Prasówka – dotkliwe represje wobec niezależnych dziennikarzy

5 komentarzy

Utrudniony dostęp do informacji, represje, konflikty z policją, a nawet groźby – to cena, jaką wielu lokalnych dziennikarzy płaci za niezależność, która miejscowym władzom często jest nie na rękę.

Rafał Stangreciak, reporter „Superwizjera” TVN24, rozmawiał z dziennikarzami z małych miejscowości, którzy starają się rzetelnie wykonywać swój zawód w świecie lokalnych układów i pomimo wyraźnych nacisków ze strony władz. Jego wymowny raport w tej sprawie został opublikowany na stronie internetowej www.tvn24.pl. Oto najbardziej bulwersujące fragmenty tej reporterskiej relacji.

 

Wyprowadzony w kajdankach

Do dramatycznej konfrontacji między dziennikarzem, a lokalną władzą doszło w Żarach. Zaczęło się od zwrócenia urzędnikom uwagi na nieprzestrzeganie procedur. Skończyło się na wyprowadzeniu dziennikarza z urzędu w kajdankach. – Jeden ze strażników wykręcił mi rękę, wyprowadził mnie do stróżówki, wezwano też policję – mówi Norbert Królik, dziennikarz z Żar.

 

Zauważył on na korytarzach Urzędu Miasta porozrzucane dokumenty z danymi osobowymi mieszkańców i zwrócił na to uwagę urzędnikom. W ramach interwencji dziennikarskiej domagał się natychmiastowej reakcji. – Powiedziałem, że nie wyjdę z gabinetu, dopóki nie podejmą jakichś działań w tej sprawie – opowiada dziennikarz.

 

Z dostępnego nagrania video nie wynika, aby był agresywny, ale został skuty. Sprawa trafiła do prokuratury. – Prokuratura całą sprawę przeanalizowała i umorzyła postępowanie, uznając mnie za niewinnego – wyjaśnia Królik.

 

Bezprawnie wyrzucona z pracy

W Kętrzynie dziennikarka Wioletta Czech znana jest ze swojej nieustępliwości oraz krytykowania władz miasta. – Niektórzy mi mówili wprost: po co ty to robisz, przecież ty wiesz, kto tutaj rządzi, wiesz kto jest burmistrzem, po co się narażasz? – relacjonuje Czech. – To nigdy nie była prosta robota i nigdy nie była dobra współpraca. Może na początku – dodaje.

 

– Burmistrz przechodzi koło mnie i mówi, że kto nie jest w tym mieście z burmistrzem, ten musi wyjeżdżać – wyznaje niepokorna dziennikarka. W jednym z programów prowadzonych przez nią w lokalnej telewizji burmistrz wypowiedział się w trakcie emisji napisów końcowych, myśląc, że dźwięk już się nie nagrywa. – Ciężka jest z panią współpraca i będzie taka w przyszłości, ale to pani wybór już, nie mój – stwierdził wtedy.

 

Po tym wywiadzie, na kilka miesięcy przed wyborami samorządowymi, dziennikarka straciła pracę. – Z dnia na dzień tak naprawdę zostałam bez środków do życia – wspomina Czech. – To nie było normalne zwolnienie z pracy. To było wyrzucenie. Z różnymi komisjami na końcu, które przychodziły i sprawdzały nas do ostatniego ołówka – tłumaczy.

 

Na zatrudnienie w Kętrzynie dziennikarka nie miała szans, a więc razem ze swoim operatorem kamery założyła portal internetowy WOLNA TV. Okazało się jednak, że nie było dużego zainteresowania ze strony reklamodawców. Jak twierdzi Czech, niektórzy mówili jej wprost, że nie zareklamują się u niej, bo nie chcą zadzierać z burmistrzem.

 

Niepokornej dziennikarce udało się dostać do Rady Miasta. – Ktoś został radną i teraz ta radna musi wykazać się w tej swojej telewizji – oświadczył oficjalnie na sesji RM burmistrz, komentując w taki niewybredny sposób jej odważną działalność medialną.

 

Ukarany za sfilmowanie agresywnego burmistrza

Zbigniew Pędziwilk to były żołnierz. Siedemnaście lat temu stracił w wypadku dłoń. Gdy przeszedł na rentę, zajął się dziennikarstwem i założył portal informacyjny Nowy Sztum. Jego redakcja zajmuje powierzchnię 8 metrów kwadratowych i mieści się w pokoju jego dzieci. Do prowadzenia portalu służy mu amatorska kamera i wysłużony komputer.

 

– W interesie społecznym zadaję pytania, które powinny paść, a nie padają – mówi o swojej pracy. Pędziwilk opublikował na swoim portalu film, na  którym widać, jak burmistrz Sztumu niszczy nożem banner z hasłami, które krytykowały jego oraz Radę Miasta. Policjanci mieli wyczuć od niego woń alkoholu, ale burmistrz nie dał się przebadać alkomatem.

 

Kilka dni później Pędziwilk chciał przeprowadzić relację ze spotkania władz gminy Sztum z sołtysami, ale policjanci wyprowadzili go stamtąd siłą. To było ważne spotkanie dla mieszkańców, bo właśnie wtedy rozdzielano środki na budowę oraz remonty lokalnych dróg. – Urzędnicy i sołtysi wiedzą, że zawsze przychodzę do urzędu. Nigdy nie stwarzam problemu. Nie jestem agresywny w żaden sposób – zapewnia Pędziwilk. – Poczułem się jak przestępca w tym momencie.

Policja na zlecenie burmistrza postanowiła usunąć mieszkańca, a zarazem dziennikarza, który chciał zrobić materiał reporterski dla ogółu mieszkańców. Policjanci zażądali od Pędziwilka, aby opuścił salę, nie podając mu jednak przyczyn takiego polecenia. – Zainterweniowaliśmy w związku ze zgłoszeniem, jakie otrzymaliśmy – informuje mł. asp. Karolina Gastoł-Zawiska, rzeczniczka policji w Sztumie.

Podczas zdarzenia dziennikarza w obronę wzięli sołtysi. Policjanci wpadli w konsternację i po chwili opuścili salę, ale to nie był koniec interwencji. Na jednym z nagrań widać, jak policjant rozmawia na korytarzu z przełożonym i pyta m.in., na jaki artykuł ma się powołać. – Ustalili, że mają mnie wyprowadzić na podstawie paragrafu 51 kodeksu wykroczeń, czyli zakłócanie porządku publicznego – opowiada Pędziwilk.

Mimo sprzeciwu sołtysów policjanci użyli siły i wyprowadzili dziennikarza. Ponieważ nie ma lewej dłoni, to nie mogli założyć mu kajdanek. Warto jednak podkreślić, że pomimo faktu, iż działali na podstawie kodeksu wykroczeń, to nie ukarali dziennikarza mandatem.

Zastępca burmistrza Sztumu, Ryszard Wirtwein, w rozmowie z wysłannikiem „Superwizjera” udzielił osobliwej odpowiedzi na pytanie, od kiedy wzywa się policję do interweniowania w sprawie obecności dziennikarza w urzędzie. Oznajmił, że postępuje się tak „wtedy, kiedy zachodzi taka konieczność”. Jego zdaniem to spotkanie nie miało „charakteru informacji publicznej”, chociaż przyznał, że nie było też tajne. – Takie są zasady – uzasadnił swoje działania.

Portal Pędziwilka cieszy się dużą popularnością, ale nie przynosi zysków. Miasto nie umieszcza na jego stronie płatnych ogłoszeń, a lokalni przedsiębiorcy niechętnie umieszczają reklamy, bo nie chcą narazić się lokalnej władzy.

Mężczyzna utrzymuje swoją czteroosobową rodzinę z renty, zasiłków i tego, co do tej pory zarabiała jego partnerka. Ale niedawno straciła pracę po tym, jak wyszło na jaw, że mieszka z nim pod jednym dachem.

To tylko niektóre przykłady tego, jak niezależni, lokalni dziennikarze bywają traktowani w naszym kraju – pisze Rafał Stangreciak w tekście zamieszczonym w witrynie www.tvn24.pl.

•••••••••••••••••••••••••••••••••••••••

Reporterskie doniesienia Rafała Stangreciaka warto opatrzyć niezbędnym komentarzem, bo opisane przez niego przypadki zdarzają się przecież nie tylko w małych miasteczkach. Na własnej skórze odczułem to, niestety, w Gliwicach, rządzonych niezmiennie od blisko 24 lat przez apodyktycznego włodarza, który ustanowił w mieście osobliwe reguły gry. Jako niezależny dziennikarz, w tym m.in. redaktor naczelny opozycyjnego „ŻYCIA GLIWIC”, byłem niejednokrotnie poddawany upokarzającym praktykom ze strony rozmaitych (często – bardzo agresywnych) osobników.

Zamieszczony w jednym z wydań „ŻYCIA GLIWIC” tekst pt. „Wyrzucić dziennikarza” wywołał – dla przykładu – zdumiewające reperkusje. Utrzymana w felietonowej konwencji publikacja z opisem osobliwych poczynań Krzysztofa Kołta, brata dawnej sekretarki Zygmunta Frankiewicza (zatrudnionej potem w Urzędzie Miejskim na eksponowanym stanowisku „pełnomocnika prezydenta miasta ds. ochrony informacji niejawnych”) mocno wzburzyła wielu mieszkańców osiedla Waryńskiego.

 

Poszczuć psami pismaka

Okazało się, że Kołt, zatrudniony na co dzień w Zarządzie Dróg Miejskich, jest przez nich wręcz uwielbiany. Grożono mi więc „powyrywaniem nóg z dupy” oraz „poszczuciem psami”, jeśli jeszcze kiedykolwiek pojawię się na zebraniu członków Spółdzielni Mieszkaniowej STARE GLIWICE, w której Kołt odgrywa zbawienną jak mogłem się przekonać rolę.

Nie skończyło się jednak na obrzuceniu mnie telefonicznymi i korespondencyjnymi obelgami i wulgaryzmami. W siedzibie redakcji pojawił się osobiście jeden ze spółdzielców SM „STARE GLIWICE”. Ten sam, który na burzliwym zebraniu próbował doprowadzić do usunięcia mnie z sali obrad. Tym razem natrafił na Andrzeja Zarzyckiego, prezesa stowarzyszenia „Gliwiczanie Razem”, które było wydawcą ŻYCIA GLIWIC.

 

Wybić szyby w redakcyjnym lokalu

Zagroził Zarzyckiemu wybiciem szyb w lokalu przy placu Mlecznym, jeśli – jak to określił – „będą w dalszym ciągu publikowane w gazecie kłamstwa na temat przebiegu czerwcowego zebrania spółdzielców”. Nie wyjawił jednak, na czym polegają te rzekome kłamstwa. Nie sprecyzował też, kto i kiedy będzie fizycznie wybijał szyby w lokalu.

W maju zeszłego roku wyrzucono mnie bezceremonialnie z konferencji prasowej, zorganizowanej w ruinach Teatru VICTORIA. Gdy tylko Grzegorz Krawczyk, dyrektor ówczesnego Gliwickiego Teatru Muzycznego, dostrzegł mnie wśród kilkunastu lokalnych i regionalnych dziennikarzy, kazał mi natychmiast opuścić salę, bo w przeciwnym razie wezwie – jak oświadczył – „stosowne służby porządkowe”.

 

Wstęp tylko dla pochlebców

Było dla niego oczywiste, że prawo uczestnictwa w medialnym spotkaniu przysługuje wyłącznie dziennikarzom, którzy gwarantują odpowiedni poziom zachwytu dla aktualnej władzy, a w tym zwłaszcza bezgranicznego uwielbienia dla dyrektorskich koncepcji teatralnych samego Krawczyka.

Nie ograniczono się jednak tylko do działań represyjnych, wymierzonych we mnie. Zabrano się również za moją rodzinę. Z dnia na dzień wyrzucono na zbity pysk moją żonę z pracy w jednej z firm podległych samorządowi, bo nosi takie samo nazwisko, jak ja i z tego powodu jest napiętnowana. Wcześniej pracowała w tej instytucji kilkanaście lat i nigdy nie było pod jej adresem żadnych uwag krytycznych ze strony zwierzchników. Teraz jednak okazała się małżonką paskudnego opozycjonisty i należało się jej bezwzględnie pozbyć.

Złośliwość niektórych urzędników prezydenckich wobec mnie i mojej rodziny przyjmuje niekiedy szokującą postać. Od niedawna mieszkam (wraz z rodziną) w dzielnicy Wójtowa Wieś, w jednym z domów usytuowanych przy nowo wybudowanej ulicy, która jest gruntową drogą dojazdową do kilkudziesięciu nowych budynków mieszkalnych.

Złośliwie utrudnić życie

W wyniku działań Sebastiana Ptaka, naczelnika Wydziału Geodezji i Kartografii UM, podzielono tę prostą drogę na dwie oddzielne części, nadając każdej z nich odrębną nazwę. Taka decyzja nie miała żadnego racjonalnego uzasadnienia, a zapadła tylko dlatego, by mi udowodnić – jako wrednemu radnemu Rady Osiedla Wójtowa Wieś – kto naprawdę rządzi w mieście. Warto dodać, że bliźniaczo podobna ulica równoległa w najbliższym sąsiedztwie ma na całej długości jednolitą nazwę. Ale przy niej nie mieszka już żaden paskudny opozycjonista…

Poplątane” nazewnictwo – przy równoczesnym braku nieodzownych tabliczek informacyjnych, potrzebnych przecież do orientacji w terenie – stanowi poważny problem dla kurierów pocztowych, dostarczycieli towaru z różnych firm spedycyjnych, a także osób przyjezdnych, które nie mogą znaleźć poszukiwanego adresu. Pomimo wielokrotnych interwencji zainteresowanych mieszkańców, nikt z magistratu nie poczuwa się do obowiązku dokonania zmian bezsensownego podziału.

Niektórzy z historyków głoszą – znany w świecie nauki – pogląd, że zasada odpowiedzialności zbiorowej obowiązuje tylko w systemach totalitarnych. Pod rządami Stalina prześwietlano np. podejrzane rodziny do trzeciego pokolenia wstecz. W dzisiejszym systemie demokracji nadkłodnickiej – odwet ze strony rozwścieczonej władzy obejmuje na razie tylko współczesne rodziny jednostek niepokornych. Czy to już jest historia rodem z Orwella czy jeszcze nie?

Zbigniew LUBOWSKI

5 Comments on "Prasówka – dotkliwe represje wobec niezależnych dziennikarzy"

  1. przerażające. tyle lat i tylu fajnych chłopaków… i ich dziewczyn, tak marnie skończyło tylko dlatego, że kiedyś podobało im się na miejskich posadach. a potem przestało. czy nie z tego powodu w UM i podległych mu spółkach, jak w fabryce za PRL, większość pracuje całe życie na tych samych stanowiskach, a asocjacje rodzinne w tej "wieży Babel" nikogo nie dziwią, choć rodzą wyłącznie patologie? nie dlatego wygrywa wybory w słabej frekwencji dzięki "pospolitemu ruszeniu" miernot i ich rodzin uzależnionych od "łaskawego Pana"? skojarzenia? 

    skojarzenia tak, ale trzeba wcześniej mieć z czym. a tu, jak to na zadupiu. w bezgłośnie przepływającym ścieku zwanym rzeką Kłodnicą rozpoczyna się życie dzikich kaczek. UM na to nic. tak samo jak na pomysł bulwarów nad Kłodnicą.

    no dobra, goście mają już pod emerytkę i najmniej połowę życia zawodowego oszukiwali podatników. w końcu odejdą, a ja mam taki pomysł, żeby jeśli ich kiedyś spotkamy w okolicznościach towarzyskich, to pluć do zupy, kieliszka, za mankiet, itp. dobre czynić rzeczy w imieniu tych wszystkich, których ci wyrachowani cwaniacy okradli.

    a będzie lepiej. tzw. "opozycyjna" PO już walczy o kolejną reelekcję Zygmunta "Mściwego". jak mu załatwią fotel Senatora, to już tylko pani Tkacz-Janik ze śmiechu zaksztusi się kluską śląską. może wtedy będzie "dzień kluski za darmo"? jednej!  

     

  2. ach… przecież ten blog jest jakby… dead.

  3. Mam nadzieję że wiele osób oglądała przedmiotowe wydanie superwizjera,ja osobiście oglądałem i zgadzam się z komentarzem red. Lubowskiego który na własnej skórze odczuł wady systemu, by w końcu ludzie uświadomili sobie,że ryba psuje się od głowy.

  4. 24.05.2017. blog pod nadzorem cenzora demokratycznego dziennikarza, niezłomnego Lubowskiego, ma się coraz lepiej. dzięki nowoczesnej technologii z gliwickiej dolyny kszemu, może już wszystkie komentarze autorów, którzy go nicują, nie czytać przed niepublikacją. to duży postęp w jeszcze większej demokratyzacji! hough!

  5. "Zbigniew Pędziwilk to były żołnierz. Siedemnaście lat temu stracił w wypadku dłoń. Gdy przeszedł na rentę, zajął się dziennikarstwem i założył portal informacyjny Nowy Sztum"

    To idiota który straciłe ręke przy zabawie z fajerwerkami, skąd autor bierze informacje.

    Był żołnierzem w służbie zasadniczej. Siedzi na rencie i mu się nudzi, nie ma żadnego przygptowania aby być "redaktorem".

Leave a comment

Your email address will not be published.


*