Niewczesne żale dyrektora Gabary

Trzeba tu też wyraźnie zaznaczyć, że to miasto nie ma doprecyzowanej polityki kulturalnej. Może ona istnieje, ale nikt z nas nie zna jej kierunków. Brak dokumentu z którego można by te ogólne intencje wyczytać. – aż trudno uwierzyć, że to słowa byłego dyrektora GTM Pawła Gabary. Szkoda, że wyartykułowane za późno i w tak złym stylu.

 

Wywiad, do którego chcę się odnieść, ukazał się w Dzienniku Teatralnym pod koniec marca. Agnieszce Kiełbowicz udzielił go Paweł Gabara, odchodzący dyrektor Gliwickiego Teatru Muzycznego. Szlag mnie trafił od razu i natychmiast zasiadłem do tekstu, który miał go komentować, ale powstrzymałem się z trudem. Po to jedynie aby nabrać – chociaż spróbować nabrać – dystansu do treści podanej nam przez Pana Gabarę. Udało się, choć przyznać muszę, że szlag mnie trafia dokładnie tak samo, mimo iż od pierwszej lektury minął prawie miesiąc.

 

Wywiad to obszerny, podzielony na 3 części. Nie będę zatem dokonywał jego rozbioru i zagłębiał się w dyrektorską mitologię, przemieszaną z historyczną prawdą. Pozwolę sobie jedynie na wyimki z tekstu, które nijak nie mogą być pozostawione bez komentarza. Dla jasności sytuacji i zwyczajnego poszanowania prawdy.

Na przykład "Footloose" miał swoją premierę europejską w Gliwicach, a dopiero później Londyn zdecydował się na przygotowanie tego tytułu. Byliśmy przed West Endem i jest to dla nas bardzo satysfakcjonujące.

 

No właśnie, Panie Dyrektorze… Ile to lat minęło od „Footloose”? Wiele… A to był sukces, przez wielu zresztą wspominany. I to tym cenniejszy, że przecierał szlaki, nie był wtórny. Potem pod Pana przewodem GTM najczęściej pozostawał wtórny, nie poważył się Pan na zamówienie i realizację niczego nowego, twórczego, np. zrobienie musicalu, który po naszym teatrze robiłby ktoś inny. Postawił Pan gliwicki teatr w rzędzie słabszych braci w sztuce, skazanych na odtwórstwo i wtórność. Pana anegdota o tym, jak to wszedł Pan do księgarni, zwrócił uwagę na płytę dvd (bodajże z Tarzanem) i stwierdził „dlaczego nie w Gliwicach” jest tu znakomitym komentarzem.

Po siedemnastu latach, wielu bywalców tego teatru nie jest w stanie ogarnąć perspektywy zmian. Przyzwyczaili się, że w tym teatrze jest tak, jak jest, że istnieje ta różnorodność i że jest to, na co zwracamy ogromną uwagę, czyli szanowanie różnych kategorii odbiorczych, różnych oczekiwań widzów i traktowanie ich w sposób naturalny. 

 

Doprawdy? Sugestia rozległych wprowadzonych przez Pana zmian jest cokolwiek nie na miejscu, Panie Dyrektorze. Mówi Pan dalej o tym, że zmiana jakościowa od operetki (nawet tej w przyblakłych kostiumach!) do musicalu jest Pana osiągnięciem, do którego zresztą musiał Pan zespół przygotować, mimo pewnych oporów. Wspomina Pan o „usytuowaniu teatru w takiej formule, jaką znamy obecnie”. Szanowny Panie, repertuarowe peregrynacje w krainę musicalu nie są bynajmniej Pana odkryciem. To nad Kłodnicą w 1989 roku miała miejsce polska prapremiera „West Side Story”. Zgodzi się Pan ze mną, że to musical, prawda? A „Zorba” – 1996, a „My fair Lady” – 1993? Proszę więcej nie sugerować, że Pan zaszczepił w Gliwicach musical. Pan jedynie przesunął repertuarową wskazówkę w stronę musicalu. A powodem tego były również problemy z realizacją (solidną) jakiejkolwiek dobrej operetki w kadłubowym zespole, który Pan pozostawił. Tu nie sprawdzi się Pana ulubiony casting.

Do niedawna byliśmy największym teatrem gminnym w Polsce. Po ostatnich cięciach dotacji mamy najmniejszy budżet wśród porównywalnych teatrów muzycznych w naszym kraju. 

 

Typowe dla Pana pomieszanie z poplątaniem. Pomijam już tezę, że Pana zdaniem wielkość teatru zależy od wysokości dotacji, bo to bzdura wierutna. Skoro dotacja z 9.146.493,00 (1.865.000,00 dot. celowa + 7.281.493,00 dot. podmiotowa) w roku 2014 ZMIENIŁA SIĘ się na 8.920.443,00 (1.920.443,00 dot. celowa + 7.000.000,00) w roku 2015, to zmianę „wielkości” teatru upatruje Pan w owych 281 493 zł? No, to rzeczywiście najwyższy czas na Pana odejście. Ale skoro my o „wielkościach” gwarzymy, to jak Pan skomentuje takie oto porównanie z 2014 roku: Teatr Muzyczny w Gdyni – aktorzy śpiewacy – 28 osób, soliści śpiewacy – 19 osób! Aż 9 premier. Dotacja dla tego teatru wyniosła 11 000 000 ale wpływy – 13 100 000! A Gliwicki teatr Muzyczny – Mamy 9 solistów (śpiewaków), zatrudnionych na podstawie umów kontraktowych. W sezonie 2013-2014 GTM dał dwie premiery. Proszę zatem nie dezinformować na odchodnym, bo to zaczyna być zwyczajną blagą.

Bardzo żałuję, że odchodzę z Teatru w momencie, w którym rozpoczyna się modernizacja tej sceny, że nie będę mógł być blisko tych problemów, które trzeba będzie tam rozwiązywać. 

 

Mówi Pan o ruinach Teatru Victoria. Pomijając fakt, że cokolwiek by Pan nie mówił, ta modernizacja jeszcze się bynajmniej nie zaczyna, ja sam odetchnąłem z ulgą. Pana bliskość względem jakichkolwiek problemów bynajmniej nie ułatwiała ich rozwiązywania.

Nikt nie myśli o tym, że wszędzie pieniądze są trochę mniejsze tylko, że dyrektor sobie nie radzi, bo nie ma już oferty takiej jak przedtem. I to dyrektor staje się zakładnikiem zespołu, który chce mieć wynagrodzenie takie jak dawniej i chce by było czysto, by kostiumy były czyste, by było posprzątane, było ciepło. Także widzowie chcą żeby ilość premier była taka sama, a tu jest coraz mniej do dzielenia i coraz mniej możliwości, by wyczarować jakieś pieniądze z zewnątrz. To jest dramat pozycji dyrektora teatru w Polsce w ogóle. To najczęściej dyrektor płaci największą cenę za zmiany, które dokonują się nie w jego teatrze, tylko wokół niego. Władze tego miasta nie doceniają za bardzo tego, że w zamian za dotacje przyznane teatrowi, jest taka różnorodna i bogata oferta.

 

Panie Dyrektorze, toż to prawdziwa martyrologia się robi. Pozostaje mi wyrazić zdziwienie, że aż 17 lat wytrwał Pan na posterunku z tym krzyżem na plecach, a chętni aby zastąpić Pana w tym męczeństwie zapewne się już znaleźli. Narzeka Pan na „trochę mniejsze pieniądze”. Napiszę wprost – na to co Pan proponował one są trochę za duże. A co byłoby, gdyby miał Pan zespół taki jak inne teatry? A na marginesie – chwali się Pan produkcją filmów. A może jednak to zadanie dla filmowców i Pan Krzysztof Korwin Piotrowski mógłby spróbować się przebić na wolnym rynku, nie zubażając gliwickiego teatru o środki które powinny być przeznaczone na jego właściwą działalność?

Myślę tutaj o pani Marii Sartovej, którą nieprzypadkowo zapraszałem kilkakrotnie do tego Teatru, i której realizacje przynosiły wyróżnienia w postaci Złotej Maski m.in. za Spektakl Roku, czyli "42. ulicę".

 

A ja się nie zgadzam. Siermiężna nieco, przyciężka reżyseria Pani Marii zabiła chociażby będący jedną ze spektakularnych porażek GTM spektakl „Ragtime”. Ktoś to pamięta? Niewielu… bo chętnie wspominając własne dobre decyzje repertuarowe spuszcza Pan zasłonę milczenia na te chybione, a jakże kosztowne. O tym, że warto poeksperymentować z reżyserami najlepiej przekonuje to, co zrobił z "Adamsami" Jacek Mikołajczyk. Nie widziałem, bo nie otrzymuję zaproszeń na premierę a nie stać mnie na zapłacenie takich cen za bilet na musical, ale twierdzą tak ludzie, którym wierzę.

Czuję się troszeczkę jak ojciec tego zespołu, bo miałem te jedyną możliwość, by zatrudnić całą załogę. Ja ten Teatr budowałem od zera. I wszyscy, którzy tutaj pracują zostali przyjęci i zaakceptowani przeze mnie.

 

No, Panie Dyrektorze, nawet nie chce mi się prostować tej manipulacji. Czytelnicy niech mi uwierzą na słowo, że to zwyczajna blaga. Owszem, doprowadził Pan do tego, że wielu pracowników odeszło, z różnych zresztą przyczyn. Ale nie wszyscy przecież, o czym doskonale Pan wie. Takie typowe dla Pana nagięcie faktów, ubrane w ujmującą „ojcowską” retorykę.

To był proces trzyletni. Przez trzy lata miałem duże kłopoty z uzgodnieniem pewnej spójnej wizji Teatru. Moja wizja wyrasta z tradycji teatru polskiego, tego jak się go tworzy i buduje w Polsce i na świecie. Wizja ta była całkowicie niespójna z wyobrażeniem o teatrze, jako sprawnej organizacyjnie instytucji, jaką miał pan wiceprezydent. Należy jednak podkreślić, że pogląd mojego przełożonego nie został dokładnie wyartykułowany. Trzeba tu też wyraźnie zaznaczyć, że to miasto nie ma doprecyzowanej polityki kulturalnej. Może ona istnieje, ale nikt z nas nie zna jej kierunków. Brak dokumentu z którego można by te ogólne intencje wyczytać. Ja ten Teatr robiłem zgodnie z moją koncepcją przedstawioną w konkursie. Tam jest zapisana moja wizja tego Teatru. W odnowionym kontrakcie była ona nieco zmodyfikowana. W takiej formie ją realizowałem. Okazuje się, że wizja zapisana w umowie nie odpowiada mojemu przełożonemu.

Ten fragment pozwoliłem sobie szerzej zacytować. Bo bardzo charakterystyczny. I skandaliczny, naprawdę rozwiewający wszelkie wątpliwości co do zasadności Pana odejścia. Odpowiadał Pan na pytanie „W jaki sposób doprowadzono do tego, że zdecydował się pan zrezygnować?” Zostawmy megalomanię, którą chce się Pan osadzić w tradycji polskiego i światowego teatru – to zbędny sztafaż. Ale jak śmiał Pan, jako człowiek kultury milczeć (doprawdy tylko przez 3 lata? To znaczy, że wcześniej wizja i „polityka kulturalna” były i nagle od nich odstąpiono?) w takiej sytuacji? I jak Pan śmie w takim kontekście mówić o tradycjach polskiego teatru, bezkompromisowego, wojującego często? Pan był zwykłym koniunkturalistą, przylepionym do samorządowego bochenka chleba. Cichym, spokojnym, chwalczym. A kiedy nagle bochenka nie staje, Pan wskazuje na braki? Panie Dyrektorze, trochę przyzwoitości! Nie ma Pan prawa skarżyć się na to, skoro sprzeniewierzył się Pan prawdzie i milczał o tym przez długie lata, wpisując się karnie w wachlarz nadkłodnickich pochlebców i pozostawiając bez słowa wsparcia tych (chociażby moją skromną osobę), którzy od lat krzyczą o tym, o czym Pan teraz pośród skarg zaledwie wspomina. Nie ma zgody na to, aby po latach pokornego milczenia, na odchodnym próbował Pan się wpisać w jakże szeroki nurt dyrektorów instytucji kultury skrzywdzonych przez samorząd. Zgadzam się, wielu z nich skrzywdzono, ale na pewno nie Pana. Przez lata będąc architektem kolosa na glinianych nogach, zwanego gliwicką kulturą, musiał się Pan spodziewać, że ten w końcu runie Panu na głowę.

Na koniec jedna z kończących myśli z Pana wywiadu:

Nigdy organizator nie rozmawiał ze mną o efektach artystycznych, wręcz przeciwnie. Kiedy staraliśmy się informować o tym Wydział Kultury, usłyszeliśmy, że zalewamy ich niepotrzebnie materiałami o recenzjach, naszych wynikach artystycznych, bo to nie jest przedmiotem oceny organizatora. Organizator nie wypowiadał się nigdy w zakresie poziomu artystycznego Teatru.

Podsumuję to najkrócej – jaki pan, taki kram.

Dariusz Jezierski

Link do całego wywiadu: http://www.dziennikteatralny.pl

9 Comments on "Niewczesne żale dyrektora Gabary"

  1. … no cóż, osobiscie nie znam w Polsce przypadku, by jakikolwiek dyrektor, naczelnik, prezes, czy co tam jeszcze – słowem VIP mniejszy lub wiekszy, odchodził i miał cywilną odwagę przyznać się do tego że się wypalił, że już nie nadąża i że po prostu jego czas minął, że czas oddać ster w inne ręce. Nikt by wówczas nie miał do niego pretensji, żalu i nie stanowiłby przedmiotu dowcipów czy złośliwości. To przeciez takie ludzkie i normalne – normalne ale nie w tym kraju, nienormalnym przecież. W innych krajach nawet Papież potrafi zrezygnować, kiedy czuje, że "czas Go przerasta", że odpowiedzialność zbyt duża i że może jej nie sprostać. Czy przypadkiem nie na tym polega kultura i wielkość, czy nie jest to już genetycznie zakodowana odpowiedzialność. Nam Polakom daleko do niej, a może nawet nieskończenie daleko. Więc niby dlaczego akurat w tym przypadku miałoby byc innaczej. Czy aby nie znamy w tym mieście więcej osób, zlepionych nierozłącznie i od dawna ze swoimi stołkami – różnych Prezydentów, Naczelników, Prezesów – skompromitowanych zupełnie i do niczego się już nie nadjących, a jednocześnie święcie przekonanych o swojej misji, mądrości i nieomylności i którym tylko naprawdę silnym kopem można pomóc, zeby sie nie męczyli … Więc co tam "jakiś" dyrektor teatru …

  2. Ja bym się zdecydował: albo krytykuję Gabarę za hipermegalomanię (w Gliwicach zresztą powszechną), za paździerz, albo drę szaty, utyskuję i dociekam prawdy o powodach jego niesłusznie wymuszonej rezygnacji.

    • Nie dociekam prawdy o rezygnacji. Twierdzę, że człowiek, który milczał na temat braku koncepcji dla gliwickiej kultury nie może się teraz uskarżać na zmuszenie go do tego czy owego. Zaszło nieporozumienie. A szat nie rozdzieram nigdy – zwyczajnie w mieście sukcesu nie stać mnie na nowe 😉

      • Czyżby? Pierwej były pytania na blogu i do prezydenta Tomali. Koncepcję przecież Gabara miał, azaliż. Tę przedstawił wcale nie tak dawno, jako centrum interdyscyplinarnych sztuk, skupionych wokół rudery po Victorii. Z szatami też nie problem, co obserwuję na codzień – gliwiczanie i turyści z powiatu masowo ubierają się w licznych "galeriach rzeczy używanych" skupionych na i w najbliższej okolicy reprezentacyjnej ulicy (nomen-omen) Zwycięstwa. Tam też nowe buty od 10 PLN za parę. 40 cali led na ścianie, wódka "Krajowa" w lodówce, 20-letni golf pod oknem, meczyk miejskiej Dumy, albo miejski iwent… i można Świat doganiać!

        • Pytanie do p. Tomali to tylko próba zweryfikowania tez o zmuszeniu, jak można się było spodziewać daremna. Niepodjęta dałaby asumpt do pretensji o to, że jej nie podjęto. 

          • Ajtam, pierdziu, pierdziu. Tak samo jak z listem do Buzka, który nie raczył odpowiedzieć, jakby przed napisaniem do niego, ktokolwiek (?) na jego odpowiedź miał nadzieję. Adresaci takich listów, to są nasi bliscy, ludzie – sąsiedzi, ziomkowie, którzy, jak się okazuje, mają się za lepszych od papieża, do którego, owszem, pisać można, ale przecież on, o każdym liście nie musi wiedzieć, a już z pewnością nie na każdy powinien odpowiadać. Mimo to zaskakuje i na zdawałoby się absurdalne odpowiada. Celebryta Buzek, podczas jakichkolwiek społecznych konfliktów w swojej domowinie nie zabiera głosu, jest nieobecny, jak podczas górniczego kryzysu. Co innego, kiedy jest jakaś akademia, feta, festyn. I mimo to, jest najlepiej postrzeganym na Śląsku politykiem. Ktoś wytłumaczy mi to kuriozum zanim sam zastanowi się, skąd biorą się nasze polityczne "drogowskazy"?

            • Zwrócę tylko uwagę, że p. Tomala jednakowoż odpowiedział podobnie jak odpowiadają wszyscy inni. Zwłaszcza w trybie dostępu do informacji publicznej. To jedyna droga jaką dysponuję, poza umiejętnością czytania materiałów źródłowych. Do mnie nie docierają zaproszenia, informacje od ND i jej ekipy itp. Reasumując – zdobywanie informacji, które upoważniają do wniosków mimo wszystko czymś się różni od ich komentowania. Celebryta Buzek? Któż to jest? Dla mnie nie istnieje… Przestał w dniu, w kórym okazał się tylko kolejnym nieznanym adresatem 🙂 Zwrócę uwagę na fakt, że od tego czasu jego nazwisko pojawia się u mnie co najwyżej w komentarzach czytelników 😉

  3. Jak Zygmunt F odstawi od żłoba to nagle Garbala okazał się czołowym opozycjonistą nic dodać nic ująć. Jak był u żłoba głosił Garbala chwała oligarchy wręcz się kundlił. Gdyby Garbala miał choć trochę godności, gdy widział jak traktuja go jak przysłowiowe piąte koło u wozu to od razu podać się dymisji. No ale czego się można spodziewać po sługusie.

  4. Z dużą przyjemnością przeczytałam analizę wywiadu udzielonego przez byłego dyrektora Teatru Muzycznego Pawła Gabarę. Nie dlatego, że lubię jak ktoś komuś "przyłoży", ale dlatego, że udało się autorowi trafnie wypunktować to- o czym od lat mówi się po teatralnych kątach – tylko nikt do tej pory, w sposób otwarty, nie odważył się wypowiadać na ten temat. 

Leave a comment

Your email address will not be published.


*