Nie kłócić się nad grobem… – Niezwykła rozmowa Teresy Torańskiej z książki „SMOLEŃSK”

2 komentarze

Ogromne kontrowersje, które wzbudził film „Smoleńsk” w reżyserii Antoniego Krauzego, wzmogły na nowo zainteresowanie dramatyczną katastrofą lotniczą z 10 kwietnia 2010 roku. Tragiczna śmierć Lecha Kaczyńskiego, ówczesnego prezydenta RP oraz 95 innych osób lecących samolotem Tu-154M z Warszawy do Smoleńska na uroczyste obchody 70-lecia zbrodni katyńskiej, stała się ponownie tematem publicznych sporów i dyskusji w naszym kraju. Sięgnęliśmy więc do wydanej przed trzema laty fascynującej książki Teresy Torańskiej pt. „Smoleńsk”.

Jej autorka była jedną z najwybitniejszych w Polsce dziennikarek. Zasłynęła z odważnych i bezkompromisowych wywiadów przeprowadzonych z byłymi dygnitarzami komunistycznymi i uwiecznionych w pamiętnej książce „Oni” (1985), przetłumaczonej potem na 13 języków. Po wprowadzeniu w naszym kraju stanu wojennego mieszkała w Paryżu, Cambridge, Bostonie, Nowym Jorku i Waszyngtonie, bo w PRL została objęta zakazem wykonywania zawodu.  Wróciła do ojczyzny dopiero po przełomie ustrojowym 1989 roku.

Wyróżniała się nie tylko imponującym warsztatem dziennikarskim, ale również rzadko spotykaną umiejętnością skutecznego nakłaniania swoich rozmówców do niewiarygodnie szczerych wyznań i zwierzeń. W jej książce „Smoleńsk” znalazł się m.in. niezwykły wywiad z prof. Michałem KLEIBEREM, naukowcem związanym z Instytutem Podstawowych Problemów Techniki PAN, wykładowcą na uniwersytetach w Niemczech, USA i Japonii, który w latach 2006-2010 był społecznym doradcą prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Poniżej przytaczamy spore fragmenty długiej i osobistej rozmowy Torańskiej z prof. Kleiberem.

————————————————————————

– W piątek, w przeddzień planowanego lotu, zadzwonił do mnie prezydent i zapytał, czy na pewno nie lecę. Powiedziałem, że bardzo przepraszam, ale nie mogę. W sobotę miałem wygłosić ważny referat na międzynarodowej konferencji naukowej. Mój zawód zawsze dawał mi wiele satysfakcji, ale tym razem wręcz uratował mi życie.

O czym rozmawialiście tego wieczoru?

– To było tylko parę zdań przez telefon. Prezydent był bardzo zaaferowany szykowaniem swojego przemówienia.

Sam je pisał?

Zawsze sam nadawał ton swojej wypowiedzi. Pewne osoby sugerowały różne sformułowania, ale tak naprawdę to były jego przemówienia. Pan prezydent generalnie nie potrafił przekonująco czytać przygotowanych tekstów. Dobrze wypadał wyłącznie, mówiąc własnymi słowami. Miał więc pewien kłopot z przemawianiem do osób reprezentujących środowiska mniej mu znane. Nie chciał czytać przygotowanego tekstu, a na własnych przemyśleniach i doświadczeniach nie mógł się oprzeć. Ten problem jest zresztą chyba dosyć częsty wśród osób publicznych.

Czy Lech Kaczyński nie chciał się uczyć?

– To jest chyba trochę tak, jak z językami obcymi. Pan prezydent uważał, że nie ma predyspozycji do nauki języków obcych, taki się urodził i nigdy się ich nie nauczy. Wielokrotnie przekonywałem go, że ważny polityk w ważnym kraju musi mówić biegle w jakimś obcym języku. Te moje i wielu innych rady poskutkowały – prezydent miał okresy, w których zawzięcie uczył się angielskiego. I robił – mogę powiedzieć – całkiem niezłe postępy. Żartowałem sobie z niego, że właśnie jest w trakcie zaprzeczania teorii o swojej niemożności nauczenia się języka.

Życie obu braci Kaczyńskich przebiegało ciekawie. Na pewien czas się nawet rozstali.

– Rodzice rozłączyli braci dosyć wcześnie, matury nie robili w tej samej szkole. Lech mi opowiadał, że razem byli nieznośni. Obaj studiowali jednak razem w Warszawie. Lech twierdził, że nie mógł po studiach znaleźć tu dobrej pracy, miał ambicje akademickie. Sugerował, o ile pamiętam, że nie chciano go zatrudnić z powodów politycznych. Wyjechał do Gdańska, dostał tam pracę i mieszkanie. Jarosław pierwszy napisał doktorat, mimo że nigdy chyba nie miał prawdziwej natury naukowca. Lech zrobił to później, a po latach obronił habilitację.

To były dwa szatany.

– To były bardzo odległe czasy, nic o nich nie wiem, ale mogę to sobie wyobrazić.

Lech Kaczyński miał chyba większy dystans do wielu spraw, niż jego brat.

– Gdyby Lech nie był obarczony wnoszoną do rodziny przez brata wielką polityką, byłby z pewnością bardzo dobrym profesorem prawa, niestroniącym od aktywnego doradztwa związkom zawodowym. Czas, w którym Lech pełnił funkcję wiceprzewodniczącego „Solidarności”, był w jego życiu niezwykle ważny. Być może te właśnie cechy charakteru prezydenta pozwoliły się nam zaprzyjaźnić.

Jak się pan dowiedział o katastrofie w Smoleńsku?

– W sobotę zadzwonił do mnie szef mojej kancelarii w Akademii Nauk, chyba o godz. 9.15, mówiąc, że była katastrofa i wszyscy zginęli. Mam kłopot z mówieniem o tej katastrofie, bo trudno mi się przyznać do swego rodzaju fatalizmu, czy może raczej wyjątkowego zbiegu okoliczności. Otóż moja żona przyjaźniła się z panią prezydentową, która często u nas bywała. Obie razem chodziły do kina, niekiedy co trzy-cztery dni. Któregoś dnia Maryla (para prezydencka była po imieniu ze wszystkimi swoimi współpracownikami i znajomymi) zobaczyła u nas porcelanową figurkę słonia, którą przywiozłem z Azji. Patrzyła na nią, patrzyła, aż wreszcie powiedziała: – Słuchajcie, on ma trąbę zwieszoną do dołu, to przynosi nieszczęście. On nie powinien być w waszym domu. Następnego dnia żona wyniosła go więc do piwnicy w myśl zasady, że strzeżonego pan Bóg strzeże. Dzień czy dwa dni później przychodzi do nas Maryla i po chwili wyjmuje z torebki malutkiego słonika, mówiąc: – Ten ma trąbę jak trzeba, podniesioną. Podziękowaliśmy za prezent, postawiliśmy słonika na parapecie wśród innych figurek, które zebraliśmy w czasie naszych zagranicznych wojaży. I proszę sobie wyobrazić, że w sobotę, jeszcze przed katastrofą, moja żona mówi do mnie: – Zobacz, co zrobiłeś. Idę do łazienki, a tam na podłodze leży ten słonik ze złamaną trąbą. Musiałem go strącić ręcznikiem. Proszę mi wierzyć, policzyłem to dokładnie, musiałem go zrzucić dokładnie w momencie, w którym zdarzył się ten wypadek. Nie jestem przesądny, ale nie ukrywam, że to zdarzenie niesłychanie porusza mnie do dzisiaj.

Czy uwierzył pan w zamach?

– Nie. Ale próbowałem zrozumieć emocje tych, którzy wierzą. Polacy mają zakodowaną nieufność do poczynań władz wielkich sąsiadów. Zycie polityczne w naszym kraju jest niesłychanie burzliwe. Interesy polityczne często zastępują precyzję i racjonalizm działania oraz trzeźwe myślenie…

A ja nie pomyślałam tym razem,  ze to znów Rosjanie.

– Ja też nie. Dochodziły do mnie różne opinie, niektóre wstrząsające. Trudno to wszystko zrozumieć, jak się widzi tylko fragmenty zdarzenia. Myślę, że władze Rosji powinny prowadzić to śledztwo z większą otwartością. Z pewnością byłoby lepiej, gdyby prowadził je w ogóle ktoś inny.

Czy Rosjanie ujawnią kiedyś wszystkie szczegóły?

– Wierzę, że pod wpływem opinii publicznej za jakiś czas będziemy mieli jasny obraz przebiegu wydarzeń. Obyśmy na to nie musieli czekać, jak w przypadku katastrofy gibraltarskiej, kilkadziesiąt lat. Nie wszystko w tej sprawie zależy jednak od Rosjan. Osobiście nie mam wątpliwości, że początkiem wszystkich nieszczęść jest charakter politycznej narracji prowadzonej przez oba nasze główne ugrupowania polityczne, od co najmniej pięciu lat silnie antagonizującej całe nasze życie polityczne. Kancelaria Prezydenta została niejako automatycznie wpisana w ten chory scenariusz. Myślę, że prezydent miał z tym problem.

Był ofiarą Jarosława?

– Takie jest, zdaje się, powszechne przekonanie. Ja natomiast uważam, że prezydent był równie silną indywidualnością, choć o zupełnie innym od brata temperamencie. To nie było tak, że jeden z braci dominował, a drugi się podporządkowywał. Raczej – jeden był dalekosiężnym strategiem, a drugi – bieżącym taktykiem. Strategiem był prezydent, a w opracowywaniu strategii bieżące utarczki polityczne są poważną przeszkodą. W tym sensie Lech nie był rasowym politykiem, takim jak Jarosław, wyczuwający nastroje tłumu słuchaczy… Pamiętam, jak kiedyś prezydent mnie przekonywał, że jego brat jest najskuteczniejszym polskim politykiem w ostatnim dwudziestoleciu. Nie oznacza to jednak, że Jarosław był nieomylny. Błędem było niewątpliwie stworzenie koalicji z Samoobroną i LPR. Ale trzeba też uszanować, że gdy okazało się, iż taka koalicja nie może dobrze funkcjonować, Jarosław skoczył na głęboką wyborczą wodę. To było swoiste odważne przyznanie się do błędu.

Dlaczego nie powstała koalicja PO – PiS?

– Z winy obu stron. To oczywiście nie PiS, czy sam Jarosław zadecydowali,  że takiej koalicji nie będzie. Warunki, według mojej wiedzy, które PiS zaproponowało po wygranych wyborach, były uczciwe: nasz premier i osiem ministerstw. To był sprawiedliwy układ. PiS nie chciało się np. mieszać do gospodarki, zostawiając tę dziedzinę dla PO. Platforma była jednak tak rozgoryczona przegraniem wyborów, że nie była w stanie zaakceptować tej propozycji.

Czy był pan na pogrzebie prezydenta na Wawelu?

– Nie.

Dlaczego?

– Czułem przesyt, tyle było tych uroczystości, bałem się tłumów i tej atmosfery. Ale był też drugi powód, ważniejszy. Miałem w pamięci rozmowę z Lechem. Jestem urodzonym warszawiakiem, ale mieszkałem wiele lat za granicą. Kiedyś opowiadałem Lechowi, że trzy razy w swoim życiu stawiałem sobie dramatyczne pytanie – czy wracać do Polski. Wracałem jednak, bo – zabrzmi to patetycznie – w Warszawie się urodziłem i tu chcę dożyć swoich dni. Odpowiedział mi wtedy, że w Warszawie chce być pochowany. Prezydent w pełni doceniał niezwykłe znaczenie Krakowa dla historii i kultury Polski, ale to nie było jego miasto – był w nim może parę razy w życiu. Nie wiem, gdzie powinni być chowani prezydenci. Ale wiem, że Lech Kaczyński chciał być pochowany w Warszawie.

– Nie powiedział pan o tym?

– Nie brałem udziału w publicznej dyskusji na ten temat. Jak się o tym dowiedziałem, to jedyne, co mi przychodziło do głowy, to apelować, żeby nie kłócić się nad grobem. Dlatego też byłem przeciwny demonstracjom, bo demonstrowanie w sprawie już przesądzonej uważam za mało racjonalne. Moim zdaniem – winę za zaistniałą sytuację ponosi parlament, który nie zajął się wcześniej sprawą pochówku prezydentów. Wszyscy kiedyś umrą i co, za każdym razem mamy się kłócić? To przecież prosta sprawa, o której powinien zadecydować parlament. Przy naszych politycznych emocjach każda śmierć wybitnego Polaka to zalążek narodowej kłótni.

————————————————————————

„Smoleńsk” to ostatnia książka, nad którą pracowała Teresa Torańska (1944-2013). Przygotowując ją przeprowadziła 31 pasjonujących rozmów z różnymi osobami na temat katastrofy smoleńskiej. Niezwykłe zrządzenie losu sprawiło, że jej grób na warszawskich Powązkach znajduje się w pobliżu cmentarnego pomnika ofiar katastrofy.

Zbigniew Lubowski

2 Comments on "Nie kłócić się nad grobem… – Niezwykła rozmowa Teresy Torańskiej z książki „SMOLEŃSK”"

  1. Kolejna zdrajczyni Polski. Nic dziewnego, ze znalazla sie na tej stronie. Panie Jezierski, upadl pan juz wystarczajaco nisko i tanczy na grobach tragedii smolenskiej. Nie katastrofy, tylko tragedii. Na razie nie wyjasniono, czy byla to katastrofa.

    • Samolot uległ katsastrofie. I można dyskutować jedynie nad jej przyczynami. A dla mnie każde zdarzenie. w którym giną ludzie jest tragedią. To oczywiste. Co do tańca- chocholi taniec, który Pan uprawia też jest tragedią, choć w innym wymiarze. A może skoro z Pana wysokości już tak bardzo daleko do mego upadku, zechce Pan usunąć mnie ze swojej listy mailingowej? Bądźmy konsekwentni, dobrze?

       

Leave a comment

Your email address will not be published.


*