Miłość do operetki w świetle raportów kasowych

Obiecałem to jakiś czas temu. Zarówno miłosnikom operetki i musicalu, czyli naturalnym obrońcom status quo, jak i zwolennikom zmian, do których sam się zaliczał. Nie chciałem udowodnić żadnej tezy. Chciałem stwierdzić jak rzeczywiście było z frekwencją na operetkach, czy musicalach. I, piszę to nawet z pewnym żalem, wcale nie było tak, jak się to chętnie podawało.

Oglądam raporty kasowe – za wybrane miesiące z kilku ostatnich lat. Jak na dłoni rzeczywista sprzedaż GTM. Nie przetworzona i podana w formie końcowego bilansu, ale taka… naga prawda. Pierwsze, ogromnie smutne refleksje. I jednak, co by nie mówić, symptomy załamania tej gliwickiej operetkowo-musicalowej koniunktury, o której tak chętnie ostatnio mówiono. Kilkaset stron raportów… Nużąca, długa praca pań, które przygotowywały mi kopie. Bardzo im dziękuję. I taki sympatyczny akcent na jednej ze stron….

rap

Również dziękuję! Było mi bardzo przyjemnie i szczerze się uśmiechnąłem. Ale teraz już najzupełniej serio…

Zacznijmy od odniesienia się do dwóch twierdzeń, powtarzanych jak mantry.

1. Gliwiczanie kochają operetki i zawsze są komplety i dostawki?

Cóż, to prawda, że były pokazy, na których były komplety. Ale bywały i inne…

10 stycznia 2015 roku sprzedano 462 bilety na „Wesołą wdówkę” za 18 513 zł brutto, ale przecież 24 stycznia 2014 roku na tę samą operetkę poszło tylko 396 biletów za 13 640 zł brutto

22 stycznia 2015 roku na „Noc w Wenecji” poszło 459 biletów za 17 491 brutto, ale już na ten sam tytuł 14 stycznia 2014 oku tylko 352 bilety za 11 831 zł.

W latach 2014 i 2015 były pokazy operetek, na które sprzedano 380, 419, 438 biletów. Podkreślam, wybrałem tylko po 3 miesiące z każdego roku. Nie wiem, co było w innych. Nie oceniam nawet w tej chwili czy te liczby to dużo, czy mało. Ale naprawdę bądźmy poważni. Dyskutując o chwili obecnej teatru i jego być albo nie być, i o ewentualnej przyszłości, nie możemy sobie pozwolić na takie słowa bez pokrycia, na wmawianie stałych kompletów, autokarów, prawie szturmów na niecałe 500 miejsc widowni. Bo to zwyczajnie nie jest prawda, a kreacja.

2. Gliwiczanie kochają musicale?

Tu sam jestem trochę zaskoczony. Ale tak naprawdę, kiedy się nad tym zastanowię, perełki zdarzały się coraz rzadziej. „Dźwięki muzyki” w reż. Marii Sartovej. Co ciekawe niedawna przecież klęska jej „Ragtime” nie przeszkodziła Dyrekcji zatrudnić jej na nowo. Efekt? Musical zagrano zaledwie 34 razy i zdjęto z repertuaru. A frekwencja? Cóż, na pewno nie 100%, a przecież nie był to jak widać tytuł zgrany. 27 marca 2014 roku – 371 widzów za 7 913 zł; 28 marca 2014 roku – 409 widzów za 15 010 zł i tak dalej.

I znowu, nie rozważam, czy to dużo, czy mało. Ale gdzie te komplety i dostawki? Jak to możliwe, że w mieście kochającym operetkę i musical nie ma kompletów, jeśli tę pierwszą w całym sezonie gra się zaledwie 21 razy, a musicale tylko 50?

A są jeszcze „Wakacje Don Żuana” – ot, na przykład 2 marca 2014 roku – 304 bilety za 6858 zł. Jestem z siebie dumny, bo oceniłem ten spektakl i ostrzegałem przed nim (także władze miasta) kiedy tylko przeczytałem tekst, krótko po rozpoczęciu prób.

Tak, były też komplety, były bardzo dobre spektakle, ale bądźmy konkretni, nie mitologizujmy i nie zaklinajmy rzeczywistości. Owszem, można sprzedać w Gliwicach 21 razy w ciągu roku operetki, czy 50 razy musicale, ale to stanowczo za mało, trzeba byłoby ich sprzedawać 3 razy więcej i to przy kompletach. Nierealne. I właśnie dlatego zdarzały się całe weekendy, w których przy Nowym Świecie nie grano niczego, całe miesiące bez operetki, całe tygodnie bez niczego. W mieście miłośników operetki i musicalu nikt nie protestował?

I teraz symptomy, które naprawdę mnie samego zaskoczyły. Oto trafił się spektakl naprawdę bardzo dobry. Świetnie przyjęty przez krytykę, wysoko oceniany przez znawców gatunku… I oto patrzę na raporty kasowe i nie mam żadnych wątpliwości, że z tą miłością gliwiczan coś jest nie tak. Może zwyczajnie minęła? A przecież nie tylko gliwiczanie przychodzą na „Rodzinę Addamsów”, bo o niej tu mowa. Spektakl miał premierę 13 marca 2015 roku – 482 widzów (przy 161 zaproszeniach) – 11 150 zł brutto; 14 marca: 471 widzów – 21 850 zł; 15 marca: 451 widzów – 21 739 zł. Ale już 20 marca, tylko 421 widzów – 20 486 zł. Mimo to, w 2015 roku spektakl sprzedawał się naprawdę dobrze. Wpływy były pokaźne (w międzyczasie wzrosły ceny biletów). Ale oto rok 2016 i pokazy w lutym. 26 – 353 widzów; 27 – 409 widzów; 28 – 396 widzów. Trochę mało, zważywszy dłuższą przerwę, jakość spektaklu (w międzyczasie potwierdzoną Złotą Maską) oraz oceny krytyków. Coś jest nie tak z tą miłością, powtórzę. Chyba jednak łatwiej się ją werbalizuje przy okazji, niż potwierdza przy kasie. Dziś (13 maja) kiedy piszę te słowa (godz. 15.30) jest jeszcze ponad 100 wolnych miejsc. Spektakl o godzinie 18.30.

Nie piszę tego złośliwie, ale tylko po to, żeby zwrócić uwagę na te tak chętnie odmieniane przez przypadki komplety i dostawki.

Prawda jest zupełnie inna. W Gliwicach gra się bardzo mało operetek, niewiele musicali i tylko dlatego, z wielkim trudem, można zebrać przyzwoite frekwencje. Gdyby miało być tak, jak być powinno, a zatem 3 razy więcej operetek i musicali, sala świeciłaby pustkami, a wynik finansowy teatru byłby katastrofalny.

I na koniec inna informacja wyczytana w raportach kasowych. Dla mnie, przy szacunku dla sympatii i gustów widzów, przygnębiająca w perspektywie tego, co wyżej o „Addamsach”… Klimkterium 2… 10 lutego 2014 roku aż dwa pokazy. Pierwszy 359 osób – 31 085 zł; drugi 398 osób – 34 650 zł. Nie było kompletów, a kasa pełna. Znak czasu? Tak, i poważne wyzwanie dla obecnej dyrekcji. Bo wydaje się, że jak wyjść na plus widać wyraźnie. Ale jak jednocześnie zadbać o poziom propozycji? To właśnie jest pytanie, na które chyba wszyscy oczekujemy odpowiedzi.

A już jutro bardzo ważny dla mnie tekst, w którym odpowiem na pytania o to, co jesteśmy winni naszym artystom i co powinniśmy dla nich zrobić. My, Miasto…

Dariusz Jezierski

2 Comments on "Miłość do operetki w świetle raportów kasowych"

  1. Panie Dariuszu Pan nie przedstawia faktów tylko nimi manipuluje.Takimi tekstami wpisuje się Pan doskonale w retorykę postaci pokroju Tomali ,Jarzębowskiego i Łosickiej .Nie spodziewałem się tego po kimś komu zależy na dobru kultury w Gliwicach.

    • Nie, Szanowny Panie, ja prostuję ewidentne manipulacje. W skrajnych sytuacajach – a takaka była, a może i jest wokół GTM – należy wyrażać się precyzyjnie, nie konfabulować, zwyczajnie nie przekłamywać. Nie wolno krzyczeć i pisać na wszelkich forach o miłości do operetki w mieście, w którym daje się je łącznie 21 razy na sezon. Nie można pisać o 100% frekwencji i dostawkach, jeśli bywa, że do pełnej sali brakuje ponad 100 osób. Nie wolno pisać o świetnych musicalach i znów miłości do nich, jeśli musical schodzi po 34 pokazach. Nie wolno podawać liczby 100 000 widzów nie wspominając, że mówimy o Kinie i Bóg wie jakich imprezach na zewntrz. Nie wolno stwarzać wrażenie silnego ośrodka teatralnego, jeśli są w roku często weekendy, w których przy Nowym Świecie nie dzieje się nic.

      Reasumując – nie wolno kłamać. Bo interpretować FAKTY można jak najbardziej. A jeśli chodzi o kwestie manipulacji – odsyłam do oświadczenia Pana Gabary, w którym z zadziwiając swobodą potraktował także liczby.

      I jeszcze coś – ludzie, którym zależy na dobru kultury, niezależnie od swojego stanowiska, powinni pamiętać, że kultura najlepiej rodzi się z różnic. Czasem bardzo głębokich. Chęć obrażenia mnie tylko dlatego, że mam swoje własne zdanie i potrafię go bronić, posługując się faktami, świadczy co najmniej o głębokim niezrozumieniu prawdy, o której piszę.

      I proszę zauważyć, że ja sam nigdy nie wzdragam się przed publikowaniem głosów przeciwnych. Polemizuję także z Panem, bez próby pozycjonowania Pana wśród jakichkolwiek znanych mi osób, ktore niekoniecznie cenię.

      Pozdrawiam

      dj

Leave a comment

Your email address will not be published.


*