Moje śląskie czytanie… cz.4 – „z niczego nie ma nic”

Brak komentarzy, bądź pierwszy

” z niczego nie ma nic” – i ta maksyma Świętkowej wystarczyłaby za wszystkie dotąd napisane recenzje, felietony i takie tam różne, na które zużyto już pewnie parę ton papieru i wannę atramentu.

” z niczego nie ma nic” – tak właśnie, a nie „z niczego nic”, czy „z niczego tylko nic”, choć pozornie, to to samo, a jednak nie … bo w tym drugim, to „nic” to jakby „coś”, a „nic”, to „nic” przecie a nie żadne „coś” i niczego z tego „nic” nie ma i być nie może, bo „nie ma nic”, znaczy że mniej niż „nic”, czyli zupełne „nic”, czyli absolutne… i tyle, i w tym mądrość i logika i cała filozofia zawarta…

… można by jeszcze „dyskutować”, czy po „z niczego” jakiej „komy” nie postawić, czy innego przecinka lub myślnika jakiego, ale nie, na pewno nie – bo to trzeba jednym tchem wypalić, z przekonaniem, z wiarą, odważnie jak Befehl … ” z niczego nie ma nic” – jawohl …

… i tak to sobie czytam tego Janoscha, tego Jego „Cholonka czyli dobrego Pana Boga z gliny”, leżąc w cieniu jabłoni w ten popołudniowy dzień lipcowy, gdzieś w pobliżu Drezna, czyli daleko od mojego Górnego Śląska, od moich Gliwic – tu sobie go czytam i może w najlepszym miejscu do tego

… i czytam to sobie, choć czytałem już tyle razy, że bez mała na pamięć go znam i wiem co na każdej stronie, co w każdym wierszu wiem, a jednak …

… i zamykam, i otwieram, ten tom w nieskończoność, i za każdym razem oczami wyobraźni widzę Ich wszystkich, na wyciągnięcie ręki Ich widzę, i za każdym razem inaczej, i staje mi nieodmiennie przed oczami ta Świętkowa, ta Matrona, ta Śląska Oma i symbol Mądrości, symbol Przetrwania… ta co wie wszystko, na wszystko ma odpowiedź, każdą okoliczność wyjaśnić potrafi, zna wszystkich świętych, wie na co który i w czym pomóc, a w czym zaszkodzić może… i wokół Niej się wszystko kręci a nie wokół Cholonka, choć on w tytule – wokół Niej właśnie, wokół Tej Świętkowej prostej i surowej, i zimnej, i gorącej jak piec hutniczy – właśnie wokół niej

… i podziwiam, i czczę przezorność tych Świętkowych i Ich chytrość niejaką i spryt, które im kazały „geldy” w lnianym „boitliku” w majtkach trzymać razem z obrazkiem Czarnej Madonny, gdy w pielgrzymce do Częstochowy człapały, do tej Madonny właśnie, bo to miejsce w tych majtkach bezpiecznym się wydawało i było  – co by nie mówić, czy myśleć… i nie tak, jak dzisiaj

… a i czasy inne były i „seksu”, tak jak dzisiaj, nie uprawiano tylko „dupczenie” – a to, nie to samo… bo to dupczenie było w nich naturalne jak śpiew, jak śmiech czy płacz, jak modlitwa… bo „hajer z gruby” umęczony, mógł nie jeść, nie pić, nie myć się, ale podupczyć musiał, przed spaniem ostro podupczyć „jak koziołek alpejski” – podupczyć właśnie… tyn hajer, a i inne tyż – i rozpusty w tym żadnej nie było, ani rozpasania żadnego, a ślunskie dziouchy skrumne i uczciwe były mimo to, a może i przez to… bo przecie

 … bo przecie… nie ma lepszego na świecie miejsca do dupczenia, jak „kopalniana hołda”, gdzie białe uda dziouch niewidoczne na tle białych brzóz, a tylko na tle liści, a tych mało tam…, gdzie od hołdy w te plecy nie ziąb a gorąc, od ognia w niej – gorąc co rozpala i od dołu, a i od góry też, choć inna… a  jeszcze z hołdy „man schaut ins weite Land” – więc nie ma lepszego miejsca, jak hołda

… ale też dbały Matrony tych dziouch, by dziecko po ślubie koniecznie się rodziło, a nie przed – bo wstyd, bo brzuch przed ślubem nie przeszkadza, ale dziecko to już tak

… i ktoś „dzisiejszy” nazwał to wszystko „dewocją, gorzałą, groteską i kołtuńskimi konwenansami” albo „ludzką zbieraniną mrowiącą się w familokach”, a „ludźmi raczej podłymi” inny Ich nazwał

… i że „w swej duszy rozdzieraniu” w swej sprośności, w przaśności Janosch topi swoje kompleksy, że nie może się pozbyć tego piętna dzieciństwa czy jego braku, nie potrafi się z nim rozliczyć, pogodzić … czy aby ?

… przecie u Janoscha nie tylko o dupczeniu, choć ważnym, to nie tylko

… bo przecie Janosch to bajarz przedni i pleciuga, co to musi wygadać się, wyplotkować, wytrajkotać jak ten karabin maszynowy krótkimi seriami, dosadnie

… pokazać, jak było, co widział, co zapamiętał lub zwyczajnie zmyślił – bo Mu to ślina na język przyniosła, bo przecie bajarz On

… więc musiał – a wszystko to wystrzelane bezładnie i obarczone niezliczoną ilością detali i szczegółów, koligacji, zależności i pokrewieństwa, pogmatwane tymi nićmi jak nerwami co całą Oślowskiego zszywały, a i całą Porembę też, i okraszone powiedzonkami, mądrościami przeróżnymi, aż do zawrotu głowy, i wszystko widział ten Janosch, i wszystko podejrzał, podpatrzył, podsłuchał, nos we wszystko wraził i paluchy, i nic się przed nim nie ukryło, nie zataiło, ale też wtedy wszyscy o wszystkich, wszystko wiedzieli i nic się zataić nie dało, bo „wszyscy z wszystkimi na wszystko” i wszyscy wiedzieli „co jest czego w czym”

… i opowiedziane to, właśnie opowiedziane – jak przy piwie się plecie, gdy trzecie już we łbie szumi, a czwarte przed gęba stoi i trzeba na nie zapracować tymi bajdami, tymi opowieściami właśnie, na które wszyscy czekają i niczego nie odpuszczą, choć przecie od dawna to znają, bo przecie to bajarz, bo pleciuga a może i krętacz

… i wybuchy śmiechu temu towarzyszą w tej prostej ludzkiej radości, w tym szarym ich dniu uciesze,  a już szczególnie, gdy się komu noga powinie lub ją pod tramwajem straci „przez pomyłkę”, gdy komu rower ukradną albo fajkę pod „tytuniem” dynamitem „dla żartu” nabiją, gdy… gdy …

… i ten Schweineschlacht czyli świniobicie, co świętem dla całej ulicy było i oczekiwanym bardzo, bo krupnioki, bo kiszki i żymloki i borszcze różne, a ze łba galert, a jeszcze matki zajęte, więc nie zwracały uwagi, jak jaki furtak z tą czy inną Ludką w izbie znikał, by sobie trochę i na chybcika podupczyć… i podobno dzięki temu, to ponad połowa mieszkańców Poremby się urodziła, więc to sprawa społeczna była i polityczna, to świniobicie… a i muzyką to wszystko okraszone do porządku, i śpiewem, i harmonią z tą polką, z tym szibrem i dżimim, a w oknie z radioodbiornika leciała muzyka „piękna i poważna” z Gliwic nadawana „Co robisz z kolanem, Hans, z kolanem, drogi Hans…”  albo „Nie chytej mnie za kolano, bo jo łaskotki mom…” i inne piękne przeboje z tych Gliwic, bo to kulturalne miasto było, te Gliwice   

… i czytam tego „Cholonka” i wyszukuję to wszystko, co mojemu Śląskowi najbliższe, co prawdą o Nim jest albo nie, co pięknem albo brzydotą, ale też co Go wyróżnia spośród innych krain, co powodowało, że w tej górnośląskiej maszynie do mięsa ludzie ludźmi pozostali… a jednak mimo wszystko ludźmi

… nie, nie trzeba czytać „Cholonka” po kolei, tak „porządnie”, strona po stronie, nie trzeba, bo i po co, tak jak nie ogląda się fotografii wysypanych z szuflady czy pudełka jakiego, pożółkłych fotografii z przeszłości, tych mgnień zarejestrowanych, ale przecie mgnień tylko… uporządkowane czy w bezładzie znaczą to samo, świadczą prawdę albo nie… kto to sprawdzi, kto to wie

… u Janoscha wszystko kończy się dobrze i optymistycznie – Świętkowa umiera, jak Pan Bóg przykazał, czyli godnie, bo jej czas minął, bo przecie gdzie indziej poza Porembą by żyć nie mogła, a już na pewno nie w tych Nimcach – co to, to nie… bo nie przesadza się starej pelargonii do nowej donicy lub gruntu nowego

bo człowiek jest tym czym go zrobili rodzice – i o tym Świętkowa przekonana do końca, i słusznie

… i kończy się wszystko dobrze jednak u tego Janoscha, bo kto umarł ten nie żyje, a kto zginąć miał, ten i zginął lub zakatrupiony zastał – co za różnica zresztą, a kto zaś miał żyć, to i żyje i radzi sobie nieźle, jak te córy Świętkowej w tych Nimcach, z tym swoimi Jankowskimi, Stanikami czy Hübnerami… i wszystko jest w porządku, bo ma być, bo „ordnung muss sein”… muss sein i fertig

bo człowiek jest tym czym go zrobili rodzice

… a przed chwilą siedząc tu pod tą jabłonią, czytałem mojej Wnusi „Oh, wie schön ist Panama” tegoż Janoscha, a tydzień temu w Gliwicach z kolei „Jaka piękna jest Panama”, pod czereśnią siedząc czytałem Wnukowi. I wszystko jedno czy „Oh, wie schön ist Panama” czy „Jaka piękna jest Panama”, to Panama i tak jest „piękna” albo „schön”, bo to Panama właśnie i to do niej ten Misiu i ten Tygrysek zmierzają

… a przecie „Oh, wie schön…” czy „Jaka piękna…” to od tego samego Janoscha, co to się tam w Zabrzu urodził i mieszkał na tej Piekarskiej czyli Bäckerwegstraße wówczas

… więc może trzeba było na tej Piekarskiej mieszkać, na tego Oślowskiego w tej Porembie wśród tych Cholonków, wśród tych Świętków, aby Misia i Tygryska wymyśleć i jeszcze je do tej Panamy wysłać, bo piękna jest ta Panama, więc i warto

… więc może trzeba było właśnie tym Cholonkiem być, by do głowy przyszły te misiaczki i te tygryski, których kiedyś nie miał i ta Panama, o której nie słyszał, a do której warto iść, bo piękna jest ta Panama, bo do czegoś trzeba iść – a do Panamy szczególnie

… ale dziś nie ma już tej Piekarskiej na tym Zaborzu, w tym Zabrzu, tej Bäckerwegstraße, co to o niej kiedyś Pan Bóg zapomniał, dla tych Cholonków może na szczęście wówczas, ale o której dzisiejsze nowe sobie przypomnieli i w gruz ją przerobili, tymi wielkimi żółtymi maszynami. Nie ma tej Piekarskiej, bo ją na drogę zamienili, na tę drogę co rżnie Śląsk do nikąd

… ale i płakać po niej pewnie nie warto, po tej Piekarskiej i po tej Oślowskiego pewnie też, a ich widoki i klimaty niech już tylko kartki „powieści szelmowskiej” zapełniają i fotografie pożółkłe… tylko… o ludziach tamtych, co to już ich nie ma, to jeszcze może warto wspominać, że tam byli, a może od zawsze tam byli i aż do teraz

… ale może i nie warto wspominać, nawet o nich – może dziś nie warto

 

… więc zamykam już mojego „Cholonka” i na trawie zielonej zostawiam

… i bajeczki o tym Misiu i tym Tygrysku, co to do tej Panamy …

… wiatr kartki przewraca – może też chce poczytać… ten wiatr

 

… oh, wie schön ist Panama

… jaka piękna jest Panama

… jakie piękne są bajeczki

                                                                                                                              Gleiwitzer49

 

Be the first to comment on "Moje śląskie czytanie… cz.4 – „z niczego nie ma nic”"

Leave a comment

Your email address will not be published.


*