Oświatowa reforma pod osłoną nocy?

2 komentarze

Ciekaw jestem, kto z Czytelników wie, co oznaczają słowa: „niekomutatywny rachunek prawdopodobieństwa”? Przypuszczam, że znają się na tym tylko nieliczni. Pragnę więc od razu wyjaśnić, że jest to pojęcie z dziedziny matematyki, na dość wysokim poziomie abstrakcji myślowej. Właśnie z tej dyscypliny naukowej napisała pracę doktorską Katarzyna LUBNAUER,  zatrudniona w Katedrze Teorii Prawdopodobieństwa i Statystyki Uniwersytetu Łódzkiego.

Jest ona nie tylko doktorem nauk matematycznych i nauczycielem akademickim, ale również znaną posłanką na Sejm RP. Reprezentuje w parlamencie ugrupowanie NOWOCZESNA. W przeszłości łączyła działalność naukowo-dydaktyczną z popularyzowaniem matematyki w różnych środowiskach społecznych. Jej pasją – jak sama podkreśla – była i jest edukacja. To fundament, na którym powinna opierać się przyszłość państwa. Poprosiłem ją więc o rozmowę na temat pożądanych metod kształcenia w naszym kraju.

– Czy gimnazja są w Polsce rzeczywiście zbędne, jak uporczywie twierdzi minister Anna Zalewska z PiS?

KATARZYNA LUBNAUER: W decyzji minister Zalewskiej o likwidacji gimnazjów widzę czysty koniunkturalizm. Jeszcze niedawno była nie tylko zwolenniczką edukacyjnego rozdzielania dzieci w różnym wieku, ale miała również zupełnie inne zdanie o sposobie i tempie reformowania oświaty. Decydujące są dla niej dziś wyniki sondaży, które ukazują ewentualną przewagę przeciwników gimnazjów nad ich zwolennikami. Zalewska chce też zapewne udowodnić, że dokonuje gruntownej reformy.

– Obecna szefowa MEN należała w przeszłości – o ile mi wiadomo – do Unii Wolności. Jak to pogodzić z jej aktualnymi poglądami?

– Może chodzi jej o miejsce w historii? Warto jednak przypomnieć, że nie każda postać historyczna budzi dobre skojarzenia.

– Czy są znane fachowe ekspertyzy, z których ewentualnie wynika krytyczna ocena jakości nauczania polskich gimnazjalistów, a w konsekwencji  – ich złego przygotowania do nauki w szkołach średnich?

– Nie, minister nigdy nie zaprezentowała przekonujących wyników badań. Jednocześnie większość z ekspertów, na których Zalewska się powołuje, deklaruje swój sprzeciw wobec tej złej zmiany, czyli likwidacji gimnazjów. To ciekawa umiejętność, by tak dobrać sobie ekspertów, żeby większość była przeciwna jej pomysłom. Tylko ludzie bezpośrednio związani z PiS wydają się być zwolennikami likwidacji gimnazjów, ale też nie wszyscy z nich, o czym najlepiej świadczy przykład profesora Mirosława Handke, twórcy autentycznej reformy oświatowej z 1999 roku.

– Co się stanie z nauczycielami z obecnych gimnazjów po przewidywanej likwidacji tych placówek edukacyjnych? Czy grozi im bezrobocie?

– Część z nich znajdzie pracę w szkołach podstawowych i średnich, ale nie wszyscy. W wielu miejscach w Polsce niepotrzebne są przecież kolejne szkoły podstawowe, co sprawi, że likwidacje wielu gimnazjów będą miały trwały i nieodwracalny charakter. Tak ma być np. w Częstochowie. Problemem jest też brak możliwości zapewnienia pełnego pensum dydaktycznego licznym nauczycielom podstawówek i liceów.  Dyrektorzy szkół najpierw im przydzielą dodatkowe godziny, a nowych będą zatrudniać tylko w ostateczności. Dodatkowo niektórzy nauczyciele przyrody nie zdołają wypełnić wymogów niezbędnych do uzyskania możliwości nauczania innych przedmiotów.

Dlaczego Pani wspomina akurat o nauczycielach przyrody?

– Nauka przyrody ma być prowadzona – zgodnie z planami Zalewskiej – tylko w czwartych klasach podstawówek. Wielu nauczycieli tego przedmiotu czeka więc niechybna utrata pracy.

– PiS postuluje powrót do dawnego modelu edukacyjnego: ośmioletnia podstawówka i czteroletnie liceum ogólnokształcące. Czy jest to racjonalny postulat, mający swoje merytoryczne uzasadnienie? A może to tylko zwykła nostalgia za rozwiązaniami z czasów PRL?

– Nie ma żadnych badań wskazujących, że model „8+4” jest lepszy od obecnego systemu „6+3+3”. Jest wręcz odwrotnie – dysponujemy np. wynikami testów PISA (Programme for International Student Assessment), z których wynika, że po zmianie z 1999 roku wzrósł poziom wiedzy 15-latków. Ponadto gimnazja rozdzielają też starsze dzieci od młodszych, co niewątpliwie sprzyja bezpieczeństwu. Nie bez znaczenia jest też czas podejmowania przez młodych ludzi decyzji o dalszej nauce. W przypadku absolwentów gimnazjów jest to wiek 15-16 lat, a w przypadku uczniów kończących naukę w podstawówkach – wiek 14-15 lat. Dłuższa o rok edukacja ogólna w systemie „6+3” pomaga wyrównywać szanse. Gimnazjum stwarza też okazję do wybrania ciekawszej szkoły średniej (sportowej, artystycznej, czy językowej) lub w ogóle zmiany środowiska. Na wsi gimnazjum bywa prawdziwym oknem na świat. Trudno się więc oprzeć wrażeniu, że PiS-owska niechęć do gimnazjów wynika wyłącznie z nostalgii za PRL-em, a nie z racjonalnych przesłanek.

– Prowadzenie szkół jest – jak wiadomo – zadaniem własnym gmin. Samorządowcy z całego kraju żalą się jednak, że nikt z nimi nie konsultował założeń programu przewidującego likwidację gimnazjów. Kto w tej sytuacji będzie ponosił odpowiedzialność za ewentualny chaos organizacyjny w tej newralgicznej dziedzinie życia?

– Mimo, że decyzje należą do MEN, to jednak konsekwencje polityczne, a często też finansowe forsowanej reformy, poniosą – niestety – samorządy. Dlatego wszystkie korporacje samorządowe są jej przeciwne. Niby ostatnio MEN zaczęło dostrzegać, że reforma to też pieniądze na zwolnienia nauczycieli i przystosowanie szkół do zmienionych reguł gry, ale bardzo nieśmiało przeznacza środki na ten cel z budżetu państwa. Przyczyną takiego postępowania jest chociażby rekordowy deficyt finansowy w planowanym na przyszły rok budżecie państwa.

– Czy to prawda, że projekt ustawy oświatowej dot. likwidacji gimnazjów ma być procedowany nocą, gdy w sali sejmowej nie będzie raczej dziennikarzy?

Tego nie wiemy, ale praktyka pokazuje, że może się tak zdarzyć. Niezależnie od pory dnia, czy nocy, posłów z NOWOCZESNEJ, walczących przeciw tej osobliwej reformie, nie zabraknie na sali sejmowej. Nam nie jest straszna praca nocna, tylko dziwimy się, że PiS tak bardzo wstydzi się swoich działań, że musi wykonywać je pod osłoną nocy. Czyżby nie wiedzieli, że produkują w ten sposób buble legislacyjne?

– Jak powinien być ukształtowany – Pani zdaniem – system edukacyjny w Polsce? Które szkoły winny istnieć w naszym kraju?

– Myślę, że dotychczasowy system „6+3+3” sprawdził się w polskim szkolnictwie. To ma jednak mniejsze znaczenie. Problemem jest chaos, jaki tworzy każda reorganizacja i energia zużyta na jej wdrożenie. Energia powinna być spożytkowana na poprawę jakości szkoły. Zmiany wymagają programy nauczania, wyposażenie szkół, siatki godzin, a także system nauczania tzw. „kompetencji miękkich”. Niszczenie dotychczasowej struktury organizacyjnej szkolnictwa spowoduje tylko zamieszanie, uniemożliwiając realną dobrą zmianę. Nikt rozsądny nie robi przecież reformy oświatowej w jeden rok, obejmując nią w dodatku uczniów w środku cyklu edukacyjnego. Nie potrafię też pojąć, komu ma służyć założona tymczasowość w odniesieniu do trzech kolejnych roczników uczniów?

– W niektórych kręgach postuluje się rezygnację z nauki religii w szkołach…

– Zdecydowanie jestem przeciwniczką finansowaniu lekcji religii z budżetu państwa. Jest to wyraźnie zapisane w programie NOWOCZESNEJ. W szkołach podstawowych, dla wygody rodziców, nauka religii może odbywać się w budynkach szkolnych, ale zdecydowanie po lekcjach lub przed nimi, lecz nie w ich trakcie. Na poziomie gimnazjum, czy szkoły średniej, lepiej, gdy nauka religii będzie prowadzona w salce katechetycznej przy kościele. Ocena z religii nie powinna być umieszczana na świadectwach szkolnych i wliczać się do średniej ocen. Nie mieszajmy odrębnych porządków. Sprawy religii powinny być bezwzględnie oddzielone od państwowego systemu edukacyjnego.

– Jest Pani nauczycielem akademickim, mającym okazję obserwować kolejne roczniki maturzystów trafiających na studia uniwersyteckie. Czy są to młodzi ludzie o coraz lepszym, czy też o coraz gorszym przygotowaniu edukacyjnym?

– Studenci są słabsi, niż kiedyś. Na Uniwersytecie Łódzkim uczyłam m.in. rachunku prawdopodobieństwa i matematyki dyskretnej. W przeszłości pojawiali się na uczelni młodzi ludzie z konkretną wiedzą o kombinacjach i permutacjach. Teraz jest wyraźnie gorzej z przygotowaniem edukacyjnym kandydatów na studentów. Odczuwam to na własnej skórze. Łatwiej tłumaczy się studentom rozkład Cauchy’ego i jego wyjątkowość, jeśli ma się do czynienia z odpowiednią grupą słuchaczy obdarzonych elementarną wiedzą matematyczną.

– Czyżby to była uboczna konsekwencja istnienia złych gimnazjów?

– Spadek liczby dobrych kandydatów na studia nie jest absolutnie pochodną istnienia gimnazjów, ale efektem masowości studiów i szkół średnich, kończących się maturą. Bez gimnazjów, przy tak dużym wskaźniku skolaryzacji w Polsce (odsetek osób uczących się, obliczany w stosunku do liczby ludności w określonym przedziale wiekowym) mogłoby być jeszcze gorzej na szczeblu uniwersyteckim.

– Skąd się bierze rosnąca liczba studentów?

– To rezultat przyjętego algorytmu finansowania uczelni z jednej strony, edukacyjnych aspiracji młodzieży – z drugiej oraz braku alternatywnych, atrakcyjnych ścieżek zdobycia zawodu – z trzeciej strony. Kluczem do poprawy sytuacji powinno być dobre szkolnictwo zawodowe. Trzeba też mieć odpowiedni pomysł, jak powinny uczyć szkoły wyższe na kierunkach praktycznych. Krzywa Gaussa poziomu IQ pokazuje jasno, że nie cała populacja dysponuje potencjałem intelektualnym, umożliwiającym jej znalezienie się w gronie znakomitych studentów.

– Ani na chwilę nie pozwala mi Pani zapomnieć, że rozmawiam z doktorem nauk matematycznych. To ciekawe doświadczenie dziennikarskie, bo rzadko mam okazję przeprowadzać wywiady z ludźmi o dużej wiedzy matematycznej. Jako syn nauczyciela matematyki przypominam sobie od razu czasy dzieciństwa. Tato mówił często w naszym domu o silni, symbolach Newtona i wariacjach bez powtórzeń…

– Ja natomiast cieszę się, że natrafiłam na dziennikarza, któremu nie muszę wyjaśniać, co to jest krzywa Gaussa. Oboje chyba wiemy, że to matematyka jest królową nauk.

– Trudno się z tym nie zgodzić. Odejdźmy jednak nieco od matematyki. [i]Prof. Jan Zimmermann z Wydziału Prawa i Administracji UJ, promotor pracy doktorskiej Andrzeja Dudy, bardzo krytycznie ocenił swojego wychowanka, zarzucając mu trzykrotne złamanie postanowień Konstytucji RP. Stwierdził nawet: „Ubolewam, że Duda jest absolwentem naszego wydziału”. Jak Pani odnosi się do takiej opinii na temat poziomu wiedzy prawniczej urzędującego prezydenta RP?

– Myślę, że to nie jest kwestia wiedzy, tylko postawy. Prezydent zdaje sobie sprawę, że łamie zasady państwa prawa, ale robi to pod wpływem swojego obozu politycznego.

– Niektórzy obserwatorzy życia publicznego w naszym kraju przypuszczają, że aktualny minister sprawiedliwości nie czytał chyba nigdy fundamentalnego dzieła Monteskiusza o trójpodziale władz. Zbigniew Ziobro usiłuje bowiem bezceremonialnie ingerować w działania niezależnej od rządu władzy sądowniczej, a zwłaszcza Trybunału Konstytucyjnego. Czy to dobrze dla polskiej demokracji?

– Zbigniew Ziobro akurat nie był, zdaje się, ani dobrym studentem, ani dobrym aplikantem. Teraz ma władzę i nie waha się jej użyć. Cały obóz PiS-u traktuje zasadę trójpodziału władzy jako przeszkodę do pełnej kontroli nad państwem. To typowy przykład totalitarnego myślenia o metodach sprawowania rządów – cała władza ma być w rękach jednej partii, a nawet jednego człowieka.

– Domyślam się, którego człowieka ma Pani na myśli.

Rozmawiał: Zbigniew Lubowski


 

 

2 Comments on "Oświatowa reforma pod osłoną nocy?"

  1. Staram się być uważnym czytelnikiem tekstów zamieszczanych w Info-Posterze. Kiedy we wstępie artykułu przeczytałem słowa "niekomutatywny rachunek prawdopodobieństwa", sądziłem że przytoczone pojęcie zostanie przez panią dr wyjaśnione. Niestety, zawiodłem się. 

    Szkoda! A tak poza tym, ciekawy artykuł.

  2. Zbigniew Lubowski | 21 listopada 2016 at 9:24 am | Odpowiedz

     

    Nie jest łatwo wyjaśnić w krótkim tekście dziennikarskim, co to jest niekomutatywny rachunek prawdopodobieństwa. Najpierw warto jednak odnotować, czym w ogóle zajmuje się w swojej działalności naukowej łódzka posłanka Katarzyna Lubnauer. Specjalizuje się ona w prawdopodobieństwie kwantowym i statystyce kwantowej Tytuł jej pracy doktorskiej brzmiał: „Twierdzenia graniczne w niekomutatywnym rachunku prawdopodobieństwa”.

    Co się za tym kryje? Należy sobie uzmysłowić, że rachunek prawdopodobieństwa jest ugruntowaną teorią matematyczną o bardzo dużym zakresie praktycznych zastosowań. Główną domenę tego działu matematyki stanowi analiza zjawisk losowych, a centralną rolę w opisie tych zdarzeń odgrywają zmienne losowe oraz ich ciągi (rodziny).

    Do najważniejszych twierdzeń w tej dziedzinie matematyki należą dwa: prawo wielkich liczb i centralne twierdzenie graniczne. Korzenie matematycznej teorii prawdopodobieństwa sięgają XVI wieku, kiedy to Gerolamo Cardano, Pierre de Fermat i Blaise Pascal rozpoczęli systematyczne badania nad grami hazardowymi. Pierwszą książkę z zakresu rachunku prawdopodobieństwa wydał w 1657 roku Christiaan Huygens.

    Uproszczonymi modelami probabilistycznymi ruchów Browna (chaotycznych ruchów cząstek w płynie, wywołanych zderzeniami zawiesiny z cząsteczkami płynu) zajmowali się m.in. Albert Einstein, a także wybitny polski uczony Marian Smoluchowski. Do dzisiaj nie jest do końca ugruntowana kwantowa (niekomutatywna) wersja rachunku prawdopodobieństwa. Z tym problemem próbowała się właśnie zmierzyć w swojej pracy doktorskiej Katarzyna Lubnauer.

Leave a comment

Your email address will not be published.


*