Mocne wejście zespołu, falstart reżysera

8 komentarzy

Stanąłem przed trudnym zadaniem. Spektakl „Dom spokojnej młodości”, którego drugi pokaz przyszło mi oglądać, rozczarowuje. Nie można jednak nie pamiętać, że mamy do czynienia z pierwszym spektaklem całkowicie nowego zespołu tak naprawdę całkowicie nowego teatru. Nie znaczy to w żadnym razie, że w ocenach należy stosować taryfę ulgową, ale na pewno skłania do spojrzenia na tę pierwszą produkcję w kontekście przyszłości gliwickiej sceny.

Zacznę może zatem od pozytywów. Przede wszystkim serdecznie gratuluję ósemki aktorów, którzy weszli do zespołu Teatru Miejskiego w Gliwicach. Nie mogli wprawdzie pokazać pełni swoich możliwości, gdyż wybrany materiał zwyczajnie nie dał im takiej możliwości, ale pokazali się z doskonałej strony, z bardzo dobrą emisją głosu, wartym uwagi wokalem, niezłym przygotowaniem ruchowym. Słowem, mogą stać się zalążkiem naprawdę dobrego zespołu aktorskiego. Przyznam, że nie jestem jeszcze zupełnie spokojny, bo spektakl, w którym przyszło im zadebiutować przed swoją publicznością nie postawił im prawie żadnych poważnych zadań aktorskich, wykraczających poza potrzeby przeciętnej propozycji, przygotowanej na Przegląd Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, ale potrafię sobie ich wszystkich wyobrazić w poważniejszym, czytaj dużo trudniejszym aktorsko repertuarze. Pozwolę sobie, zastrzegając, że wszystko to może wywrócić się do góry nogami, wymienić czwórkę tych, których sam z całą pewnością wybrałbym do pracy po tej pierwszej prezentacji. To Alina Czyżewska, Dominika Majewska, Mariusz Galilejczyk i Łukasz Kucharzewski. Z aktorów współpracujących podkreślę natomiast pozbawioną fajerwerków, ale bardzo oszczędną i przez to wiarygodną grę Aleksandry Maj.

Całemu zespołowi muszę pogratulować tego, że dzięki niemu ten spektakl w miarę się obronił. Autor scenariusza i reżyser, który był współautorem scenariusza, rozstawili przed zespołem tyle pułapek i utrudnień, że ten dokonał wyczynu nie lada. Przy okazji dodam drugi, niestety ostatni, pozytyw – nie dokonałby tego bez naprawdę świetnego, czującego doskonale rytm sceny zespołu muzycznego i interesujących, stylowych aranżacji i kompozycji, autorstwa Marcina Partyki. Jak wspomniałem, reszta elementów to były już tylko utrudnienia dla aktorów. Tym bardziej zatem będę się starał podkreślić ich sukces omawiając je po kolei.

Zacznijmy od kostiumów. Niepogodzone ze sobą (skąd te wałki i fryzura z lat 30/40 ubiegłego wieku u jednej z aktorek?). Bez swoistego dla każdego charakteru, pozwalającego coś zbudować, dodać do roli. Dla mnie wyjątkiem był tu jedynie Łukasz Kucharzewski, który momentami wręcz zmienił kostium we własną skórę.

Idźmy dalej – scenografia. Niby wszystko ok – zabudowana scena, względnie tanio, z możliwością ogrania. Ale… scenograf i reżyser to tandem. Najbardziej wymyślne konstrukcje, będące tylko sztuką dla sztuki, nie mają wartości scenicznej. Dość monumentalna i ciężka scenografia, przy braku pomysłów na jej wykorzystanie, zwyczajnie nużyła. Nieszczęsna pochylnia, po którymś z kolejnych prawie identycznie rozwiązanych zejść, przestała zupełnie być atrakcyjna, stanowiąc z całą pewnością poważne utrudnienie (i potencjalne niebezpieczeństwo!) dla dynamicznie ruszających się aktorów. Jeśli chodzi o wykorzystaną symbolikę, banał przeplatał się chyba z jakimś tajemnym kodem. Skoro bowiem nie było problemu z wykorzystaniem biało-czerwonej flagi, dlaczegóż zakodować niekoronowanego orła w czerń i chyba ciemny pomarańcz? Zwłaszcza, że w pewnym momencie go koronowano. I, niestety dla autorów scenariusza, stało się to dokładnie w grudniu 1989 roku, zatem wiszący przez cały spektakl twór o charakterze godła, nijak nie przystawał do scenicznej rzeczywistości. Takich scenariuszowych historycznych potknięć i niekonsekwencji było zresztą więcej.

Można powiedzieć, że to wszystko drobiazgi, ale niestety składają się one na końcowe wrażenie nieatrakcyjności wizualnej, kontrastującej z samym tytułem i z istotą naprawdę wielkich przemian historycznych i świadomościowych, o których spektakl próbuje opowiadać. Niestety, próbuje….Nie wiem jak układała się i rozkładała współpraca Michała Chludzińskiego i Łukasza Czuja, ale jej efekt jest raczej mało efektowny. Zazgrzytało już na początku. Ktoś chce mi wmówić, że ja i moi koledzy komunikowaliśmy się tak, jak ci uczniowie jadący do „Rajchu” na wycieczkę? Byłem nawet trochę zły. Ten obrazek gromady naiwniaków zachłystujących się tym, co widzą i prześcigającym się aby swój zachwyt czy niedowierzanie wyartykułować to chyba jakiś pastisz.

A przy okazji, autorzy tak rozpisanych na role tekstów, gdzie dwunastka aktorów musi przy pełnej koncentracji wchodzić z jednym słowem, czy frazą, powinni w teatralnym piekle wspólnie prezentować napisaną w ten sposób specjalnie dla nich epopeję. Ileż tu było sztucznych min i fałszywych emocji! Wykorzystanie ogromu energii i czasu dla zagrania zupełnie fałszywej nuty, to zwykłe marnotrawstwo. I w dodatku efekt, który kojarzy się raczej z przeciętnym zaangażowanym spektaklem studenckim, lub niegdysiejszą patriotyczną wieczernicą. Niestety, ten zabieg powtarzał się parę razy.

Z przykrością stwierdzam, że mimo iż zamysł autorów scenariusza uważam za ciekawy – a było nim, jak mniemam, przedstawienie ciągu przemian, który nałożył się na młodość mojego pokolenia – nie został zrealizowany nawet w połowie. Przede wszystkim dlatego, że zaproponowane ujęcie i rozpisanie tego procesu między Papieżem i Gołotą, to zbyt mało. Rozwałkowana i strywializowana już dawno sceniczna sztukateria dotycząca konsumpcjonizmu, żarłocznego kapitalizmu i odczłowieczonych korporacji, nie zostawiła już raczej zagadek dla artystycznej penetracji. Pastorał (?) uwieńczony symbolem dolara czy też wielka litera „M”, to już naprawdę symbolika, którą należałoby zostawić licealistom.

Ogólnie rzecz biorąc, próbę przedstawienia tych naprawdę pasjonujących przemian za pomocą kolażu dramaturgicznie niepowiązanych kolejnych scen, obrazujących dość subiektywnie wybrane fakty i dziejowe momenty, uważam za zbyt oczywiste pójście na łatwiznę, obliczone na efekt. Teatr to jednak materia wrażliwa, a widz teatralny bestia krwiożercza. Zaproponowana przez reżysera zszywka nie trzyma się zatem najlepiej, a efekt daleki jest od oczekiwanego. Skoro po drugim przedstawieniu oklaski były na tyle skąpe, że aktorzy po zejściu nie zdążyli nawet drugi raz się pokazać, oznacza to tylko jedno – pokolenie które rozumiało co działo się na scenie, owszem ubawiło się momentami i przypomniało sobie kilka hitów muzycznych, ale nie zaakceptowało tego co mu się sugeruje, a pokolenia młodsze, zapytywały „o co kaman” i jest to reakcja zrozumiała. Żal tylko aktorów, którzy spektakl ratują z ogromnym zaangażowaniem od porażki bardziej spektakularnej. Nie zasłużyli na ten dołek, który z całą pewnością zaliczyli po mało spektakularnym finale.

I tu, niestety, moje zmartwienie przeradza się w zmartwienie dużo poważniejsze. Właśnie ze względu na rzeczywistą troskę o przyszłość sceny, której bardzo kibicuję od początku, oświadczę wprost, że nie wypada, aby pierwszym reżyserowanym w NOWYM teatrze przez NOWEGO dyrektora artystycznego spektaklem była śpiewogra, która niekoniecznie byłaby wydarzeniem wspomnianego już Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Dosłownie cała teatralna Polska na niego patrzyła, a kulturalne Gliwice (są takie, prawda?) tym bardziej. I, niestety, dyrektor artystyczny skrewił, odwołując się do ogranego już przez niego na innych scenach formatu i naszych wyraźnie przecenionych tęsknot za PRL-owską młodością. Ta stosunkowo prosta sceniczna konwencja, niestety, nie została przez niego dobrze wyreżyserowana. To się zdarza, każdemu. I właśnie dlatego dyrektor artystyczny powinien spadać z wysokiego konia, a nie z zydelka.

Zakończę to wszystko jednak dość przekornie. Jestem optymistą. I stąd ta recenzja, choć zapewne niektórzy oczekiwali innej. Po tym, co zobaczyłem, wierzę w zespół, który zebrano. To naprawdę dobrzy, perspektywiczni aktorzy. I chwała artystycznemu za to, że tak ich wyselekcjonował. Ale pytanie o to, czy jest w stanie ich poprowadzić, uważam za właśnie postawione.

Dariusz Jezierski

7 Comments on "Mocne wejście zespołu, falstart reżysera"

  1. Lesław Nowara | 3 lutego 2017 at 7:55 pm | Odpowiedz

    OK, będę pierwszym komentującym 🙂 Na zaproszenie dyrektora Krawczyka miałem okazję obejrzeć premierowe przedstawienie. Szczerze mówiąc – pierwsze wrażenie było na ogromnym plusie. Spektakl z tempem, świetnie zagrany, rewelacyjne partie muzyczne, ruch sceniczny, aktorzy – rewelacja. Wady? Fatalny tekst, spektakl złożony raczej ze skeczy, niż tworzący spółną całość. I faktycznie, uboga, statyczna scenografia, którą można było przecież używić choćby przez zmiany oświetlenia (intensywność, kolor). Na koniec pewne zdziwienie, nie będące wcale zarzutem: przecież to nie miał być teatr muzyczny, lecz dramatyczny, a mamy na wskroś muzyczne przedstawienie. Poza wymienionymi mankamentami, no, OK, ewidentnymi minusami, przedstawienie na pewno warte zobaczenia. I za to szczere gratulacje. 

  2. pierwszy raz czytam recenzje specjalistów, które jednocześnie chwalą i miażdżą. chyba zaczynam rozumieć, dlaczego w Gliwicach nie wychodzi się w trakcie trwania z fatalnych przedstawień i oklaskuje na stojąco nawet katastrofy. z taką publicznością i takimi krytykami można sobie harcerzyć i spać spokojnie. 

    a przecież począwszy od projektu afisza, przez wybraną muzykę, do samego przedstawienia nic się nie lepi. na afiszu hipster, nieznany w latach '90. repertuar muzyczny dobrany przez prowincjusza, któremu nie dość, że pomyliły się muzyczne dekady, to rock rozumie jako wiejskie interpretacje w stylu Piersi. no, nie ma ten człowiek pojęcia, czego jego pokolenie słuchało w 90-tych, ale to pewnie wynika z jego wspomnień studenckiego życia w akademiku pełnym prowincjuszy. to jest pomieszanie z poplątaniem w mocno słabej scenografii i banalnej choreografii. ma być atutem, że aktorzy sprawdzają się kondycyjnie? bo ich słychać? żarty? 

    kiedy widzimy mistrza w słabej roli, gdzie nie ma co grać, albo w słabej formie, co też bywa, to też jest wzwód i owacja? ja tak nie mam. pewnie jestem chory.

    druga premiera, to bajka "Ach, jak cudowna jest Panama" wg Janoscha. dla dzieci, tak jak "Chłopiec z Gliwic" Krawczyka będą grane do usrania, jak projekcje filmów dla siłą spędzanych małolatów. tylko, czy to na pewno jest premiera? Cieplak zrobił to dekadę temu, a byli inni przed nim i po nim, a nawet dzieci, bodaj z Ujazdu.

    teatr jest z nazwy dramatyczny. antycypowałem dawno temu, że taki będzie i niestety jest. szkoda, że nie w tym właściwym znaczeniu. na razie nie ma czego oglądać.*

    *) ci, którzy są kolegami dyrektora, który uwielbia widzieć swoje nazwisko na wszystkim co wydrukuje i rozdaje darmowe wejściówki będą przekonywać, że warto zapłacić i zobaczyć. ja polecam dużą ostrożność. ale kiedy będzie COŚ, to będę polecać.

    • Chwalę aktorów – są bardzo dobrzy. Nie chwalę spektaklu – jest bardzo słaby. A już absolutnie nie polecam. I cóż jeszcze dodać do tego? Chyba nic…
      PS. Jak napisałem, nikt nie klaskał na stojąco, a aktorzy nawet nie mieli okazji pojawić się po raz drugi. O tym zaś, z których spektakli wychodzę (bo się zdarza), sam decyduję – zawsze pod wpływem chwili. 😉

      • boję się bardzo dobrych aktorów w szmirze, bo od razu przed oczami mam Michała Milowicza. on zawsze wypadał rewelacyjnie w rolach "wieśniaka" w idiotycznych produkcjach, w których nawet najlepsi aktorzy się wykładali. po latach oglądania go w różnych okolicznościach zrozumiałem, że on jest bardzo dobry tylko wtedy, kiedy gra siebie. chcesz takiego zespołu dramatycznego? no cóż… ja się boję.

        • Cóż, wydaje mi się, że nieźle odróżniam aktorów dobrych od złych. Tych, których widziałem na scenie uważam za dobrych lub bardzo dobrych (czwórkę wyróżniłem). Spektakl uważam za zły i to napisałem. Odnoszę wrażenie, że czytasz więcej niż napisałem. Lub mniej uważnie, niż zwykle. Swoje obawy co do artystycznego i przyszłości ująłem nader wyraźnie 😉

          • chodzi mi tylko o to, że jak nie ma czego grać, to nawet najlepszy aktor się nie wykaże. nie twierdzę, że nowe nabytki są złe – twierdzę, że ci aktorzy jak dotąd i chyba jeszcze długo nie będą mieli okazji pokazać na co naprawdę ich stać. taki Wojtek Kalarus powszechnie nie był znany aż do jednego krótkiego występu w "Uchu prezesa". i pozamiatał tak, że pył pamięci tej kreacji będzie opadać jeszcze długo. a przecież nie jest jakimś tam wyrobkiem, bo pracuje z Warlikowskim, a z nim nie pracują ludzie bez "czuja".

            teatr Krawczyka miał być inny niż stricte muzyczny, jak dotąd. a repertuar wypełniają bajki i śpiewogry pana Czuja, który lokalnie zasłynął z współtwórstwa tandetnej wystawy w Muzeum Sląskim. wygląda na to, że TM jeszcze długo nie będzie adresem, pod który ze znajomymi będziemy się udawać nawet okazjonalnie. to robi się coraz mniej śmieszne i coraz bardziej dziwne, ale lata lecą, a z miasta sukcesu coraz bliżej nam do Krakowa, Warszawy, a nawet Gorzowa, niż na Nowy Świat. i siedzimy tam trzy godziny z jedną przerwą, za tę samą cenę biletu, albo i niższą – za to każdy z nas wie, dlaczego nie swędzi go dupa, żeby pryskać. a potem wino/piwo, dyskusje (często z lokalsami, co w "inteligenckich" gliwicach nigdy nie ma miejsca) i setka dobrych kuchni do wyboru. powinieneś to rozumieć, skoro bliżej ci do Mińska, a nawet Tibilisi. ach, jak cudowne są Gliwice… to miasto ma w sobie jakąś wyjatkową moc. ciemna ona jest jak najgłębsza czeluść dupy. i podobnie trująca. odbyła się sesja wycieczkowa Rady Miejskiej do teatru, żeby ocenić, na co i na kogo wydaje się pieniądze podatnika? a może jest już zaplanowana sesja wycieczkowa do hali Gliwice na spektakularne otwarcie z tzw. Galą Mordobicia i Kopania? kto jeszcze nie CZUJe tego kulturowego klimatu symbiozy śpiewu i tańca z "galowym" mordooklepem w wykonaniu nowych idoli bogacących się gliwiczan w rodzaju gościa, który pociął sobie twarz, albo wypalił żelazem cyfry na głowie? 

            • I tu, niestety, w pełni się zgadzam. Falstart może się zdarzyć, ale już w kolejnym pociągnięciu Łukasz Czuj musi udowodnić, że na artystycznego „ma papiery”. Czekamy….

Leave a comment

Your email address will not be published.


*