Miłość, szkielet i spaghetti – kolejny fragment

Podobało Wam się i wcale się nie dziwimy! Klienci księgarń również sięgają chętnie po najnowszą komedię kryminalną świetnej Marty Obuch „Miłość, szkielet i spaghetti”. To wcale pokaźna porcja humoru, dobrej akcji i wartkiego stylu narracji – mieszanki idealnej na wakacyjne eskapady. Na apetyt prezentujemy kolejny fragment. Już ostatni – po więcej musicie sięgnąć po książkę!

Dziś zatem o kaczuszkach, z cokolwiek brutalnym zakończeniem:

Z tym postanowieniem komisarz przerzucił energicznie kilka palet na stworzony przez siebie stos i od niechcenia zerknął za ogrodzenie, bo od jakiegoś czasu dobiegało stamtąd przenikliwe kwakanie, które przebijało się nawet przez tartaczne piły.
Zerknął i został tak z otwartą buzią, aż do ust zaczął mu wpadać pył.
Fabryka przylegała jednym z boków do sporego gospodarstwa, na które składał się niewielki dom i plac obsadzony jabłoniami, śliwami i iglakami. Kiedy patrzył tam ostatnio, widział tylko stadko kaczek i indyków przechadzających się z godnością po obejściu. Teraz ptactwo rozpierzchło się w panice między drzewami, a w wirujących wszędzie piórach widział uwijające się kobiety.
Wyglądało to na regularną obławę.
Ptaki darły się w niebogłosy, kobiety również, przy czym drób wygrywał. Jego strategię Niecko określiłby jako celowe rozproszenie, natomiast strategia kobiet była żadna. Latały jak szalone z rozpostartymi ramionami i co chwilę rzucały się w coraz to nowym kierunku.
Weźcie Klementynę! – wołała rumiana staruszka. – Ona jest najgorsza!
Myślisz, że rozpoznajemy je po dziobach?! – krzyknęła zażywna kobieta w słomkowym kapeluszu i Niecko założyłby się, że skądś znał ten głos. – Która z tych gadzin to Klementyna?
Wytężył wzrok, bo cała akcja rozgrywała się pod słońce, ale żeby coś zobaczyć, musiał zmienić punkt obserwacyjny. Przeszedł na koniec ogrodzenia i ponownie zastygł w bezruchu. Z emocji.
Cześka, niech twoja siostra mnie nie obraża! Z łaski swojej.
Przecież od gadzin wyzywam kaczki, nie ciebie – broniła się ta w kapeluszu.
Ja nie chcę najgorszej! – doleciało płaczliwie spod choinki i Niecko wciągnął powietrze.
Przed chwilą rozpoznał panią Halinę, mamę Doroty, i to na pewno nie było przewidzenie. Czy ta dziewczyna pod świerkiem, którą szpeciła ohydna kraciasta chustka, zresztą poplamiona i spadająca na rozmazane oczy, czy ta dziewczyna to była jego Dorotka?
Dorotka o zaczerwienionej z wysiłku twarzy?
Dorotka, która nad górną wargą miała biały zaschnięty ślad po wypitym mleku?
Właśnie najgorsza jest najlepsza – tłumaczyła starowinka. – Wszędzie jej pełno, wszędzie wsadza dziób. Czyli że zdrowa.
Jak tak, niech będzie. Ale która to?
Ta ślicznotka z łatką.
Taś, taś, taś – Dorotka rzuciła się w ślad za Klementyną, nie zważając, że w tej pogoni rozdeptuje kacze kupki. Ptaki zaczęły się bowiem opróżniać w locie ze strachu i z prędkością światła zamieniły szmaragdowy trawnik w cuchnące pole minowe. – Bierzcie tę z łatą! – rozdarła się do pozostałych łowczyń i Niecko po raz kolejny w przeciągu kilku minut poczuł się ogłuszony.
Usłyszał bowiem prawdziwy głos swojej wybranki.
Bez seksownych modulacji.
Bez wibrujących przyciszeń i mruczeń obliczonych na owinięcie osobników płci męskiej wokół palca.
I nagle rozbawiony stwierdził, że chyba woli właśnie tak. Może nie oczekiwałby, że ktoś z samego rana będzie go w ten sposób wołał na śniadanie, ale w naturalnym wydaniu, bez dopracowanego makijażu i wymuskanego stroju Dorota była nadal na swój sposób śliczna. Mało tego, była zabawna.
W tej samej chwili Niecko przestał się Doroty bać.
Zrozumiał, że ma do czynienia nie z plastikową pięknością, ale z kimś żywym i… sympatycznym.
Przyczajony za stertą drewna czekał. Kaczuszka wśród rozpaczliwych kwakań została w końcu zagoniona w kozi róg i ku radości pań pojmana. Wtedy pojawił się kolejny problem.
Masz, zabij – pani Halina oddała gospodyni jej własność, zupełnie jakby pozbywała się tykającej, czy raczej kwaczącej bomby.
O, nie, moja droga. Ja Klementyny nie zabiję – zaparła się starowinka, wkładając kaczkę w objęcia Doroty, która tak się przestraszyła, że niemal wypuściła ptaka z powrotem na wolność. Do tego jednak nie doszło, bo pani Halina nie straciła zimnej krwi. Stanowczym gestem odebrała od córki Klementynę i odeszła na bok, gdzie zaczęła kaczkę po cichu strofować.
To jak je zjadasz? – chciała wiedzieć ta nazwana wcześniej Cześką.
Ja ich nie zjadam. Ja nimi handluję.
Niecko przysłuchiwał się dalszym pertraktacjom, kiedy od strony biura nadszedł… Rico! Komisarz widział jego zdjęcie w aktach, ale i tak dał się zaskoczyć. Mógł się spodziewać, że go tu spotka, ale rozstrojony oglądaną sceną popełnił błąd. Wyszedł zza kupy drewna i to w tej samej chwili, kiedy Rica zauważyła Dorota.
Stali tak popatrując na siebie we trójkę.
Dorota, Rico i on – komisarz w roli mechanika.
I nareszcie wszystko się zgadza. Sprzątaczka w stroju sprzątaczki! – zaśmiał się blondyn, kiedy w zrobionej na ludowo babie za płotem rozpoznał pielęgniarkę swojego szefa.
Dorota nie zdążyła zareagować na obelgę, bo Klementyna podjęła ostatnią próbę ucieczki i rozkwakała się, ile sił w dziobie. Wtedy wiejska piękność uzmysłowiła sobie, że oto spotyka kogoś, kto bez skrupułów pozbawi kaczki życia. Nie poświęcając uwagi Nieckowi, za co był jej wdzięczny, przemówiła od razu do blondyna:
Czy mógłbyś kogoś zabić?
Rico zatrzymał na niej czujne spojrzenie.
Ja? Czy ja wyglądam na mordercę?
A gdybym cię bardzo, ale to bardzo poprosiła?
Dorotę ledwie było słychać, gdyż Klementyna rozdarła się na cały Olsztyn – musiała chyba przeczuwać, że zbliża się jej koniec. Pozostałe kaczki, zachęcone wystąpieniem swojej koleżanki i ciągle jeszcze oburzone niedawnym zamachem na ich suwerenność, zaczęły się do niej przyłączać.
Czy ktoś mógłby tego ptaka uciszyć? – Rico nerwowo zakaszlał.
Ktoś mógłby, nawet na to liczę. Wracając do twojego pytania… Nie, Rico, nie wyglądasz na mordercę. Przypominasz raczej nieszkodliwego bandziora. Ta wredna gęba, ten dziki wzrok… – Dorota szukała kolejnych komplementów i naprawdę chciała powiedzieć coś miłego, ale Rico zaczął się kręcić przy ogrodzeniu jak lew w klatce. Kwakanie najwyraźniej doprowadzało go do szału.
Spokojnie! – Próbowała przekrzyczeć kaczki, co nie było łatwe. – Nie chciałam cię urazić. Tak naprawdę włosy na żel są ostatnio modne. Nie tylko wśród dresiarzy! A ta szrama na czole…
Nie dokończyła.
Raz, nikt nie zwracał na nią uwagi, dwa: Klementyna zdołała się w końcu uwolnić, co nie uszło uwadze Rica. Z błyskiem w oku wyciągnął zza spodni najprawdziwszy pistolet i rozwalił kaczuszkę na miejscu.
Pif, paf!
 

1 Comment on "Miłość, szkielet i spaghetti – kolejny fragment"

  1. gogol przejazdem | 23 lipca 2012 at 7:25 am | Odpowiedz

    „…Pif, paf! …”

    Fajnie.
    Na razie „wciągam” makaron.
    Na wakacje w sam raz.
    Ale, tam szkielet, tu pif ,paf – nie wiem ,czy dobrze robię..

Leave a comment

Your email address will not be published.


*