różnych miodach – abym spróbowała. A najbardziej lubię jak otwiera wielkie wiadro w którym ma AMLOU!  Amlou,  to afrodyzjak, nie mogę powiedzieć nic więcej, (kupiłam dzisiaj do chleba).

“Bierzesz garść migdałów, moździerz. Tłuczesz na miazgę. Dodajesz miodu i oleju z prastarego żelaznego drzewa arganowego i jesz, jesz ile serce zapragnie”!

Więc tak sobie stoję w tym sklepie pośród roju latających pszczół, a Pan Pszczelarz odmierza, przelewa i podaje mi te łyżeczki pełne miodu. Bajka!

Martyna Łukasiak

1 Comment on "Marokańskie fascynacje Martyny Łukasiak: A – jak Agadir (odsłona 2)"

  1. GOGOL PRZEJAZDEM | 26 sierpnia 2012 at 8:18 am | Odpowiedz

    „… Rosjanki bez staników. Rozłożyły nogi i pokazują blade piersi…”

    Wszystko u nich jest takie dziwne.
    Szerokie tory , demokracja,a teraz to…

Leave a comment

Your email address will not be published.


*