Niechlubny postępek patrona teatru

9 komentarzy

Po obejrzeniu w internecie czerwcowych obrad Rady Miasta doszedłem do wniosku, że warto przypomnieć o pewnym szczególnym wydarzeniu historycznym sprzed 52 lat. Bardzo mnie intryguje, którzy z gliwickich radnych głosujących za utworzeniem Teatru im. Tadeusza Różewicza, wiedzieli w ogóle o tym osobliwym zdarzeniu z czasów PRL.

W marcu 1964 roku znany literat Antoni Słonimski złożył w ówczesnym Urzędzie Rady Ministrów list sprzeciwiający się ograniczeniu przydziału papieru na druk książek i czasopism oraz poważnemu zaostrzeniu cenzury. Dokument ten, który później określano jako „List 34” (z powodu liczby 34 jego sygnatariuszy) był niepokojącym dla władz PRL dowodem narodzin opozycji w kręgach literackich.

Swój podpis złożyli pod nim m.in.: Jerzy Andrzejewski, Maria Dąbrowska, Stanisław Dygat, Paweł Jasienica, Stefan Kisielewski, Tadeusz Kotarbiński, Stanisław Cat-Mackiewicz, Jan Parandowski, Wacław Sierpiński, Władysław Tatarkiewicz, Jerzy Turowicz, Melchior Wańkowicz, Kazimierz Wyka.

Reżim Władysława Gomułki nie pozostał bierny w tej sprawie. Sygnatariuszy „Listu 34” dotknęły dokuczliwe represje polityczne. W publicznym obiegu pojawił się od razu tzw. „kontr-list” podpisany przez ok. 600 osób, w tym – Jarosława Iwaszkiewicza, Juliana Przybosia, TADEUSZA RÓŻEWICZA, Wisławę Szymborską. Nie odniósł on jednak pożądanych skutków. Jego autorzy zyskali tylko w rodzimych kręgach opinię „pieszczochów komuny”.

„List 34” zyskał natomiast spore uznanie wśród niemałej części polskiego społeczeństwa. Na Uniwersytecie Warszawskim odbył się nawet wiec poparcia z udziałem ponad tysiąca studentów, którzy parafrazowali fragment mickiewiczowskich „Dziadów”: „Z matki obcej, krew jego dawne bohatery, a imię jego… trzydzieści i cztery….”

Od tamtych wydarzeń upłynęło ponad 50 lat. Myślę, że nie należy jednak o nich zapominać, bo historia jest przecież nieustającą nauczycielką życia. Tym bardziej, że w całej tej sprawie występuje ciekawy aspekt gliwicki. Tadeusz Różewicz, jeden z sygnatariuszy tzw. „kontr-listu”, potępiającego w 1964 roku opozycjonistów, jest Honorowym Obywatelem Gliwic oraz – od dziś – oficjalnym patronem teatru, który do tej pory nosił nazwę GTM. Czy jest to jednak powód do chluby?

Zbigniew Lubowski

9 Comments on "Niechlubny postępek patrona teatru"

  1. … no tak – i ma Pan rację i nie ma jej Pan zupełnie. Też jestem przeciw nadawaniu temu teatrowi imienia T. Różewicza ale z zupełnie innego powodu, diametralnie innego, dodam. Pan powód widzi w jakimś tam epizodziku z roku 1964, w istocie nic nie znaczącym epizodziku ani dla historii, ani dla literatury, ani sztuki w ogóle – ściślej mówiąc na tyle nie znaczącym, że nikt już o nim nie pamięta, bo i też nie ma o czym. Ot „czknęło się paru pieszczochom – beee” a zaraz paru innym, też przecież „pieszczochom – aaaa” i tyle – takie sobie „bekanie pieszczochów”. Mniejsze, większe ale jednak tylko „bekanie”. Jestem przeciwnikiem nadawania tego imienia bo Różewicz to jednak (mimo „bekania”) poetycka potęga, a … a teatru to jeszcze nie ma, choć już jest, ale jest „urzędowo raczej” i niejako wirtualnie. Więc optowałbym raczej za wstrzemięźliwością w tym „chrzczeniu” dopiero co „urodzonego oseska”, o który to jeszcze nie wiemy, czy żył będzie, czy też zemrze mu się nieszczęśliwie w chwili porodu bez mała. Poczekałbym zatem z tym „chrzczeniem”, aż sobie ten „niemowlak” na imię jakie zasłuży, a nie tylko na „XXX”. Niech ten teatr, co to go jeszcze nie ma, produkcję jaką uskuteczni i nie koniecznie od razu taką, co to przy niej Narodowy czy Wyspiańskiego na kolana padną, ale w ogóle niech coś wysmaży „najsampierw”,  a dopiero potem, niech surmy zabrzmią stosowne, a przeróżne stare i świeżo namaszczone VIPY dupy powypinają w pokłonach oraz w „achach i ochach” temu towarzyszących. Więc poczekajmy może, by owe „chrzciny” w pierdnięcie się nie obróciły, bo to wstyd byłby i „gańba”, bo już mamy taki „teatr” co to „klimat” ma, ale tylko „klimat” i zgodzi się Pan ze mną, że dwa takie nie są nam potrzebne i że za dużo byłoby tego „klimatu”. Ale o czym ja gadam i Pan też, skoro „gliwicki Everest kultury” już oseska „ochrzcił” albo też „ostatnie namaszczenie” wykonał. Pożyjemy, zobaczymy …                                                                                                                                                   Mógłbym na tym zakończyć, bo to meritum niejako – ale nie skończę, boś Pan i inny temat poruszył, od którego niejako zacząłem. Tak się składa, że należę do pokolenia (Pan pewnie też), które czytało i to dużo, bo telewizora nie było jeszcze wtedy a i pieniędzy na niego później, a o komputerze też jeszcze nikt nie słyszał, nie mówiąc o Internecie. Więc się czytało, wszystko co ojczyzna dała, co wydrukowali, czasem przemycili zza granicy i z autorami tego wszystkiego było się niejako „za pan brat”, i do kina się chodziło i do teatru, a nawet do opery czy operetki jakiej, by sobie pozwolić na trochę luksusu lub chociażby z dziewuchą … Kim byli zatem ci autorzy wtedy – autorami przede wszystkim i czytało się ich książki czy tomiki poezji, ich życiorysami raczej się nie zajmując. A były to życiorysy doprawdy ciekawe, o wszelkich możliwych odcieniach, zawirowaniach, a były w tych życiorysach i wzloty wielkie i parszywe upadki i patriotyzm (choć dziś, to nic nie znaczy) i łajdactwo i świętość nad świętościami ale i gender jak się patrzy, że o multi-kulti nie wspomnę. A wszyscy oni byli pieszczochami, pieszczochami władzy, a i między sobą też i to jak. A listy pisali prześliczne – jedni za, a inni przeciw, by potem ci od za byli przeciw, a ci od przeciw byli za – w zależności od tego, kto z kim pił i ile i kto stawiał. A dupy władzy dawali wszyscy – jedni ideowo, a inni dla większej lub mniejszej przyjemności oficjalnie lub po cichutku, „zza winkla” niejako i oczęta skromniutko przymykając. Tak było, proszę Pana, tak jest teraz i co najważniejsze tak będzie i w przyszłości – bo dawanie dupy to jednak przyjemność, przynajmniej dla dających. A niech Pan, drogi Panie przyjrzy się wielkim nazwiskom w innych dziedzinach sztuki czy kultury i niech Pan znajdzie tam jakąś „cnotkę”, wśród tych reżyserów, wśród tych aktorów ze świecznika, co to dziś z nich robią (lub same się robią) „męczenników idei”, rewolucjonistów bez mała, cierpiętników … toż to same pieszczochy najukochańszej władzy, najwierniejsze dupodaje … a mimo to cenimy ich sztukę, ich talent ich wielkość w kulturze … a może nie jest tak ? … na szczęście jest i oby tak pozostało … bo o wiele ważniejsze jest co kto ma w książkach, w poezji, w filmie, obrazie czy na scenie niż to, co ma na sumieniu, w łóżku czy w dupie nie przymierzając … czyż nie jest tak ?, czy nie to ważniejsze ? …

    Pan zna, ja znam i wielu innych też, te nazwiska, a przede wszystkim ich dzieła i to styknie … bo po dziełach … choć czasem odbrązowienie, czy to przez Boya (to dla starszych pomników), czy przez Annę Bikont (to dla młodszych z kolei), że na nich tylko spocznę – potrzebnym jest …

    Więc jestem przeciwko nadawaniu temu „teatrowi” imienia Różewicza, ale dalibóg z zupełnie innego powodu …

    • Witam – List 34 nie był nic nieznaczącym epizidem w tamtych latach, ani w historii. Rozpocząłem wówczas studia w Krakowie i tajemnicą poliszynela był fakt, że K. Wyka nie został Rektorem UJ, bo podpisał. Pozostali też byli dla nas wówczas autorytetami, choć wielu z nich sobie na to specjalnie czym innym nie zasłużyło, np Słonimski. Ale dla naszych roczników było to ważne – i ta anegdota o Dygacie: -Dlaczego Pan podpisuje te protesty, przecież akurat Pan wie, że nie mają żadnego znaczenia! – Bo się wychowałem na westernach – krótko odpowiedał funkcjonariuszom pan Stanisław. I dla mnie, moich kolegów to były ważne sygnały i drogowskazy: nauczyciel uczy i wychowuje przykładem.

      Zagalopował się Pan w swoich tendencjach do uogólniania. Nie wszyscy byli pieszczochami władzy. Ci, co nie byli, zostali zniszczeni, albo uciekli na Zachód, albo cierpieli w ubóstwie i w totalnej cenzurze. Mycielski, Miłosz, Herbert to przykłady każdego z tych powyższych przypadków.

      T. Różewicz nie należał do herosów opozycyjnych List 600 niestety podpisał, ale generalnie nie angażował się czynnie po stronie władzy. Był bez wątpienia w dużym stopniu niezależny, na ile to było możliwe w PRL-u, nie tracąc przyzwoitości. Tym bardziej, że niektórzy sygnatariusze Listu 34 musieli w nim budzić b. mieszane uczucia: Andrzejewski, Cat-Mackiewicz, Parandowski, nawe Dąbrowska.

      A Różewicz jak nikt inny nie zasłużył na Teatr w Gliwicach swojego imienia. I też na Międzynarodowy Festiwal Różewiczowski.

      • … hm … no ładnie i tak jakby po naszemu. Taki ping-pong. Pan tak, ja tak i tak sobie możemy "takować" lub pitać – jak kto woli. Równolatkami prawie jesteśmy, choć Pan ciutkę ode mnie starszy, ale tylko ciutkę. Pan w "tym czasie" rozpoczynał studia w Krakowie, ja "ciutkę później" w Gliwicach, Pan szlifowal "bruk krakowski", ja "bruk gliwicki". Pewnie to nie to samo, chociaż … "Wy tam w Krakowie mieliściem "swoje autorytety" i dobrze Wam było pewnie – ja nie miałem nigdy wcześniej, nie ma teraz, a i w przyszłości nie będę miał żadnych autorytetów ani wzorców jakich – bo i po co. Dla mnie autorytetem mógłby być nosorożec – ma ogromną masę ale niestety lichy wzrok, tym, że jego lichy wzrok, to raczej nie jego zmartwienie. Dlaczego akurat nosorożec ? – ano dlatego, że ten bydlak daleko od Gliwic mieszka i nie muszę mieć z nim na co dzień kontaktu. Proste ? – proste. Ten "list 34", podobnie jak i "inne listy" nikogo nie interesowały, poza niewielką grupką i żadnego znaczenia nie miał wtedy, a tym bardziej teraz. Dygat coś tam bąknął śmisznie a zabawnie, a Kisiel bąkał stale i inni też lubili bąknąć, zwłaszcza po gorzole. A taki Andrzejewski, dziś "bohater Solidarności" i opzycjonista przykładowy, ten ci bąkał dopiero, zwłaszcza, że rzadko trzeźwiał, a podpisywal wszystko jak leci i tylko nie widomo, czy przed, czy po gejowskim orgaźmie. I co ? – i nic. A taka Szymborska tez bąkała, co jej potem jakieś współczesne ciuliki wypominały, takie ciuliki co to trzech zdań sklecić nie potrafiły i nie potrafią. Przytaczasz Pan tego Mycielskiego, Miłosza, Herberta co to za granicę uciekać musieli i cierpieli katusze – bez przesady – każdy z nich dostał paszport od władzy ludowej na ten wyjazd (a nie każdy paszport wówczas dostawał o czym Pan wiesz i ja też, bom nie dostał), na to stypendium itp i przeważnie po parę dolców na te okolicznośc też. Więc bez przesady z tym cierpieniem. Nie zarzucam im tego, absolutnie nie, podobnie jak i innym też niczego nie zarzucam ani nie krtykuję. Nawet temu Putramentowi, co to paru pisarzy chciał pozamykać a uratowała ich przed kiciem Wanda Wasilewska (!! przecie nie bohaterka narodowa). Piszesz pan : " Tych, którzy w końcu ulegli pod ciężarem opresji, trzeba przypominać – ku pamięci i przestrodze, że konformizm i relatywizm nie popłaca." i dodajesz Pan : "Dla młodych pokoleń, by  …". I jeszcze Pana zacytuję, choć to może nie wypada i być może wyjęte z kontekstu : "Dopóki będziemy stosować zasadę: " Czy naprawdę nie możemy dać już spokoju Różewiczowi … czy (tu można wstawić każdego, kogo krytykuje się za niewłaściwe, naszym zdaniem, wybory)?", to nie mamy prawa narzekać później na bylejakie społeczeństwo. Bo nie o ich wybory chodziło – a o to, że trwali latami, dziesiątkami lat w kłamstwie! Bo można źle wybrać, błądzić jest rzeczą ludzką, ale trwać w błędzie i złu zasługuje na potępienie" . To wg Pana jakość społeczeństwa zależy od przypominania, kto w gówno wlazł, a kto nie ?. Ciekawa teoria, doprawdy ciekawa i jakież wzięcie mająca obecnie – ale ja się z nią nie zgadzam, bo ja po dziełach oceniam, po wynikach pracy a nie po gównie na butach. Różnimy sie zatem zasadniczo. Kończysz Pan gdzie indziej: "A Różewicz jak nikt inny nie zasłużył na Teatr w Gliwicach swojego imienia. I też na Międzynarodowy Festiwal Różewiczowski". To pewna niekonsekwencja z tym co dalej, ale pal diabli. Powiem tak : to nie Różewicz nie zasłużył na Teatr w Gliwicach, to Teatr w Gliwicach nie zasłużyl sobie na imię Różewicza, a przynajmniej jeszcze nie. Ten teatr to na razie nie zasłużył sobie nawet na miano Teatru Miejskiego, bo teatr Miejski identyfikuje sie z miastem, a ten teatr to raczej z niczym sie nie identyfikuje jeszcze, a napewno nie z Różewiczem, więc "Teatr w Gliwicach" styknie. Wybacz Pan moją długą wypowiedź ale pod moim głosem czy głosami raczył Pan swoje uwagi umieścic więc pozwoliłem sobie na to co wyżej.

  2. Kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamień… Czy naprawdę nie możemy dać już spokoju Różewiczowi, Szymborskiej, Bartoszewskiemu, Ścibor-Rylskiemu czy (tu można wstawić każdego, kogo krytykuje się za niewłaściwe, naszym zdaniem, wybory)? Obyśmy nigdy nie musieli znaleźć się w takiej jak oni sytuacji. Bo nikt z nas nie może zagwarantować jak by się zachował. Historia kiedyś oceni, czy dla świata liczyły się bardziej te dobre czy te "złe" czyny. A póki co pozwólmy im spoczywać/żyć w spokoju i zajmijmy się działaniem dla naszego i przyszłych pokoleń. Ratujmy np. teatr i tych, którzy w nim pracują. 

    • … ma Pan absolutną rację – chociaż jak mawiał Marszałek "racja jest jak dupa – każdy ma swoją". Tu jednakże bez złosliwości żadnej. Tak się bowiem składa, że Polacy od zawsze mieli w genach ocenianie, na ogół nie po dziełach niestety, lecz po pozorach, po nic nie znaczących epizodach, po chwilowym i swoistym "widzimisię". Nikt bodaj na swiecie nie potrafi sobie tak zapaskudzić własnej historii jak Polacy właśnie, nikt tak "uroczo" nie sra do własnego gniazda i nikt w tym gówienku tak dobrze sie nie czuje, a do tego co pokolenie, to nowe sranie i krytyka srania wcześniejszego, choć przecie tak czy owak, to tylko sranie i to do własnego gniazda. Nikt tak jak Polacy nie potrafi niszczyć własnych symboli, własnych autorytetów, własnych wartości… Znów trzeba by do Marszałka się odwołać i do jego spostrzeżeń, trafnych niestety – "naród piękny ale ludzie kurwy". Ostre, ale czyż nie prawdziwe ? Lepiej nie przytaczać tu, co o Polakach, tak w całości jak i z osobna, czy o polskich elitach, zwłaszcza politycznych, mawiali wielcy tego świata i co mawiają – lepiej nie przytaczać. Obrażamy sie – ale przecie jeśli to nie jeden mówi, a wielu, a nawet bardzo wielu powtarza, to … to warto sie zastanowić., czy aby … Jeden z wielkich europejskich psychologów a i psychiatra określił Polakow jako "sangwiników z objawami somnambulizmu, których efektem jest ekstrawersja emocjonalna" – no cóż, przyjemne to to nie jest, że tak nas postrzegali dawniej, a i nadal postrzegają … a my ? – my nadal jak ta zgrana płyta … żeśmy flanką… przedmurzem … Chrystusem … żeśmy, żeśmy i żeśmy … tylko … tylko nikt w to nie wierzy, a nawet nie słucha …                                                                                                           Ma Pan rację zatem i zgadzam sie z Panem i też bym chciał by po dziełach nas oceniano a nie po pozorach … też bym chciał …

    • "Obyśmy nigdy nie musieli znaleźć się w takiej jak oni sytuacji. Bo nikt z nas nie może zagwarantować jak by się zachował."

      "Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono" – zdarzyło się mądrze napisać Szymborskiej.

      Nas w PRL-u nieźle sprawdzano i niektórzy (a może wielu) wyszło z tego obronną ręką.

      Tych, którzy w końcu ulegli pod ciężarem opresji, trzeba przypominać – ku pamięci i przestrodze, że konformizm i relatywizm nie popłaca. Dla młodych pokoleń, by w końcu przstało być prawdą stwierdzenie Piłsudskiego, które łagodniej wyraził wcześniej Norwid: "Naród wielki, społeczeństwo żadne"

      Dopóki będziemy stosować zasadę: " Czy naprawdę nie możemy dać już spokoju Różewiczowi, Szymborskiej, Bartoszewskiemu, Ścibor-Rylskiemu czy (tu można wstawić każdego, kogo krytykuje się za niewłaściwe, naszym zdaniem, wybory)?", to nie mamy prawa narzekać później na bylejakie społeczeństwo. Bo nie o ich wybory chodziło – a o to, że trwali latami, dziesiątkami lat w kłamstwie! Bo można źle wybrać, błądzić jest rzeczą ludzką, ale trwać w błędzie i złu zasługuje na potępienie. I to jest fundament wychowania każdego pokolenia! Różewicz, moim zdaniem, nie trwał w kłamstwie.

  3. jeszcze jeden, kurwa, lustrator nieskazitelny. to ja też się zabawię: kto przez lata, za pieniądze, lizał dupę Frankiewicza? chociaż… może nie za pieniądze, może z pobudek ideowych? nie wiem, co gorsze.

  4. Różewicz zwyczajnie Gliwic nie lubił – to powinien być powód dla którego teatr nie powinien nosić jego imienia – szanujmy go, mówmy o nim dobrze bo o zmarłych nie mówi się źle, ale nie twórzmy mitologii. 

    W 100 % zgadzam się z Gleiwitzer – za teatr wzięto się nie od tej strony co trzeba – pierwsze stwórzmy coś co jest wspaniałe później nadajmy temu imię. GTM przez te kilkanaście lat imienia sie nie doczekał. 

Odpowiedz na „A.Anuluj pisanie odpowiedzi

Your email address will not be published.


*