Pan mnie straszy, Panie Radny?

To pytanie, Panie Radny, postawiłem mając ku temu poważne podstawy. Rozumiem bowiem, że ma pan niezbywalne prawo bronić swojego dobrego imienia, jeśli uznał Pan, iż zostało ono narażone na szwank. Nie rozumiem jednak, co daje Panu prawo posługiwać się w tej obronie zagraniami faul, w rodzaju zasugerowania czytelnikom, że stał się Pan ofiarą pomówienia z mojej strony.

Nie omieszkał Pan również dodać, że podjął Pan przeciwko mnie „działania prawne”. Być może zabrzmiało to groźnie, bo reakcje niektórych moich przyjaciół również na to wskazują. Strachy, na lachy, Panie Radny. Pańska pewność siebie w tej sytuacji jest bezpodstawna. O tym jednak kiedy indziej. Teraz pozwolę sobie tylko zwrócić Pana uwagę na fakt, że sugerując bezpośrednio, za pośrednictwem mediów, że dziennikarz piszący na Pana temat i wysuwający pod własnym nazwiskiem bardzo konkretne oskarżenia, pomówił Pana, daje Pan do zrozumienia, że tenże dziennikarz napisał nieprawdę. W sposób ewidentny narusza Pan dobre imię tego dziennikarza i uderza Pan w jego dobra osobiste, bo takim dobrem z całą pewnością jest społeczne zaufanie do jego pracy, która musi się cechować przede wszystkim rzetelnością. Tym dziennikarzem, rzecz jasna, jestem ja sam.

Zacznijmy od tego, że tylko jeden z nas może mieć rację. Dodajmy, że nawet gdybym popełnił jakąkolwiek pomyłkę (a nie popełniłem), nie pomówiłem Pana. Na podstawie dostępnych mi dokumentów powziąłem podejrzenie, że zostało popełnione przestępstwo, a jako że dotyczy to radnego, nie widziałem żadnego powodu, dla którego w sytuacji w której inny radny został przeze mnie wskazany radzie miejskiej, w której stanowi, Pan miałby zostać potraktowany inaczej. Nie zmienia tu niczego fakt, że w przypadku radnego Tadeusza Olejnika możemy mówić o wieloletnim i konsekwentnym łamaniu prawa, a w Pana sytuacji dotyczy to jednego roku i być może jest tylko wynikiem błędu. O tym rozstrzygnąć może tylko sąd. Reasumując – poinformowałem organ gminy, w którym Pan pracuje o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, a jako że jest Pan osobą publiczną, uczyniłem to publicznie. Gdzie dostrzega Pan pomówienie, którego padł Pan ofiarą? Proszę o wskazanie. To tyle, póki co, „w kwestii formalnej”.

Domyślam się tylko, bo nie wiem na pewno, że swoje domniemanie pomówienia opiera Pan na fakcie, że podałem iż 31 grudnia 2012 roku posiadał Pan udziały w ATB sp. z o.o. podczas gdy darował je Pan swojej żonie 20 grudnia i świadczy o tym akt notarialny. Zanim skomentuję to, dodam, że także w przypadku nabycia przez Pana udziałów nie podałem daty zawarcia z Panem Olejnikiem umowy sprzedaży (tj. 30 sierpnia 2012 roku), a datę wpisania tego faktu do KRS. To, że próbuje Pan na podstawie tego wywieść iż 31 grudnia 2012 roku nie posiadał Pan przedmiotowych udziałów, oznacza ni mniej ni więcej tylko to, że od wielu lat kierując spółkami grupy PRUiM (z jakim skutkiem, można poczytać właśnie w Info-Posterze), nie zna Pan w sposób wystarczający obowiązujących przepisów. Raz jeszcze zatem oświadczam – 31 grudnia był Pan posiadaczem pakietu udziałów o łącznej wartości 50 tysięcy zł. Oznacza to, że nawet stosując Pana jakże instrumentalną i z gruntu błędną, wykładnię przepisów dotyczących oświadczeń majątkowych radnych gminy, był Pan zobowiązany do wpisania tego faktu w oświadczeniu za rok 2012.

Pora teraz kilka słów poświęcić Pana rozumieniu zapisu, że składa się oświadczenie o stanie majątkowym na 31 grudnia roku poprzedniego. Swoimi wypowiedziami sugeruje Pan, że oznacza to, iż w oświadczeniu wykazuje Pan to, co posiada Pan wybierając się na bal sylwestrowy. Nic bardziej błędnego. Pozwolę sobie krótko przedstawić absurdalność takiego podejścia. Zacznijmy od tego, że same formularze oświadczeń majątkowych są błędnie i w sposób mylący sformułowane. Do takiego wniosku doszedłem właśnie analizując Pana sprawę i z całą pewnością z refleksjami zwrócę się do właściwych instancji. Nie to jednak jest teraz przedmiotem naszego zainteresowania i ograniczę się jedynie do powtórzenia swoistego paradoksu, o którym już kiedyś wspominałem. Gdyby przyjąć Pana interpretację, każdy zobowiązany do składania oświadczeń majątkowych mógłby 2 stycznia każdego roku nabywać dowolną ilość akcji lub udziałów od dowolnego podmiotu lub osoby fizycznej, a 31 grudnia poświadczyć notarialnie fakt ich zbycia dowolnemu nabywającemu. To zaś oznaczałoby, że przez 363 dni w roku osoba taka mogłaby posiadać dowolną ilość akcji lub udziałów, korzystając z pełni praw (także finansowych) przysługujących jej w związku z tym i nie musiałaby w żaden sposób wykazać tego faktu w oświadczeniu majątkowym. Jeśli dodamy do tego, że w związku z powyższym nic nie stałoby na przeszkodzie, aby np. radny powtarzał tę operację przez kolejne lata, mamy jak na dłoni cały absurd sytuacji. Powie Pan, że tak się właśnie dzieje? Oj, to bardzo źle Panie Radny i trzeba koniecznie to zmienić!

W kontekście powyższego warto jeszcze podkreślić, że wprawdzie wykładnia językowa prawa pozostaje zawsze wykładnią podstawową, ale w sytuacji kiedy prowadzi ona do rozstrzygnięć absurdalnych lub powoduje powstanie luki prawnej, korzysta się z wykładni pomocniczych. W tym wypadku mogą być rozstrzygające wykładnie systemowa i funkcjonalna. Nie ulega bowiem żadnej wątpliwości, że miejsce przepisów dotyczących kwestii oświadczeń majątkowych w polskim systemie prawnym oraz cel ich ustanowienia wskazują wyraźnie, że stworzenie możliwości ukrycia przez osobę zobowiązaną do składania przedmiotowych oświadczeń (przez 99% czasu, w którym obowiązkowi takiemu podlega) jakichkolwiek istotnych faktów o jego sytuacji majątkowej i niektórych powiązaniach biznesowych, nie było intencją ustawodawcy.

Raz jeszcze pozwolę sobie stwierdzić, że dywagacje dotyczące samej wykładni w Pana przypadku nie mają żadnego znaczenia. To, że je snuję, ma raczej za zadanie naświetlić możliwe intencje, jakie stoją za każdą jednostkową próbą instrumentalnego potraktowania zapisów prawa w celu stworzenia mylnego wrażenia na temat rzeczywistej sytuacji majątkowej danej osoby. I nieważne tu jest, czy sprawa dotyczy zegarka za 17 tysięcy zł, czy udziałów za tysięcy 50.

Pozostał mi jeszcze jeden aspekt całej sprawy, Panie Radny. Oto poczuł się Pan dotknięty faktem, że jakiś dziennikarz uważa za sytuację bardzo istotną i z założenia transparentną tę, kiedy radny gminy A, będący jednocześnie członkiem ścisłego kierownictwa w grupie spółek z udziałem gminy B, kupuje od radnego gminy B udziały w spółce, której drugi udziałowiec (pełniący istotną funkcję w innej spółce powiązanej z gminą B) również zbywa swoje udziały na rzecz radnego gminy A. Sytuacja zyskuje inny jeszcze wymiar, kiedy okazuje się, że radny gminy B od dekady ukrywa fakt posiadania udziałów, które odsprzedał radnemu gminy A, a tenże radny gminy A również usiłuje ukryć fakt nabycia przedmiotowych udziałów. Z innych okoliczności należy dodać, że radny gminy A przekazuje udziały swojej żonie a potem spółka kupuje nieruchomość dużej wartości od spółki z udziałem gminy B. Całości dopełnia fakt iż mówi się, że radny gminy A zamierza ubiegać się o fotel prezydenta miasta gminy A, a sam od wielu lat znajduje się w gronie osób związanych z prezydentem miasta gminy B.

Myślę, że dokładnie opisałem zależności, które z całą pewnością powinny być transparentne dla oceny pewnych „demokratycznych” procesów zachodzących w gminach A i B. To właśnie powyższe fakty pozostałyby w głębokim ukryciu przed opinią publiczną, gdyby przyjąć pańską, skrojoną do Pana potrzeb, interpretację prawa. Jak pisałem, nie miałem zamiaru zajmować się sprawą w takim wymiarze, ale widząc że moje i pańskie pojęcie transparentności samorządu i jego kontaktów ze sferą biznesu bardzo się od siebie różnią, a także sprowokowany Pana stanowiskiem opublikowanym ostatnio, postanowiłem włączyć się w dyskusję w nieco szerszym niż tylko gliwicki kontekście.

Dariusz Jezierski

Na zakończenie pozwolę sobie wyrazić ogromny szacunek dla Redakcji portalu MiastoKnurów.pl za natychmiastowe podjęcie tematu możliwego (z punktu widzenia Redakcji tylko możliwego) zatajenia prawdy w oświadczeniu majątkowym radnego Marka Sanecznika. Z ogromnym żalem muszę stwierdzić, że w Gliwicach – mimo iż przypadek związanego z tą samą spółką radnego Tadeusza Olejnika jest ewidentny – żadne z licznych mediów sprawą się nie zainteresowały. Większość najwyraźniej autorytatywnie stwierdziła, że mieszkańcy miasta powinni się interesować postępami przy budowie hali widowiskowo-sportowej, generalnymi próbami do kolejnego dzieła Gliwickiego Teatru Muzycznego, ale na pewno nie faktem łamania prawa (trwającego 10 lat!) przez radnego przewspaniałej Koalicji dla Gliwic Zygmunta Frankiewicza.

 

Be the first to comment on "Pan mnie straszy, Panie Radny?"

Leave a comment

Your email address will not be published.


*