Podzielmy tydzień na dwie części… – wywiad z Janem Strządałą

Czym są dla Pana Gliwice i co może Pan powiedzieć o Janie Strządale jako o gliwiczaninie?

Urodziłem co prawda w Wiśle, ale w wieku trzech lat (w 1948 r.) przyjechałem z rodzicami do Gliwic. Nie pamiętam dokładnie tego czasu, chociaż pamięć przyjazdu w mojej świadomości  pozostała.

Pamiętam, jechaliśmy początkowo pociągiem, później tramwajem "czwórką", aż do pętli, szliśmy nad taką rzeczką, potem się okazało, że to jest Ostropka. Po drugiej stronie tej rzeczki była szkoła, do której później miałem chodzić – szkoła nr 12.  Ulicą Dolnej Wsi w stronę kościoła i potem ul. Głowackiego do ostatniego domu po prawej stronie. Prosta droga z Wisły do Gliwic. 
W tym domu się wychowywałem. Tu chodziłem do przedszkola, do szkoły. Tu do matury mieszkałem tak mocno. 
Dosyć dziwna sprawa, bo do szkoły poszedłem w wieku 5 lat, wyprzedziłem wszystkie reformy, które dzisiaj z nieporozumieniem są wprowadzane. Moja opinia na ten temat jest negatywna, uważam, że dzieciom należy zostawić dzieciństwo, nie wolno im go zabierać. Po prostu, nie wolno go zamieniać na nic, nawet za większą emeryturę. To są rzeczy nie warte zamiany. Dzieciństwo jest specjalnym czasem w rozwoju człowieka. Moja siostra, ponieważ była starsza o 2 lata, musiała iść do szkoły i rodzice, żeby ją zachęcić, wysłali mnie z nią, dla towarzystwa tylko i dla zabawy mojej trochę, ale po dwóch tygodniach nie chciałem zrezygnować, bo szkoła była dla mnie ciekawsza niż dom, a siostra była dla mnie autorytetem. 
Potem poszedłem do liceum Rymera, tak się mówiło – od nazwiska dyrektora. Zdałem maturę w 1961 roku,  miałem 16 lat. Wyjechałem z Gliwic na studia do Łodzi, potem mieszkałem przez jakiś czas w Warszawie. Z Warszawy z kolei przeprowadziłem się do Wrocławia i dopiero pod koniec lat 70-tych wróciłem  do Gliwic. 
Muszę powiedzieć, że Gliwice są dla mnie z jednej strony miejscem bardzo ważnym, ale mam też do tego miasta żal. Dlatego może patrzę na to miasto i marzyło by mi się, żeby było bardziej otwarte, nowoczesne z ciekawymi propozycjami  w zakresie kultury, zachowań, postaw kreatywnych, bardziej zbliżonych do tych, które znałem z miast takich, jak Łódź, Warszawa, Wrocław. 
Po powrocie, byłem już po debiucie, zacząłem organizować tutaj życie literackie. To się częściowo udało. Gliwicką Grupę Literacką, której byłem założycielem, razem z kolegami, prowadziłem od 1978 roku przez okres  pierwszej Solidarności, potem stan wojenny, aż do 1985 roku. Z tej grupy wyrosły różne ciekawe zjawiska i działania literackie. Organizowaliśmy noce poezji, turnieje jednego wiersza, konfrontacje literackie. 
Wracając na moment do liceum, to dopiero po latach dowiedziałem się, że do mojego liceum chodzili  Adam Zagajewskii i Julian Kornhauser. Chodzili o 2 lata niżej, nie spotkaliśmy się. Potem poznaliśmy się po latach już jako dorośli poeci publikujący swoje wiersze. 
Dla mnie ważną rzeczą jest, żeby to miasto w którym się żyje, było traktowane przez mieszkańców jak przyjazne miejsce. A przyjaznym miejscem będzie wtedy, kiedy sami będziemy je w tą przyjaźń ubierali, w jakiś sposób tworzyli atmosferę do tego, żeby to co się tu dzieje, było z jednej strony ważne dla nas, czy zależne od nas w dużym stopniu, ale też, żeby spełniało nasze wyobrażenia. Żeby to było takie miejsce, w którym człowiek świetnie się czuje, może się rozwijać i szukać dla siebie dodatkowych ważnych przestrzeni w kulturze, w życiu miejskim czy w  takiej obyczajowej stronie tego życia. Nie powinniśmy poddawać jakimś modom, tylko samemu tworzyć te mody, tradycje, wydarzenia itd. Żeby czuć się ważnym podmiotem w mieście. Jesteśmy częścią miasta, w którym żyjemy, jesteśmy jego przestrzenią emocjonalną, więc starajmy się o nim myśleć pozytywnie i szukać tego co dobre.

Czy w Gliwicach łatwo być poetą, lub szerzej, artystą?

Mnie jest łatwo, dlatego że ja się tym w ogóle nie zajmuję. To znaczy ja się nie zajmuję tym, żeby być tu poetą. Ja tu żyję, piszę, pracuję, lubię to miasto i czuję się w nim dobrze. Natomiast, jeżeli chodzi o stronę zawodową, to faktem jest, że częściej publikowałem w Warszawie, Krakowie i Wrocławiu. Moje kontakty z literaturą, z poezją szczególnie, są tam, podobnie jak wspomnienia i działania i moje przemieszczanie się w pewnych ważnych dla mnie obszarach, jeśli chodzi o sztukę. Jednak duża część mojego żywota poetyckiego jest tutaj. Czy mi ktoś w tym pomagał? Nie, raczej mi się wydaje, że moja rola i rola każego mieszkańca polega na pomaganiu miastu, a nie oczekiwaniu, że ktoś mi coś specjalnie przygotuje i ja wtedy będę miał większą siłę przebicia. Owszem życzyłbym sobie tego. Z przyjemnością odbywam spotkania autorskie, lubię spotkać się z ludźmi, lubię z nimi rozmawiać, bardzo chętnie czytam wiersze. Prawdę mówiąc zapraszają mnie do takich spotkań w innych miastach, a tutaj rzadko. Ostatnio się zdarzyło, że brałem udzial w Krakowskim Salonie Poezji prezentując ostatnią moją książkę, ale te spotkania w Gliwicach w ciągu mojego kilkudziesięcioletniego istnienia w naszym mieście mógłbym na palcach jednej ręki policzyć. Może jest to troszkę moja wina, nie chcę tego zrzucać na nikogo, bo może tak jest, że trzeba do życia podchodzic w sposób bardziej pragmatyczny, skuteczny, zdecydowany, szukać tego kontaktu żeby załatwić prezentację, czy promocję książki. Teraz mam wrażenie, że trochę się to poprawiło, ożywiło. Jestem już po rozmowach z dyrektorem muzeum, na jesieni mamy zamiar przygotować spotkanie autorskie, związane z promocją ostatniej książki. 
Z jednej strony nie chcę powiedzieć, że tu  łatwo być poetą, z drugiej strony, to jest też tak, że jeżeli się wybiera, taką filozofię istnienia, jak pisanie poezji – bo to na pewno nie jest żaden zawód – to się wybiera przy okazji także całą uciążliwość takiego funkcjonowania w niszowej zupełnie dziedzinie.  
Czy Człowiek musi dążyć do sukcesów? Nic takiego! Jestem przekonany, że to błędna postawa.  Uważam, że świat sukcesu, świat materialny, może owszem pociągać ludzi i to nie jest nic złego. Ja natomiast zadaję sobie pewne pytania i próbuję w swojej twórczości  i w życiu, na nie odpowiedzieć: Po co żyjemy i dokąd zmierzamy? Co to w ogóle jest moje życie? Po co ja żyję? Czemu to służy, że żyję? Co za tym stoi, co powoduje, że jestem i co to oznacza? Dokąd ja idę? To oczywiście pytania filozoficzne. Studiowałem nauki przyrodnicze, medycynę, później filozofię przyrody i przyznam się szczerze, że im jestem starszy tym głębiej staram się te rzeczy przeniknąć i zrozumieć. Wydaje mi się, że człowiek nie jest stworzony do żadnej pracy, tak rozumianej jak nasze doświadczenia z okresu komunizmu według Marksa, Engelsa i tego typu materialistycznej filozofii. Człowiek jest raczej stworzony do zabawy – mówiąc trywialnie. Życie to ma być zabawa, z tym, że nie rozumiana jak dyskoteka, tylko tak, jak to było realizowane w pierwotnych kulturach. Do dziś zresztą zdarzają się takie plemiona, które dzielą swój tydzień na dwie części –  4 + 3. Przez cztery dni przygotowują się do tych trzech, które są świętem. Przez cztery dni nie pracują, tylko przygotowują się do świętowania, więc wszystko co robią, robią z przyjemnością, bo wiedzą, że podczas tych trzech dni korzystają z tego co udało im się złowić, przynieść, wytworzyć, przyozdobić i uważam, że w taką stronę należy iść. Proszę tego nie rozumieć dosłownie. Nie chodzi tu o to, żeby nie pracować, w tych 4 dniach też jest element pracy, ale dlatego że inaczej traktowany – inaczej odczuwany. Jeśli człowiek jest niewolnikiem swojego miejsca pracy, przestaje ją lubić, po pewnym czasie powtarzane czynności stają się utrapieniem i bolesnym doświadczeniem. Mówię to po to, żeby pokazać, że wszystko zależy od tego jak myślimy o świecie, o naszym życiu, a życie jest najważniejsze, życie jest wynikiem miłości. My się na świecie pojawiamy nie dlatego, że coś nas tutaj wpędziło, tylko dzięki potencjałowi miłości rozumianemu bardzo szeroko. Dla mnie kochać to dawać nie czekając niczego w zamian. Jeżeli pojawia się ten proces dawania, to w wyniku tego musi pojawić się życie.
Życie jest dla nas, ten świat, który nas otacza jest nasz. To nie jest coś z czym mamy walczyć, co mamy zwyciężać, co mamy pokonywać. 
Piszę to co przemyślałem, piszę o tym, co dla mnie ważne, ale nie jak zadanie domowe, wypracowanie, referat, jak sprawozdanie. To ma być po prostu moje dzielenie się z ludźmi tym co wydaje mi się ważne. I żeby Ci ludzie chcieli sę zbliżyć do tego co ja piszę. Moją rolą jest, żeby to podać w taki sposób, żeby stało się im  bliskie, żeby się tym zachwycili, żeby ich to oczarowało, w magiczny sposób przyciągnęło do tej mojej idei. Czy to się uda, to zależy ode mnie, ja tu jestem winien wszystkiemu. 
Jeżeli ktoś nie rozumie mojej poezji lub przestaje czytać po kilku linijkach, to ja to źle napisałem. Ja to miałem napisać tak, żeby ktoś kto to przeczytał przyjął to i żeby znalazł takie odniesienia do swoich myśli, które pozwolą mu w to uwierzyć. Pozwolą mu zacząć myśleć moim torem. 
Od wielu lat idę tą drogą i próbuję się przedrzeć przez dżunglę cywilizacyjną, technologiczną. Namawiam ludzi, którzy czytają moje wiersze, żeby oni też spróbowali pójść tą ścieżką.
To wyobraźnia jest wolnością Jeżeli potrafisz sobie coś wyobrazić to może się to stać. Tylko musisz po pierwsze w to uwierzyć, po drugie to marzenie musisz wyposażyć w całą miłość, którą masz w sobie. 
Bóg oddał moc nazywania artystom tak jak robili to Adam i Ewa w Raju. Poeta pisząc wiersz, też nazywa świat, tę jego nową część. Tylko taki wiersz jest poezją, jest sztuką. Kiedy poeta odkrywa coś niezwykłego, tajemniczego, czego nikt przed nim nie odkrył, to wtedy jest to poezja.
Prawdziwy artysta nie dba o sławę, ani o pieniądze, ani o korony, ani o nagrody, on po prostu robi to co do niego należy – nazywa świat. 

Jakie zmiany zaszły w mieście w ostatnich dziesięcioleciach?

 Jeśli traktować miasto Gliwice jako pewien obszar, to jest to miejsce, w którym ludzie żyją, mieszkają, pracują, mają swoje rodziny, marzenia, mają pomysł na swoje życie. Myślę, że to jest miasto stechnologizowane wypełnione przez myśl techniczną, która wynika z tego, że jest tutaj bardzo dobra Politechnika, która jest  kontynuacją Politechniki Lwowskiej. Profesorowie szkoły lwowskiej przenieśli się tu po wojnie i dzięki temu ta Politechnika bardzo szybko się rozwijała i nasyciła miasto  inteligencją techniczną. Ja nie mam nic przeciwko inżynierom, nic przeciwko Politechnice, wręcz przeciwnie jestem dumny i cieszę się z tego, że tutaj wszyscy się uczą i przyjeżdżają  z różnych stron. Natomiast brakuje mi tu humanistycznych treści. Nie ma w Gliwicach uczelni humanistycznej w sensie dosłownym. Kiedyś taką rolę pełnily licea. Było liceum pedagogiczne bardzo dobre, prawie wszystkie byly na wysokim poziomie i tam odbywały się pewne działania związane z humanizmem. Później politechniczne  środowiska i to co wiązało się z rozwojem technologii, doprowadziły do zachwiania równowagi pomiędzy myślą humanistyczną a myślą techniczną, na korzyść tej technicznej. Co prawda bardzo pięknie broniły się te środowiska – w swoim czasie był tu studencki teatr STG, był STEP  Studencki Teatr Poezji, w którym Różewicz uczestniczył. Broniły one przed szarzyzną stechnokratyzowanego  środowiska. Niestety, powoli zmieniło się wszystko,  te problemy  narastały i nikt się tym nie zajmował. Mówiło się nawet,  że pustynia kulturalna itd.    Nie przesadzałbym z tym jednak. Założyłem tutaj w 1995 roku z Jurkiem Lewczyńskim i z innymi kolegami Klub Związów Twórczych. To była taka grupa, która spotykała się i spotyka od  19 lat. Mimo, że po 10 latach zlikwidowaliśmy działalność jako stowarzyszenie –  uznaliśmy, że to nas ogranicza w jakiś sposób, że taka formuła stowarzyszeniowa jest zbyt formalna – wszyscy spotykamy się w dalszym ciągu, jesteśmy prywatną grupą artystów, którzy z przyjemnością spotykają się ze sobą, wymyślamy różne imprezy, nie w tym nurcie oficjalnym miejskim, natomiast organizujemy sobie swoje prywatne spotkania. Jest np. taki zwyczaj odwiedzania mojego ogrodu w noc świętojańską. To jest bardzo piękny zwyczaj, bardzo go lubię i zapraszam wtedy wszystkich przyjaciół. Rozmawiamy, śpiewamy, czytam  wiersze. W każdy poniedziałek, kiedy się spotykamy, jest taka tradycja, że o 13 czytam wiersz, zazwyczaj nowy. To jest dla mnie takie ważne, takie naturalne i oni na to czekają, a ja nie mogę ich zawieść, w związku z tym kolejną książkę przygotowuję z wierszy przeczytanych na Rynku. Obeszliśmy wszystkie restauracje, kawiarnie  przez te 19 lat, prawie wszyscy restauratorzy nas tu znają w mieście. 
Jest nowe zjawisko, którego doświadczyłem dzięki moim kontaktom z Krakowem, Warszawą, Wrocławiem. Organizowane sa prywatne prezentacje, prywatne spotkania i to jest dobry znak, bo świadczy o tym, że coś w ludziach się przełamało i nie szkoda im czasu ani pieniędzy na takie spotkania. Z przyjemnością  zapraszają  poetę  po to, żeby posłuchać jego wierszy. Coś niesamowitego. Od czasu promocji mojej książki w maju w Krakowie, odbyłem już 3 czy 4 takie prywatne spotkania, na które zaprosili mnie ludzie obecni w Jamie Michalikowej. Zapraszają mnie, bo chcą posłuchać wierszy w takiej bardziej kameralnej atmosferze.

Czy w Gliwicach też już się to dzieje, poza Klubem oczywiście?

Tego nie wiem, chciałbym, żeby tak było, ale nikt nikomu tego nie zabrania. Trzeba by po prostu ośmielić ludzi, którzy dysponują odpowiednim miejscem. Może to być choćby ogród, można spotkać się w domu, można to robić w różnych formach. Warto ludzi przekonać, że nie ma nic bardziej naturalnego jak kontakt człowieka z człowiekiem.

Jak ludzi do tego przekonać?

No więc, trzeba im to pokazać. Najlepiej uczy się ludzi na dobrym przykładzie. Ja takie informacje przekazuję w internecie, na mojej stronie. Próbuję ludzi w ten sposób zachęcić, pokazać, że to jest możliwe. Zamieszczam też zdjęcia z takich spotkań. Nasza koleżanka klubowa organizuje w swoim ogrodzie takie imprezy jak np. rzymska – jest w połowie włoszką. Była też impreza Dzieci Kwiatów – hipisowska. to nie jest wcale kosztowne, bo tu nie chodzi o pieniądze. 
To nie jest tak, że nasze środowisko jest zamknięte, zapraszamy też nowych ludzi, ale ważne jest to, że wchodząc do naszego środowiska przynosisz coś – swoją duszę, wyobraźnię. To nie musi być sztuka dosłownie, nie muszisz być poetą, malarzem, ani kompozytorem. Jeśli nie jesteś to też jesteś wspaniałym człowiekiem. Przyjdź i podziel się z nami swoją pasją, albo czymś co wszystkich zainteresuje. Podział na ludzi sztuki i na tych, którzy nie są artystami jest nieprawdziwy. Bo to tak nie jest. Bardzo często mam wrażenie, że przebywam w srodowisku ludzi, którzy zawodowo są artystami, a ja czuję, że siedzę z jakimiś nieciekawymi, nudnymi, skomercjalizowanymi ludźmi. Często mi się zdarza też, że przychodzi ktoś kto nie jest żadnym artystą, ale zaczyna mówić, albo pokazywać coś, zdjęcia, albo swoje pomysły. Ja czuję w nim duszę artysty, on też, to ma tylko nie do końca odkryte. Tak jak niedawno, kiedy  ludzie, którzy w Gliwicach bardzo pięknie się organizowali przy obronie lip, które miały zostać wycięte. Takie działania powodują, że ludzie poznają się, zaczynają się czuć gospodarzami swojego terenu, swojego miasta, czują, że mogą pójść w dobrą stronę, obronić coś, zwrócić uwagę, podpowiedzieć coś. Bo przecież co Ci nasi kochani urzędnicy, prezydenci miast, wice prezydenci itd. mogą wiedzić o tym, czego ludzie potrzebuja kiedy z nimi nie rozmawiają, tłumacząc się, że nie mają czasu. Jeżeli nie masz prezydencie czasu na to, żeby spotkać się z ludźmi i porozmawiać z nimi o tym co ich boli… Prezydent ma przecież wokół siebie specjalistów, którzy się zajmują wieloma sprawami, a on jest zarządcą, ale musi znać to wszystko, żeby dobrze gospodarzyć na swoim terenie. Tak jak robi to gospodarz: trzeba wieczorem zamknąć wszystkie drzwi i okna, zobaczyć czy w  piecu nie zgasło, umyć od czasu do czasu schody, żeby się nikt nie przewrócił itd., czyli wykonać pewne czynności, które nie wynikają ze statusu prezydenta, tylko wynikają z tego, że jest pierwszym gospodarzem, tą osobą, która odpowiada za nas wszystkich i za to wszystko co dzieje się wokół nas. Czyli on musi to wiedzieć, on nie może się tłumaczyć, że nie wie albo, że dopiero się dowiedział, nie! Myślę, że ta funkcja jest bardzo ważną funkcją. Oczywiście przez lata dopiero się tego uczymy. Samorządność – takie słowo śmieszne trochę i sztuczne, chodzi o  gospodarzenie miastem – tak to nazywajmy. My musimy czuć się tu u siebie, my mieszkańcy, a nasz prezydent musi być przyjacielem naszych marzeń. My sobie coś wymyślimy, a on to potrafi w odpowiedni sposób skierować do realizacji. To rodzaj moderatora, a nie formalnego zarządcy, bo to nie ma być władca. Podzielmy ten nasz tydzień w Gliwicach na 4 i 3 dni i niech te 4 będą przygotowaniem, żeby  te następne 3 dni były przyjazne, ciekawe, aktywne, wesołe i miłe, bo od tego zależy jakość naszego życia. Tego nam nie zagwarantuje ani konstytucja, ani władza w Warszawie, ani nikt nigdzie, sami musimy to tworzyć. Można zarzucać różne rzeczy, można wyszukiwać błędy to oczywiste, ale do tego są powołane służby, natomiast my mieszkańcy, spróbujmy uwierzyć w to, że możemy gospodarzyć w naszym mieście po swojemu, i że znajdziemy takiego człowieka, który  będzie nam w tym pomagał, będzie jak gdyby naszym sługą, a nie naszym władcą. Jest taka tendencja, że człowiek, który ma władzę uczy się, że łatwo jest wydawać polecenia, rozkazy i sprawować taką kontrolę techniczną. Sądzę, że dobrze by było, żeby utawowo była ograniczona ilość kadencji. Dwie kadencje, uważam za wystarczające, żeby zrealizować swoje pomysły, a potem trzeba oddać to komuś innemu, bo nie jest powiedziane, że ten ktoś następny nie będzie miał jeszcze ciekawszych, albo nowych pomysłów, które nam nie przyszły do głowy. Nie trzymajmy się kurczowo tego, że musimy być prezydentem.To jest funkcja, która ma służyć temu, żeby ludziom było tutaj przyjaźniej, lepiej, ciekawiej, żeby kochali swoje miasto, żeby potrafili wspólnie marzyć  i realizować plany.

Co przede wszystkim należałoby zmienić w Gliwicach?

Prawdę mówiąc nie wiem , nie zastanawiałem się nad tym, bo nie myślę jak analityk, który ma jakiś konkretny  pomysł. Jeśli chodzi o dziedzinę, którą ja się zajmuję, to wydaje mi się, że tutaj brakuje czegoś takiego jak rada przy prezydencie, która dbałaby o to, żeby miasto wlaściwie realizowało swoja politykę w zakresie kultury i edukacji kulturalnej.To samo dotyczy instytucji kultury w Gliwicach. Byłaby to społeczna rada, która spotyka sie i przypomina o ważnych sprawach, namawia do ciekawych pomysłów, opiniuje pojekty. Musi to być rada, która będzie cieszyła się autorytetem. Mieszkańcy, będą czuli, że to jest ktoś komu można wierzyć i ufać, że w ich imieniu podpowie najlepsze pomysły, a będzie protestować wtedy, kiedy pojawią się pomysły wadliwe.

Czy myśli Pan, że można ten pomysł rozszerzyć na inne dziedziny, np sprawy mieszkaniowe?

No ja myślę, że są, nie wiem, ale mam nadzieję, że są, że to nie jest żadna urzędnicza decyzja, tylko, że o tym decydują jakies gremia przy prezydencie, które są do tego powołane. Z doświadczenia wiem, że to nie jest też tak, że my w czasie wyborów wybieramy najlepszy zestaw rady miejskiej. Dlatego, że  system demokratycznych wyborów  jest często nieskuteczny. No niestety, ma taką jedną wadę, że większość ma rację, a większość wcale nie musi być mądra.Więc warto to korygować przez takie właśnie ciała. W reformie samorządowej było pomyślane, że radny to jest taki wybrany przez ludzi reprezentant, który realizuje ich pomysły czy chroni ich przed złymi pomysłami. Ale w praktyce często jest inaczej. To siły polityczne jednych lansują, oni sie przebijają przez to sito wyborów, natomiast inni są w ogóle niezauważeni, nie istnieją,  mimo że są o wiele lepszymi partnerami do rozmów. Jak to zrobić? Żadnego wielkiego pomysłu nie mam, chociaż z drugiej strony wszyscy widzimy w swoich środowiskach, w których funkcjonujemy, kto jest autorytetem, a kto nie. I to nie polega na żadnej damokracji, ale to jest skutek działania tego człowieka. Jeśli jest szanowany przez jakieś środowisko to nie dlatego, że ktoś go wybrał na szanowanego przedstawiciela, ale dlatego, że skutek jego działalności był ciekawy i był zauważony przez ludzi, oni to zaakceptowali, im się to podobało i dlatego chętnie go posłuchają. Myślę, że można w różnych dziedzinach tych ludzi znaleźć.Trzeba ich po prostu ośmielić, bo często to są ludzie, którzy nie pchają się wcale do władz.

No właśnie, czy potwierdza pan informację, że zamierza pan zaangażować się czynnie w zmiany w Gliwicach także na drodze politycznej?

Na drodze politycznej na pewno nie. Ja bardzo chętnie służę swoja osobą i swoim doświadczeniem i pomysłami jako doradca, jako osoba, która może mieć oko na pewne sprawy i chętnie podzielę się swoimi wątpliwościami. Chętnie wezmę udział i będę wspierał różne działania, takie, w których moja pomoc może być skuteczna. Natomiast  politycznie nie, ja na pewno nie zapiszę się do żadnej partii, ani do żadnej pseudo partii w sensie organizacji ludzi, którzy chcą wspólnie jakiś program budować. Nie interesuje mnie też żadna forma władzy, ja po prostu czuję sie lepiej w roli kogoś kto rozmawia, słucha, kto wypowie się, wyrazi swoją opinię.

Czyli nie zamierza pan starać się o miejsce w Radzie Miasta?

Nie, w Radzie Miasta nie. Nie widzę siebie w takiej roli. Uważałbym to za marnowanie miejsca dlatego, że może jest ktoś bardziej kompetentny, w takim sensie, że w danej dziedzinie będzie coś realizował, ma o tym pojęcie. Posiedzenia rady, to są nudne posiedzenia. Ja raczej jestem człowiekiem refleksji niż czynu i trochę mi szkoda życia na to, żeby się zajmować tą formalną stroną, bo to trzeba wysiedzieć, wysłuchać, głosować itd. Mnie to nie interesuje. Na pewno by mi to przeszkadzało w mojej pracy, ale tak jak mówię jestem otwarty i w każdej sprawie jeśli mój głos do czegoś się przyda to go udzielę. 

Wróćmy do pana świata, do poezji. Pana mistrz?

Jak miałem lat mniej więcej 18, to próbując pisać przeczytałem wiersze Różewicza i utkwił mi w pamięci taki wiersz, w którym Różewicz pisze o tym, że… nie wiem czy dobrze pamiętam… najpiękniejszym opisem głodu jest opis chleba, z jego delikatną porowatością, z jego pachnąca skórką….
To jest opis głodu. Nie było to napisane w formie ani rymowanej, ani z rytmem, było prostym zapisem  językiem wręcz prozy i tak mnie to zastanowiło, że on mi pokazał w ten sposób jak dochodzi sie do tego co jest istotą poetyckiego przekazu. Bo tu nie chodzi o formę, ale o to, żeby treść i myśl, którą chcesz przekazać, tak zmetaforyzować, użyć takiej przenośni, która nie ma być metaforą spiętrzoną, czy skomplikowanym wielosłowiem. To było bardzo oszczędne i autentyczne. I tego staram sie trzymać w swojej poezji. Ta myśl wraca do mnie często gdy piszę.  Ale poetami, których uwielbiam są Juljusz Słowacki, Cyprian Kamil Norwid i oczywiście Adam Mickiewicz. Nie dlatego jednak, że byli najbardziej barwni w naszej historii literatury, tylko dlatego, że wynieśli  poezję na wyżynę emocjonalnej burzy. Tam słowa są tak pięknie komponowane w obrazy. Ja zresztą uwielbiam taką sztukę, która przemawia do mnie obrazem. Nawet jeżeli słucham muzyki to wyobrażam ją sobie w postaci barw, plam, kolorów i ona wtedy do mnie mocno przemawia. Uważam, że językiem łączącym wszystkie sztuki – przez królową sztuk, którą jest poezja – jest muzyka. Dlatego muzyka jest formą przenikania przez materię języka, obrazu, światła i ciemności. Dlatego tak wspaniale słucha się muzyki w ciemności.
Moim zdaniem, poezja towarzyszy człowiekowi od momentu kiedy uświadomił sobie, że istnieje.
Miłość nie potrzebuje żadnych słów dlatego tak trudno jest pisać o miłości. Żeby napisać dobry wiersz o miłości potrzeba dużego kunsztu.
Sztuka i ludzie, którzy ją uprawiają, mają też swoje obowiązki wobec wszystkich innych ludzi. 
Sztuka towarzyszyła człowiekowi od początku świata i bardzo często pomagała mu przejść przez trudne chwile, dokonać ważnych rzeczy, miała siłę większą niż armaty, czołgi, potrafiła rozbijać pewne schematy. Sztuka często jest realizowana przez ludzi szalonych, dlatego, że tak mocno wierzą w swoją misję, potrafią zapomnieć o swoich potrzebach egzystencjalnych, materialnych, bo wierzą, że to co robią jest dla nich najważniejsze. 
To są oczywiście moje poglądy i nie twierdzę, że trzeba to tak rozumieć mówię o tym, co ja myślę na temat świata, poezji, społeczeństwa, ludzi. Można myśleć inaczej.

Więc czego trzeba Gliwicom?

Gliwicom potrzebny jest na pewno taki krok, a może i 10 kroków zbliżających mieszkańców do kultury, sztuki, poezji, muzyki, tańca, śpiewu, ale w najlepszym wykonaniu. Ja wcale nie twierdzę, że to mają być gliwiccy artyści, ale warto sięgnąć też do tych, którzy tu zaczynali i wyjechali w świat. Zaprosić ich, oni pewnie chętnie tu przyjadą  jeżeli tylko wykonamy ten gest, może go przyjmą. To jest trudne, ale warto to zrobić. Każdy dzień, każda godzina, każda sekunda spędzona w towarzystwie literatury, poezji, muzyki, jest stopniem, który pokonujemy w kierunku początku, źródła. Sztuka ma to do siebie, że jeżeli jest ciekawa, interesująca, to przyciągnie ludzi z różnych warstw, z różnymi potrzebami, z różnych poziomów intelektualnych i kulturanych. Musi tylko być atrakcyjna, musi być ciekawa w sensie niepopulistycznym. Bo nie chodzi o to, żeby wypełnić stadion.
Ważną rzeczą jest też, żebyśmy z tym tańcem, śpiewem, kulturą w dobrym tego słowa znaczeniu wrócili do szkoły, do edukacji, do młodego pokolenia.
To, że w szkołach nie ma już muzyki jako samodzielnego przedmiotu, uważam za nieporozumienie. To jest taki błąd, który się mści później tym, że kolejne roczniki są ludźmi, którzy nie są uczuleni, nie są przygotowani. Nie chodzi o to, żeby wszystkie dzieci grały na skrzypcach, na fortepianie czy śpiewały w operze. Tu chodzi o to, że muszą spotkać się z pięknem sztuki, żeby ona do nich przeniknęła. Ja wychowałem się  w domu artysty rzeźbiarza i od dzieciństwa miałem kontakt ze sztuką. W moim domu było bardzo dużo książek z historii sztuki, malarstwa rzeźby itd. Były obrazy, rzeźby, pracownia ojca była w domu. Myślę, że jak dziecko od małego porusza się w pewnym obszarze, który go uwrażliwa na sztukę, to nawet jeśli nigdy nie będzie się tym zajmowało, to zmienia to jego duszę. Piękno przenika ze sztuki, może nie w dosłowny sposób, ale upiększa wyobraźnię dziecka, uczula i uwrażliwia na różne dziedziny. Trzeba o to dbać, żeby to było na dobrym poziomie – dobrych artystów mamy wielu, tylko trzeba spróbować to zorganizować. To jest w zakresie władzy miejskiej, bo szkoły są przecież finansowane przez samorząd. Trzeba się zastanowić jak to zrobić, żeby dzieci miały kontakt ze sztuką, ale nie w zakresie lekcji plastyczno – muzycznych. Przez wiele lat jako Prezes Stowarzyszenia Pisarzy Polskich w Katowicach prowadziłem taki projekt "Pisarze w szkole". Polegało to na tym, że lekcje języka polskiego były zastępowane zajęciami prowadzonymi przez pisarza. Takie lekcje były świetnie przyjmowane przez uczniów. Poprzez żywy kontakt z takim człowiekiem, przewartościowywali swoje myślenie choćby na temat Mickiewicza. To też jest pomysł na coś nowego w tym mieście. Mogłoby się tym wyróżniać, gdyby wprowadzić to do programu nauczania. Na efekty nie trzeba będzie długo czekać, bo to na pewno zadziała, bo ma to ogromny wpływ na wyobraźnię dziecka i na jego rozwój intelektualny.

rozmawiala: Anna Maksym

12 Comments on "Podzielmy tydzień na dwie części… – wywiad z Janem Strządałą"

  1. Politechnika Slaska bardzo dobra uczelnia? Wlasnie zlikwidowano w niej kierunek transportu szynowego i wprowadzono hotelarstwo.

  2. Frankiewicz nie potrzebuje zadnej Rady, oprocz tej jak wykiwac mieszkancow.

  3. Widac wyraznie, ze pan Strzadala tylko czeka na zaproszenie Frankiewicza, bo zasadniczo, to mu sie wszystko podoba. To jest metoda ZFa, skorumpowac przeciwnika. Przykladem tzw. radni pis.

  4. Jesli w Gliwicach nie powstanie Majdan, to znaczy,  ze w tym miescie zyje juz moralne dno.

  5. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku Gliwice były jednym z najdynamiczniejszych i najciekawszych ośrodków literackich w Polsce. Działała Gliwicka Grupa Literacka, organizowane były Konfrontacje Literackie, Noce Poetów, ukazywała się wkładka literacka w Gliwickim Magazynie Kulturalnym. Bodaj w 1995 roku (o ile dobrze pamiętam) został utworzony ze środków budżetu miasta fundusz wydawniczy, z którego sfinansowane zostało wydanie kilkunastu książek m.in. Marcina Świetlickiego – jednego z najgłośniejszych polskich poetów w ostatnich dwóch dekadach. Wszystkie te przedsięwzięcia kosztowały grosze w porównaniu do innych wydatków finansowanych z miejskiego budżetu, a dawały miastu rozgłos w skali ogólnopolskiej. Wszystko to zostało zmarnowane, szyld paru imprez pozostał, ale treść uleciała. Miasto Różewicza, Zagajewskiego, Bienka i wielu innych świetnych pisarzy, dziś jest do literatury odwrócone plecami. W dwustutysięcznym mieście Gliwice dzieje się litaracko mniej, niż w dziesięciokrotnie mniejszym Mikołowie, bo to nie kwestia pieniędzy, tylko chęci i konstruktywnego myślenia.

  6. Dlaczego nie piszecie o tym, ze Frankiewicz podpisal umowe o wydaniu przez miasto kolejnych 500 mln zl na DTS? Zadne inne miasto nie musialo za to placic? Zadne inne miasto nie ma tez bramek na A4!

    • Ano dlatego chociazby, ze szanowny gliwiczanin pisze o tym regularnie gdzie tylko moze. Zwracamy przy okazji uwage, ze wywiad z poeta tematycznie raczej trudno polaczyc z bramkami na A4. O tym jednak szanowny gliwiczanin najwyrazniej nie ma bladego pojecia 😉

      • Mysle Panie Darku, ze to bardzo dobrze, ze sympatyczny gliwiczanin zadal bardzo istotne pytanie w tym watku, bo jakos  po niektorych juz sukcesach Pana w walce z magistracka patologia, ostatno Pan troche odpuscil;) A do wyborow juz niecale 3 miesiace! A moze karty juz zostaly rozdane, i nieudacznik zostal zaklepany na nasze nieszczescie?  Pozdrawiam.                                            

        • Został "zaklepany", czekają na Niego koledzy w z branży penitencjarnej, podobno naczelnicy zakładów karnych liczą, że podczas odsiadki to właśnie ich ośrodki pomoże ON wznieść na najwyższy poziom zarządzania i przedsiębiorczości.  

    • Prosze sie nie dziwic tym, ze inne miasta nie musialy placic, i nie maja bramek na A4, bo tam zarzadzaja prezydenci z jajami, nawet w Zabrzu, dlatego ich glowki troszcza sie o dobro, spokoj i zdrowko mieszkancow. U nas jest odwrotnie niestety, brak jaj spowodowal masakre w centrum i nieukrywane samozadowolenie prezia z mini poparcia nawet dla gniota, ktory z pewnoscia nie uszczesliwi gliwiczan;)

  7. Na razie czeka na listy żelazne z NIK. Buehehehe

Leave a comment

Your email address will not be published.


*