Polityka nie musi być szablonowa – rozmowa… ze mną

Rozmowę ze mną, przeprowadzoną przez Zbigniewa Lubowskiego, zamieszczono w ostatnim numerze "Życia Gliwic" (www.zyciegliwic.pl):

Porozmawiajmy jak dziennikarz z dziennikarzem, dobrze?

– Czemu nie, to może być intrygujące doświadczenie…

– Czy przedstawiciel tzw. „czwartej władzy” rzeczywiście chce zostać w Gliwicach reprezentantem – jak to się zwyczajowo określa – pierwszej władzy? Nawiązuję oczywiście do klasycznego podziału władz, dokonanego w XVIII wieku przez francuskiego myśliciela – Monteskiusza.

– Tak, postanowiłem faktycznie ubiegać się w tym roku o prezydenturę miasta. Nie boję się powiedzieć tego wprost, chociaż z góry wiem, że w ten sposób przystępuję do otwartej i ryzykownej walki wyborczej z całym układem, który powstał wokół Zygmunta Frankiewicza. Jest on – jak powszechnie wiadomo – prezydentem Gliwic od prawie 21 lat i bardzo dobrze znamy jego metody działania. Rywalizacja z nim będzie ciężkim brzemieniem.

– Słyszę w twoim głosie pesymistyczne tony.

– Nie, to raczej pragmatyzm, bo z natury jestem optymistą. Wiesz jednak dobrze, co oznacza ostre starcie z Frankiewiczem. Dzięki dotychczasowej działalności dziennikarskiej uzyskałem bogatą wiedzę na temat efektów jego wieloletnich rządów w mieście. Dowiedziałem się o wielu bulwersujących sprawach. To przygnębiająca wiedza. Nadal konsekwentnie będę korzystał z atutów i przywilejów, jakie zapewnia owa „czwarta władza”, o której wspomniałeś. Na marginesie dodam, że jest ona w naszym kraju stanowczo przeceniana.

Wyborcza droga z czwartej do pierwszej władzy w mieście będzie z pewnością bardziej wyboista, niż niechlujnie wyremontowana płyta Rynku.

– Niewykluczone, że masz rację. Nawiasem mówiąc, fatalny remont Rynku nie jest jedyną sprawą, która musi budzić społeczny niepokój. Nie akceptuję przede wszystkim metod sprawowania władzy, stosowanych przez Frankiewicza. Chcę zmienić miasto na lepsze. Mieszkam tu od urodzenia i zależy mi na pomyślności Gliwic.

– Kim tak naprawdę jesteś, Darku? Dziennikarzem, artystą, reżyserem teatralnym, a może po prostu animatorem działalności społecznej?

– Moi przeciwnicy mają krótką i prostą odpowiedź na to pytanie – Jezierski jest nikim. Powstrzymam się od komentarzy. Ci, którzy mnie od dawna znają, wiedzą, że jestem skutecznym facetem o różnych wcieleniach. Wszystko, czego się podejmuję, staram się robić dobrze i z pożytkiem dla dobra wspólnego. W swoim życiu zajmowałem się różnymi sprawami. Zawsze lubiłem pisać. Mało kto wie np., że w okresie wczesnej młodości przepisywałem wraz ze swoim rodzeństwem (mam sześcioro braci i sióstr) książki, które mnie interesowały.

– Na maszynie do pisania?

– Nie. Ręcznie w specjalnych zeszytach. Po co to robiłem? W tamtych czasach nie przelewało się w naszej wielodzietnej rodzinie. Nie było pieniędzy na zakup książek. Wypożyczało się je więc z biblioteki i przepisywało. Maksymy Napoleona, aforyzmy Czechowa, a nawet „Historię starożytnego Rzymu” Marii Jaczynowskiej. Dodam jeszcze, że zawsze traktowałem bardzo serio ideę samokształcenia. Z pełną powagą i dumą powtarzam, że jestem samoukiem.

– Co wpisujesz w takim razie w rubryce „zawód”, widniejącej w niektórych formularzach personalnych?

– Wykonuję wolny zawód. Myślę, że przede wszystkim jestem reżyserem teatralnym z niemałym dorobkiem twórczym, co mogę stwierdzić bez fałszywej skromności. Profesja dziennikarska to moje kolejne wcielenie. Nie można mnie wrzucić tylko do jednej szuflady zawodowej. Osobną kwestią jest natomiast sprawa zawodu wyuczonego. Przed laty uzyskałem w Gliwicach dyplom technika-chemika o specjalności „technologia procesów chemicznych”. Stało się to w czasach, w których chemia żywiła, leczyła i ubierała. Dumne hasło „Chemia żywi, leczy, buduje” znajdowało się na dachu budynku Urzędu Miejskiego. Tę profesję jednak wykonywałem bardzo krótko. Przeważyły inne zainteresowania.

– Czy bierzesz pod uwagę, że twoi przeciwnicy w wyborach prezydenckich w mieście będą bezlitośnie wytykać ci brak wyższego wykształcenia?

– Niewątpliwie tak będzie. Wiem o tym. Ale wcale z tego powodu nie jestem na straconych pozycjach. Zdobytą przez siebie wiedzę dotyczącą zarządzania miastem zastosowałem w praktyce, obracając dosłownie w perzynę mit o znakomitych menadżerach i prawnikach Frankiewicza. Muszę tu dodać, że wciąż poszerzam zakres swoich studiów. Poza tym prezydenci niektórych miast górnośląskich mają przecież tylko średnie wykształcenie – Adam Rams w Knurowie czy choćby Adam Fudali w świetnie zarządzanym Rybniku. Ukończenie wyższych studiów nie zawsze musi być warunkiem osiągnięcia życiowego sukcesu. Myślę, że warto w tym kontekście przypomnieć znaną postać Billa Gatesa, który nie będąc absolwentem żadnej wyższej uczelni doszedł w swoim życiu do imponujących rezultatów. Nasuwa mi się istotne pytanie – czy uzyskałby taki właśnie efekt, gdyby legitymował się dyplomem absolwenta Politechniki Śląskiej w dziedzinie „zarządzanie”?

– Zauważyłem, że teraz ty stawiasz pytania…

– Nie przejmuj się, to taka maniera dziennikarska, której trudno się pozbyć.

W porządku. Przejdźmy zatem do czystej polityki. Jakie są twoje sympatie polityczne? Czy jesteś może socjalistą czy też wręcz przeciwnie – chadekiem?

– W tej sprawie też nie można mnie zaszufladkować do konkretnej przegródki. Jestem życiowym pragmatykiem, który na co dzień nie utożsamia się ani z lewicą, ani z prawicą. Są sytuacje, w których potrzeba – moim zdaniem – metod liberalnych, a zdarzają się niekiedy przypadki, wymagające zastosowania typowych rozwiązań socjalnych. Polityka ma być przede wszystkim ludzka, a nie doktrynalna. Uważam zresztą, że zarządzanie miastem powinno być z natury rzeczy działalnością apolityczną. Do wyremontowania budynku szkolnego czy załatania dziury w jezdni nie potrzeba ani lewicowca, ani prawicowca, lecz tylko sprawnego menadżera.

– Sympatie polityczne prezydenta miasta mają jednak znaczenie w pewnych sytuacjach konfliktowych. Wyobraź sobie, że grupa mieszkańców wysuwa nagle stanowczy postulat usunięcia sowieckiego czołgu T-34 z trawnika przed gmachem Sądu Rejonowego. Co zrobić w takim przypadku?

– Kłopotliwy problem można zawsze rozwiązać, rozpisując lokalne referendum w spornej sprawie. Wszyscy mieszkańcy miasta powinni wtedy wypowiedzieć się w drażliwej społecznie kwestii. Prezydent miasta nie może uzurpować sobie roli nieomylnej wyroczni, która jednoosobowo decyduje o wszystkich sprawach.

– Czy kiedykolwiek w życiu rozmawiałeś bezpośrednio z Zygmuntem Frankiewiczem?

– W cztery oczy – nigdy. Przed laty kontaktowałem się z nim tylko jako dziennikarz „Gazety Gliwickiej”, kierowanej – przypomnę – przez Adrianę Urgacz. W tych rozmowach zawsze jednak brały też udział inne osoby.

– Poznałeś go więc osobiście. Czy miało to m.in. wpływ na twoją decyzję o starcie w jesiennych wyborach prezydenckich w mieście?

– Muszę tu wyjaśnić, że nie mam żadnych prywatnych uprzedzeń wobec aktualnego prezydenta Gliwic. Kieruję się wyłącznie racjami merytorycznymi, a nie osobistymi uwagami i zastrzeżeniami pod adresem Frankiewicza. Przede wszystkim nie mogę pogodzić się z faktem, że liczne instytucje miejskie oraz niektóre spółki komunalne z większościowym udziałem miasta nie realizują zupełnie celów, dla których zostały utworzone. Lokalni menadżerowie prowadzą pod okiem obecnego prezydenta miasta skandaliczną działalność, która ma niewiele wspólnego z zasadami solidności i rzetelności zawodowej. Celem ich poczynań w wielu przypadkach jest wyłącznie chęć osiągnięcia prywatnych korzyści materialnych.

– Jaki jest twój program wyborczy?

– W krótkim wywiadzie prasowym nie da się przedstawić szczegółowego programu wyborczego. Ogólnie powiem jedynie, że mój program będzie się opierał na dwóch filarach. Określiłem je charakterystycznymi cząstkami semantycznymi: „de” oraz „re”. Z jednej strony mam np. na myśli dekomunalizację gospodarki miejskiej, a z drugiej – reaktywowanie zlikwidowanej przed kilkunastu laty Operetki Śląskiej. Uważam, że dla dobra miasta i jego mieszkańców należy zlikwidować zbędne i szkodliwe organizmy gospodarcze, a jednocześnie przywrócić do życia inne jednostki, uśmiercone w okresie 21-letnich rządów Frankiewicza.

– Co należy rozumieć pod pojęciem „dekomunalizacji gospodarki miejskiej”?

– W Gliwicach działa obecnie grubo ponad 20 spółek z powiązanych z miastem. Większość z nich nie powinna funkcjonować w tej formule. Istnieją chyba tylko po to, by zapewnić atrakcyjne posady dla pokaźnej grupy osób…

nazywanych często króliczą korporacją (Krewnych i Znajomych Królika).

– Liczba tych spółek musi ulec radykalnemu zmniejszeniu. Sądzę, że powinno ich być w mieście co najwyżej pięć.

– Czy możesz podać ich nazwy?

– Jeśli sądzisz, że teraz ujawnię publicznie, które spółki należy zlikwidować, to się poważnie mylisz. Podam te informacje w odpowiednim momencie.

– Komu zamierzasz – w razie ewentualnego sukcesu wyborczego – powierzyć odpowiedzialne stanowiska zastępców prezydenta miasta?

– To jest dobre pytanie. Chcę skorzystać w tym względzie z szerokiego spektrum społeczno-politycznego. Jestem przekonany, że współodpowiedzialność za rządzenie miastem powinni ponosić reprezentanci różnych środowisk Gliwic. W tym celu muszą mieć jednak fachowe kwalifikacje i charakteryzować się dobrą wolą oraz chęcią prowadzenia dialogu społecznego z mieszkańcami. W przypadku zwycięstwa w listopadowych wyborach zamierzam zaproponować współpracę, także w wymiarze personalnym, wszystkim liczącym się w mieście graczom politycznym.

– Czy taki konglomerat polityczny będzie mógł skutecznie funkcjonować w praktyce? W jaki sposób egzotyczna pod względem politycznym trójka wiceprezydentów będzie lojalnie realizować twój program wyborczy?

– Nie bądź pesymistą. Przecież nie powinieneś zapominać, że nielojalnych wiceprezydentów można niezwłocznie odwołać ze stanowisk. Zawsze mogę w razie potrzeby skorzystać z takiej ewentualności. To oczywiście pół żartem, pół serio. Liczę, że ewentualni przyszli partnerzy podejdą serio do tego, co nas wspólnie może czekać. Teraz w każdym razie jestem bezpartyjnym kandydatem na fotel prezydenta miasta i nie chcę kierować się regułami destrukcyjnego partyjniactwa w działalności dla dobra publicznego. Zdaję sobie sprawę, że moja koncepcja wyborcza jest absolutnie nowatorska. Wydaje mi się, że czasami warto jednak sięgać po takie niekonwencjonalne rozwiązania. Polityka nie musi być szablonowa.

Rozmawiał: Zbigniew Lubowski

Be the first to comment on "Polityka nie musi być szablonowa – rozmowa… ze mną"

Leave a comment

Your email address will not be published.


*