Moje śląskie czytanie … cz. 5 „synek z familoka czyli frechowny gizd”

Brak komentarzy, bądź pierwszy

… trzymam w ręku książkę niezwykłą … chociaż, pewnie przesadzam z tą niezwykłością, a może nawet na pewno. Nie, nie jest to książka niezwykła … nie jest, ale dla mnie nie ma to znaczenia … Przeczytałem w swoim życiu parę tysięcy książek, od tych z najwyższej półki, niejako „noblowskiej”, aż po te, do których czytania przyznawać się raczej nie warto lub wstyd. Mnie nie – bo czytać warto, nawet jeśli niesmak po tym albo rozczarowanie, a może właśnie dlatego warto … przeczytałem dziesiątki, a może i setki książek i opracowań różnych o Śląsku lub Śląskowi, w ten czy w inny sposób, poświęconych. Jedne uważam za cenne, inne za chłam, jedne pozostały w mojej pamięci, bo coś dla mnie znaczyły, a o innych dawno już zapomniałem, dziś nie pamiętając nie tylko co w nich, ale nawet że je czytałem … w jednych do dziś tkwią pożółkłe już zakładki, które coś miały oznaczać  lub na coś wskazywać, coś może godnego albo nie i sam już nie wiem czym owe zakładki są i do czego, ale pozostawiam je, bo pamięć czasem wraca, więc może się przydadzą jeszcze, choć pewnie nie, choć pewnie nie zdążą już. A w innych zakładek brak, co nie oznacza, że w nich nic interesującego, bo pewnie nic to nie oznacza …              

… więc trzymam w ręku tę książkę ledwie 147 stron liczącą i dwie strony wierszy, tę książkę, która żadną „wielką literaturą” nie jest, ani pretensji ku niej nie ma … i nie ma tam tej prozy literackiej, tych wątków przeróżnych kunsztownie powiązanych ze sobą i treściowo tajemniczych, co skłaniają do podążania za autorem, za tą tajemnicą odsłanianą w miarę przewracanych kartek, co motorem czytania jest i zachętą … no nie ma tam tego … nie ma tam akcji dramatycznych, ni bohaterów różnych … no i prawdę mówiąc nie ma tam nic, co by rokowało bestsellerem jakim zostać … a jednak …                                                                                                

…a jednak kiedy zamykam tę książkę, i trzymam ją w ręce, i patrzę na okładkę raczej nieciekawą, co to czytelnika nie przyciągnie, bo na niej jakiś „ślaski bajtel” w krótkich porteczkach, opadających podkolankach i „szczewikach” śmiesznych, z resztkami sznurówek i „ostrzygany” jak drzewiej „w trójkącik”, z wzrokiem wystraszonym od kamery i na tle muru jakiegoś koszmarnego … słowem taki śląski bajtel, taki synek z familoka jakich setki i tysiące było tu na Śląsku … więc kiedy zamykam tę książkę, to mimo woli odczuwam żal, że się skończyła, niedosyt jakiś lub Bóg wie co, ale przede wszystkim żal, że się skończyła … i sam już nie wiem czym owa książka jest, czy pamiętnikiem jakim, czy wspomnieniem i do jakiej „kategorii literackiej” ją zaliczyć, jeśli to konieczne i potrzebne, to zaliczanie                                                               

  … i tak sobie myślę, że gdyby tę książkę w ręce swoje dostał „pisarz renomowany” i jako szkic ją potraktował, jako zarys, to pewnie by i trzy tomową sagę rodzinną stworzył, a w półtora tysiąca stron ujętą, i nie zanudziłby pewnie nikogo                    

… ale autorem tej książki nie jest pisarz żaden, ani literat żaden, czy kto inny z „piórem na co dzień obznajmiony”, ale jest nim „synek z familoka”, śląski synek więc tylko te 147 stron, tylko 147 dla opisania 100 a nawet więcej lat w jednej rodzinie i w jednym w zasadzie miejscu, tu w tym Załężu i na tym Śląsku … i na tych 147 stronach pokazał ten „kogel mogel” śląski i tę prawdę, jak na tej przeklętej ziemi człowiekiem być mimo wszystko i na przekór, i jakby na potwierdzenie tego, że „Ślązak zawsze był stały, a tylko państwa się zmieniały” – jakby na potwierdzenie tego.

… i prowadzi mnie ten Pierończyk, ten Ginter Pierończyk po tych rodzinnych meandrach, po tych meandrach śląskiej rodziny, tak śląskiej, że bardziej śląską już być nie może. I wszystko tam w tej rodzinie jest, bo tak ma być, bo to Śląsk przecie, miejsce na ziemi szczególne. I ma ten Pierończyk i Babcię i Dziadka ale ma też Großmutter i Großvater czyli Ome i Ope tyż ma, a ta śląska niemieckość miesza się z ta śląską polskością przez wszystkie pokolenia, tak pół na pół prawie i ten rodzinny „eintopf” przetrwał szczęśliwie tyle pokoleń i z przeróżnych zawirowań, z czasów złych i tragicznych z twarzą wyszedł i godnie. I prowadzi mnie ten Ginter Pierończyk po tym Załężu, śląskim do szpiku kości, po tej wieży Babel, gdzie „ślonsko godka” była językiem wszystkich, a w urzędach niemiecki, ale też i niemiecki, ale też i polski tych Poloków co za robotą tu przybyli, tu się osiedlili i w tę ziemię wrośli, a wszyscy oni połączeni tymi niewidzialnymi nićmi, którymi zszywała ich wszystkich kopalnia „Kleofas” i huta „Baildon”. I wszyscy oni z tych familoków jak mrówki do tej kopalni i do tej huty, i jak mrówki z tej kopalni i z tej huty do tych familoków, i tak rok za rokiem, pokolenie za pokoleniem. Lata płyną, rządy się zmieniają, zmienia się przynależność państwowa z niemieckiej na polską, potem znowu na niemiecką, by ostatecznie stać się polską i we wszystko to rodzina jest wpisana, na dobre i na złe, z wszystkimi plusami i „minusami”, i wychodzi z tego godnie i po ludzku, i wstydzić się niczego nie musi, ani nic sobie zarzucać. Koniec drugiej wojny zmienia wszystko, dla wielu wywraca świat do góry nogami, wielu pogrąża – to ciężki czas również dla rodziny … a jednak …

„ ale z Ciebie frechowny gizd” mówi Matka Ginterowi, mówi przez zaciśnięte usta, bo przecie zawód już ma, jest już technikiem górnikiem, bo przecie w domu się nie przelewa a On uparcie do tych Gliwic, uparcie na te studia …                                   

 … i zadaje ten Pierończyk kłam tym wszystkim twierdzeniom, że Ślązak to ciemniak, że uczyć się nie chce, bo mu to do niczego nie będzie potrzebne, bo przecie hajerem ma być tylko i na grubę się tylko nadaje … więc kłam temu zadaje i udowadnia, że uporem i pracą własną dojść można do wszystkiego i szkoły pokończyć i Politechnikę, i zostać tym inżynierem, i nim być wreszcie i że „tyn synek z familoka”, tyn wystraszony Śląski synek z fotografii, dostanie ten galowy mundur górniczy i czako z białymi piórami, a na jego piersi po latach zawisną medale, z których dumny może być i będzie, bo je własną pracą i własną uczciwością zdobył – tą śląską właśnie pracą i tą śląską uczciwością … bo zasłużył na to, bo czasem warto być tym „frechownym gizdym”, jakby na przekór, a może dlatego, że się nim jest …

… i kartkuję tę książkę i odpowiedzi szukam, wyjaśnienia … skąd … dlaczego … w czym tkwi siła …siła, by tym „frechownym gizdym” być … a może w tym Śląsku w tym Górnym Śląsku ? …

… i pewnie ktoś się znajdzie, taki ktoś, co mi zarzuci, że dwie minuty z życia stracił na czytanie tego, choć nie musiał, bo przecie nic ważnego w tej mojej pisaninie nie ma, a nawet w tym „Synku z familoka” tego Gintera Pierończyka pewnie też nic takiego ważnego, więc może ten i ów ten czas niepotrzebnie … a jednak …

 

bo ślązak był stały, tylko państwa się zmieniały

… bo człowiek jest tym, czym go zrobili rodzice …

… bo z Ciebie frechowny gizd …

                                                                                                                     Gleiwitzer49

 

Ginter Pierończyk. Synek z familoka. Narodowa Oficyna Śląska. 2016

Be the first to comment on "Moje śląskie czytanie … cz. 5 „synek z familoka czyli frechowny gizd”"

Leave a comment

Your email address will not be published.


*