Nie lubię Wojciecha Pszoniaka – KRN*

Jeden komentarz

Nie lubię i… wolno mi. I mimo że go nie lubię, InfoPoster informuje, rzecz jasna, o mającym się odbyć 2 maja na deskach Gliwickiego Teatru Muzycznego benefisie aktora. A informuje mimo tego, że co do zasadności samej imprezy tudzież przyznania Wojciechowi Pszoniakowi tytułu honorowego gliwiczanina ja sam co najmniej nie jestem przekonany. Informacja – rzecz święta i warto się w końcu do tego przyzwyczaić.

Kilka lat temu, w Kino Teatrze X (po remoncie Wydział Architektury Politechniki Śląskiej) miał się odbyć wieczór szczególny. Jerzy Malitowski, człowiek któremu ja i mój teatr mamy do zawdzięczenia tak wiele, że nawet trudno to wyrazić, chodził dumny jak paw, wszem i wobec obwieszczając, że oto stanie się rzecz ważna i symboliczna – na dechy w tym właśnie budynku powróci aktor, który z nich właśnie startując odbył wielką życiową podróż i… właśnie wraca. Święto „Iksa”, święto STG (stowarzyszenia zajmującego się budynkiem i jego działalnością), święto wielu osób, dla których właśnie miała się odbyć niezwykła podróż do ich młodości i wreszcie święto grubo ponad 300 zgromadzonych widzów, którzy wydali po 70 zł (nie wiem, czy dobrze pamiętam, ale bardzo drogo!) za bilety i tłumnie (z dostawkami!) przybyli do „Iksa”. Być może „jestem misiem o bardzo małym rozumku”, że zacytuję klasyka, ale przypuszczałem wtedy i byłbym skłonny przypuszczać i dziś, że powinno to być święto także Wojciecha Pszoniaka. Niestety, nie było, a sam aktor zadbał o to, żeby zepsuć dosłownie wszystko prawie czterem setkom chcących go kochać ludzi. „Belfer”, monodram w jego wykonaniu niestety został odwołany, widzowie siedzący już w komplecie na widowni zostali odesłani do domu, pieniądze za bilety zostały im zwrócone, a Jurka Malitowskiego (co najmniej znajomego Pszoniaka z lat jego młodości) stojącego prawie ze łzami w oczach w tej jego flanelowej koszuli i mówiącego do pełnej sali, że wielki polski i francuski aktor nie wystąpi – Jurka Malitowskiego z tej chwili nigdy nie zapomnę.

Byłem przy tym i wiem o czym piszę. Na bieżąco dowiadywałem się, jakie piekło już kilka godzin wcześniej mieli Jurek i inni z STG. Wielki aktor przyszedł do teatru cokolwiek nie w sosie. Od początku było widać, że będzie ciężko. Przeszkadzało mu wszystko. Warunki, w końcu oświetlenie – pretekst, który sprawił, że spektakl zerwano. Malitowski załatwiał dodatkowe reflektory – nie widziałem nigdy sceny w „X” tak dobrze oświetlonej. Naprawdę jednak nie o to chodziło. Wszyscy obserwowali, jak Wojciech Pszoniak po prostu się rozsypuje na ich oczach. Zapewniam, że światło było odpowiednie, zapewniam, że publiczność najlepsza z możliwych, ale z powodów, których można się było co najwyżej domyślać, spektakl się nie odbył. Wielki aktor w moich i prawie 400 osób oczach udowodnił, że bardzo wielkim aktorem nie jest, a wielki gliwiczanin, że swoją gliwickość także lekce sobie waży, wystawiając tylu ziomków do wiatru. Tłumaczenia, że artyzm, że szacunek dla własnego dzieła, że standardy – tak, byłyby dobre, ale wtedy kiedy Wojciech Pszoniak swoją decyzję o zagraniu w tym miejscu podejmował. Mógł to być sentymentalny powrót do korzeni – był, nie tylko w moich oczach, skandal. Od tej chwili nie lubię Wojciecha Pszoniaka, choć do niej traktowałem go raczej neutralnie, nigdy przesadnie (subiektywnie!) nie ceniąc jego aktorstwa.

A jeśli chodzi o benefis? Cóż, nie wiem ile miasto kosztuje ta „promocja” i nawet nie jestem przekonany, na ile jest to promocja Gliwic, a na ile po raz kolejny konkretnych osób z wierchuszki GTM. Reżyserem znów jest, a jakże, ów znany już z wielu innych wspaniałych reżyserii podobnych „eventów”. Wróćmy do kosztów – ile tego może być? Może 170, może 180 tysięcy, a może jeszcze więcej? Na pewno jednak tyle, że starczyłoby na wyprodukowanie jednego, wreszcie bardzo dobrego spektaklu. Zapytała mnie w komentarzu pod informacją o benefisie jedna ze znajomych osób, jakie to atrakcje szykuje się na tę okazję na ulicach, naprawdę dla gliwiczan? Hm, ma być jakiś przejazd beneficjenta limuzyną i… i już. Także do GTM zbyt wielu gliwiczan się nie dostanie. Jak było od początku ogłaszane, miejsc dla nich jest mało. Dopytałem – sprzedaż dla publiczności zaczęto od miejsc na balkonach, inne sprzeda się, jeśli zrezygnują osoby z list zaproszonych gości, które były w gestii Wydziału Promocji Miasta. Więc się pytam w tym miejscu, honorowy to gliwiczanin, czy też honorowy celebryta miasta? Szkoda, że nie zaplanowano np. kilku prezentacji „Belfra”, za darmo, z wdzięczności aktora dla gliwiczan, lub na koszt miasta, jako promocji „do wewnątrz”.

Mam także wątpliwości, co do wartości tej promocji miasta. Takiej promocji bowiem trzeba dopilnować. Inaczej kto ma zjeść, zje, kto ma wypić, wypije, kto ma zrobić foto ze znanymi personami, zrobi je i i tak zapomni, gdzie to zrobił. I będzie tak jak w przypadku tej informacji przy okazji wręczenia Wojciechowi Pszoniakowi francuskiego odznaczenia, kiedy to zabrano go nawet gliwickiej uczelni, przypisując Uniwersytetowi Śląskiemu (patrz obrazek).

Swoją drogą, jeśli konsekwentnie wybiera się taką linię promocji miasta i wiąże ją z konkretną osobą, to może Wydział Promocji powinien jednak monitorować medialne informacje i takie jak ta korygować, a nie zostawiać to innym? Nie ukazała się ona w końcu w „Echu Pcimia” tylko na Wirtualnej Polsce!

Oczywiście niezależnie od wszystkiego samemu Jubilatowi życzę z okazji urodzin jak najlepiej. Wczoraj obejrzałem „Dantona”, naprawdę! Robespierre to była wielka rola!

Dariusz Jezierski

*KRN – Komentarz Redaktora Naczelnego

1 Comment on "Nie lubię Wojciecha Pszoniaka – KRN*"

  1. fryzura mądra, ale uśmiech nie ten (foto-góra)
    na dole zaś odwrotnie (foto -dół)
    gdzie gra ?

Leave a comment

Your email address will not be published.


*