Prasówka – Prezenterom TVP brakuje tylko mundurów

W sumie rozstawałam się z Trójką cztery razy. Raz w stanie wojennym i trzy razy w wolnej Polsce – wyznała Magdalena Jethon, wieloletnia dyrektorka radiowej Trójki, w swojej książce „Państwu pierwszym opowiem o Trójce”. Jej ciekawe wspomnienia z długoletniej pracy dziennikarskiej w sławnej rozgłośni radiowej przy ul. Myśliwieckiej 3/5/7 w Warszawie czyta się jednym tchem. Ponad 50 lat historii Trójki, dziesiątki anegdot i mnóstwo smakowitych opowieści z dziejów radia – to esencja zawartości książki, adresowanej – jak można sądzić – nie tylko do jej wiernych słuchaczy.

– Trójka ciągle jeszcze zachowała swój charakter stacji muzyczno-kulturalnej. Na szczęście można nadal spotkać tu ludzi, uwielbianych przez słuchaczy, którzy od lat pracują na piękny wizerunek Radia – Piotra Kaczkowskiego, Wojtka Manna czy Janka Chojnackiego. Trójka to dla wielu ludzi przede wszystkim dobra muzyka, kultura i inteligentna autorska rozrywka – pisze ze swadą urodzona w Polanicy-Zdroju autorka książki, która sporą część swego zawodowego życia związała ze stołeczną stacją radiową z Myśliwieckiej.

12 stycznia 2016 roku została stamtąd wyrzucona w ramach tzw. DOBREJ ZMIANY. W rozgłośni pojawili się inni ludzie z nowego rozdania kadrowego. Czy to dobrze dla legendarnej Trójki?

Wprowadzenie do radia z takimi tradycjami dziennikarzy politycznych (niezależnie, jakich poglądów), którzy nie kochają Trójki, ba – nawet nigdy jej nie słuchali (bo gdyby słuchali, to wiedzieliby, że do niej nie pasują), nie mających pojęcia o klimacie, tradycji, o wyjątkowych słuchaczach i o tym, że w Trójce pracuje się z miłości do niej – nie może skończyć się dobrze. To gwałt na szlachetnym organizmie. Czy można w ten sposób tworzyć Trójkę? Osobiście wątpię. Najbardziej boję, że słuchacze tego nie wytrzymają i odejdą. Czy da się potem odbudować nasze Radio? Nie wiem – zwierza się z dużą szczerością Magdalena Jethon.

Po przymusowym odejściu z Trójki znalazła jednak dla siebie nowe wyzwanie dziennikarskie. Od blisko dwóch lat prowadzi i redaguje niepokorny portal internetowy KODUJ.24.PL. Właśnie w tym portalu zamieściła niedawno zapis swojej rozmowy z Cezarym Łazarewiczem (ur. 1966), znanym dziennikarzem, publicystą i pisarzem. Warto zapoznać się z tym niebanalnym wywiadem, odbiegającym wyraźnie swym charakterem od wielu stereotypowych rozmów przeprowadzanych z ludźmi kultury.


 

Cezary Łazarewicz:

Nie trzeba dużo, żeby człowiek się ześwinił

 

W TVP np., żeby się kojarzyć ze stanem wojennym, brakuje tylko mundurów – mówi Cezary Łazarewicz w rozmowie z Magdą Jethon

Magda Jethon: – Wróciłeś niedawno z RPA, czy tam też źle się mówi o Polsce?
Cezary Łazarewicz: – Tam – niestety – nic o Polsce nie wiedzą, myli im się Poland z Holland.

A o zbiórce stowarzyszenia „Duma i Nowoczesność” dla mordercy i rasisty Janusza Walusia, prowadzonej na portalu nadzorowanym przez MSWiA ?

Nie. Janusz Waluś dzisiaj już nie kojarzy się z niczym. Nawet mało, kto wie, kim był Chris Hani, przywódca partii komunistycznej, którego Waluś zabił.

To dowód, że wszędzie pamięć ludzka jest ulotna?

To prawda. Dwadzieścia lat temu, kiedy pracowałem w „Przekroju”, kłóciliśmy się o okładkę, chodziło o człowieka pokroju Moczara. Młodzi stażyści nie wiedzieli, kto to jest. A jak później pracowałem we „Wprost”, to jeszcze młodszym stażystom nic nie mówiło nazwisko Adam Michnik. Taki jest dziś poziom ignorancji.

Może ludzie wypierają przeszłość, tak jest wygodniej?

Być może, choć władze w sposób niezamierzony odświeżają pamięć. Dziś, kiedy czytam stare gazety i otwieram np. „Żołnierza Wolności”, to przenoszę się do lat 80. Zaraz potem, kiedy wracam do teraźniejszości i otwieram „Gazetę Polską”, to znów jestem w czasach… „Żołnierza Wolności”. Te same mechanizmy, te same słowa, ten sam sposób opisywania rzeczywistości. Pamięć ożywa sama.

Zacząłeś pisać książki historyczne. Przeszło rok temu opisałeś jedną z najbardziej przejmujących historii okresu komunizmu – „Żeby nie było śladów” o Grzegorzu Przemyku. Dostałeś za nią Literacką Nagrodę NIKE. Teraz Twoja książka ponownie ożyła za sprawą znakomitego spektaklu w teatrze Polonia. Wszystkim się wydaje, że znają tę historię. Jednak tak nie jest. Dlaczego warto to przedstawienie zobaczyć? 

Myślę, że to, co dla nas dziś jest najciekawsze to są mechanizmy władzy, które są wieczne. I te mechanizmy można tu wyraźnie zobaczyć. Pisząc tę książkę, jeszcze przed „dobrą zmianą”, byłem pewien, że piszę książkę historyczną. Pewne rzeczy w głowie mi się nie mieściły, opisywałem fakty, którymi się brzydziłem. Najgorsze w PRL było to, że z jednostką można było zrobić wszystko. Powiedzieć: ty jesteś zdrajca, ty pijak, ty narkoman, ty homoseksualista. Tak się niszczyło ludzi. A druga rzecz – to z każdego kłamstwa można było zrobić prawdę, mając odpowiednie narzędzia, czyli media. Dziś jak patrzę na propagandę, na to, co się dzieje z mediami publicznymi, to widzę, że PiS wchodzi na te same tory. Okazuje się, że to są takie same mechanizmy. To, co się stało z wymiarem sprawiedliwości, z propagandowym rozwalaniem tej instytucji, łudząco przypomina to, co wtedy ze służbą zdrowia zrobili Kiszczak i jego koledzy, żeby chronić milicjantów. Żeby ludzie uwierzyli, że dwóch sanitariuszy śmiertelnie pobiło Przemyka, rozkręcono medialną nagonkę na służbę zdrowia. Jak się takie rzeczy uwiarygodniało? Tak jak dziś. Wystarczy powiesić baner w stu miastach polskich z informacją „sędzia taki i taki w mieście takim i takim ukradł kiełbasę”, potem zrobić o tym materiał do głównego wydania „Wiadomości” TVP, napisać dodatkowo w partyjnej prasie i gotowe. Ludzie zaczynają wierzyć, że sędziowie kradną kiełbasę. Tak samo było wtedy. Ekipa „Dziennika Telewizyjnego” zrobiła materiał o tym, że w Pcimiu Dolnym pijany sanitariusz pobił pacjenta, w „Trybunie Ludu” i w „Życiu Warszawy” ukazywały się informacje na ten temat, w tygodnikach pisano teksty publicystyczne i reporterskie pod hasłem „pogotowie rabunkowe”. Spora grupa ludzi uwierzyła, że sanitariusze to jest grupa zawodowa, która kradnie, bije i jest niebezpieczna, tak jak dziś sędziowie.

Niektóre dzisiejsze wypowiedzi polityków PiS brzmią jak kalka tamtych cynicznych peerelowskich słów. W przedstawieniu, o którym rozmawiamy, jest to bardzo czytelne. Wtedy wszystkiemu winni byli Michnik i Kuroń, dziś Tusk.

Wróg musi być i nie może być anonimowy, musi mieć imię, nazwisko i osobowość.

Jak doszło do powstania przedstawienia?

Pani Krystyna Janda napisała do mnie na Facebooku, że chciałaby zrobić przedstawienie na podstawie mojej książki. Warto tu dodać, że gdy ją pisałem wszyscy znajomi powtarzali mi, że temat znany i nikogo nie zainteresuje, więc kiedy nagle sama pani Krystyna Janda, którą podziwiam od dzieciństwa napisała do mnie, poczułem jakby palec boży mnie dotknął. Zaprosiła mnie na spotkanie i zapytała, czy zgadzam się, żeby ten spektakl został zrobiony w Jej teatrze. O niczym innym marzyć nie mogłem! Prawdę mówiąc, trochę się bałem, bo sobie nie wyobrażałem, jak można tekst reporterski przedstawić w teatrze. Tam przecież nie ma interakcji między bohaterami. Ostatecznie złożyłem swój los w ręce reżysera Piotra Ratajczaka. Efekt końcowy mocno mnie poruszył. Okazało się, że powstało wspaniałe widowisko. Nie tylko poczułem klimat tamtych lat, ale również wyraźnie zobaczyłem te mechanizmy władzy, o których wspominałem. Genialny pomysł z aktorami, którzy w trakcie przedstawienia wcielają się w wiele postaci. W jednej chwili są milicjantami, za chwilę zomowcami, sanitariuszami albo kolegami Przemyka. Na scenie nie ma nic prócz schodów i aktorów. Ta minimalistyczna scenografia to jeden z genialniejszych pomysłów.

Na Facebooku ludzie dosyć żywo reagują np. na to, jak milicjanci wtedy wzajemnie się kryli. Piszą: – „Taką samą „solidarność zawodową” widzę dzisiaj w PiS. Nieważny jest zdrowy rozsądek, nieważna jest prawda i własne przekonania – wazelina ponad wszystko. Jak u esesmanów lojalność moim honorem”. Mocne…

Ludzie szukają analogii z tym, co jest dzisiaj. Dostałem mnóstwo maili z pytaniem: czy sprawa Przemyka wydaje mi się podobna do sprawy Stachowiaka z Wrocławia. Sprawy Stachowiaka nie znam, bo jej nigdy nie badałem, ale na pierwszy rzut oka widać analogie. Chłopak zostaje pobity na komisariacie i umiera. Najpierw robi się z niego narkomana, tak samo, jak z Przemyka, później przez rok wyjaśnia się sprawę i dopiero kiedy się ukazuje reportaż w TVN, to znajdują się winni. Wylatuje główny sprawca, ale ląduje na miękkim spadochronie, dostaje superodprawy i nie zostaje zwolniony za przekroczenie uprawnień, za krycie tych, którzy naprawdę pobili, tylko przechodzi na emeryturę. Ci od Przemyka dostawali resortowe nagrody za to, że sprawę tuszowali.

W przedstawieniu padają słowa: „Nie można się bać” i drugie, mocniejsze „spier……cie, tchórze”. Czy te sformułowania dziś w jakimś sensie są kluczowe?

Jak rozmawiam z ludźmi lat 80. i pytam, jak się żyło, to oni często mówią, że starali się żyć tak, jakby byli ludźmi wolnymi. A żeby żyć, jak człowiek wolny, to nie można się bać. Ja szczęśliwie uprawiam wolny zawód, czyli dzisiaj utrzymuję się z tego, co napiszę i przez to jest mi trochę łatwiej, ale też zdaję sobie sprawę ze świńskich kompromisów, które człowiek musi zawierać. Zawsze gdzieś na końcu jest jakaś instytucja i polityk, który o tobie decyduje. Ja żyję w cudownym świecie, bo mogę powiedzieć, że nie idę na żadne kompromisy i mnie to nic nie obchodzi. Nie płacę za to żadnej ceny. Trzymam kciuki za tych, którzy mimo wszystko potrafią powiedzieć nie, a znam takich. Niestety, nie trzeba dużo, żeby człowiek się ześwinił. Zawsze zaczyna się niewinnie, małymi kroczkami. Najpierw nie zrobi tego, co powinien, bo wydaje mu się, że się narazi przełożonemu, który jest z politycznego nadania, a potem idzie coraz dalej. Kiedyś usłyszałem w Trójce w przeglądzie prasy tekst z „Gazety Polskiej”, o kolejnych wybuchach w Tupolewie i zapytałem kolegę redaktora, dlaczego wy coś takiego dajecie, przecież wiecie, że to są bzdury i kłamstwa, niczym nie poparte. On mi odpowiedział, że w ramach pluralizmu dają wszelkie głosy, które ukazują się w prasie. Ja mu mówię, przecież mogliście dać inny tekst, w ten sposób powielacie kłamstwa i uprawiacie propagandę.  Nie widział w tym niczego złego. To jest taki rodzaj kompromisu, rozciągniętego w czasie. Gdyby tym ludziom, którzy siedzą w „Wiadomościach” w Telewizji Polskiej powiedzieć na początku, zaraz po przejęciu TVP przez PiS, że będą takie rzeczy robić i czytać te haniebne paski, przekazy dnia o swojej partii, pewnie by powiedzieli, że absolutnie nie. A teraz okazało się, że drobnymi kroczkami doszli do całkowitego upadku dziennikarstwa. Dzisiaj, żeby się kojarzyć ze stanem wojennym, brakuje im tylko mundurów. Kiedyś przychodziłem jako komentator do TVP, zapraszany przez Dankę Holecką. Reprezentowałem wtedy pisma, w których pracowałem: „Politykę”, „Wprost”, „Przekrój” czy „Newsweek”, przychodzili dziennikarze z „Do Rzeczy” czy z „Rzeczpospolitej”, która wtedy była prawicową prasą i rozmawialiśmy, a Danka prowadziła tę rozmowę. Nigdy nie wiedziałem, jakie ona ma sympatie. Teraz już wiem. Jak to się kiedyś skończy, to nikt już do niej nie przyjdzie, ale nie dlatego, że jej nie lubi, tylko dlatego, że się tak wyraźnie opowiedziała po jednej stronie. Ona już może być tylko prawicową dziennikarką. Pewnie znajdzie zatrudnienie w „Gazecie Polskiej”, w „Do Rzeczy”, w Telewizji Republika, w Radiu Maryja, tylko że to już będzie na zawsze zajęcie ideologiczne, a nie dziennikarstwo.

Teraz, kiedy cały niemal świat mówi o polskim antysemityzmie, Ty razem z Ewą Winnicką wydajesz książkę o 1968 roku. Ona ukaże się lada dzień. Choć są tam różne reportaże, to jednak w Polsce rok 68 najbardziej kojarzy się z wydarzeniami marcowymi. Czy również te historie jakoś łączą Ci się z obecnymi czasami?

Dla mnie podobieństwo jest duże. Polski Marzec zaczął się od konfliktu o hasło o obozach koncentracyjnych. Wydawnictwo PWN przygotowało Encyklopedię, a w niej hasło „obozy koncentracyjne”. Pracowało nad nim kilka osób, głównie narodowości żydowskiej. I oni napisali, że 99 proc. ofiar niemieckich obozów zagłady to byli Żydzi. To spowodowało, że Moczar, wtedy szef MSW, wystosował donos do Gomułki, w którym napisał, że – uwaga – hasło jest niepatriotyczne i że źle przedstawia bohaterską walkę narodu polskiego w czasie niemieckiej okupacji. Od tego się zaczęło! Wyrzucono wszystkich autorów, którzy przy tym haśle pracowali, bo Moczar uważał, że choć w obozach zagłady głównie ginęli Żydzi, to jednak hasło powinno brzmieć inaczej. Być może myślał, że podkreślenie istotnego udziału ofiar narodowości polskiej w jakiś sposób nadmucha bańkę narodowej dumy. A dziś od czego się zaczęło? Od głupiej ustawy o IPN. Inne spory, które toczyliśmy ze swoimi sąsiadami, z Ukrainą, z Niemcami czy z Francją o widelce, były jednak o coś. Ale spór z Izraelem o Żydów wybuchł z powodu głupiej, nieskonsultowanej ustawy. Nasi ministrowie zamiast podchodzić do ważnych spraw ze skalpelem, poszli z kłonicą. No i dzisiaj cały cywilizowany świat pisze, że Polska jest krajem antysemickim. Jadąc do RPA, zatrzymałem się w Paryżu. Tam na lotnisku oglądałem ministra Jakiego, który przemawiał, chyba w Senacie, broniąc tej ustawy. Podpis pod jego zdjęciem informował, że w Polsce powstają antysemickie ustawy, że kwestionujemy Holocaust, a Żydzi protestują. Nikt już w szczegóły nie wchodzi, media muszą przedstawić Francuzowi, Niemcowi, Hiszpanowi informacje w skondensowanej postaci. Tak samo stało się z wylansowanym przez jednego europosła słowem szmalcownik, o którym Europa nie miała pojęcia, a z powodu Czarneckiego słowo to weszło do języka ogólnoświatowego.

Czy burza wokół tej feralnej ustawy o IPN może pogłębić nastroje antysemickie w Polsce?

Jak się tego dżina wypuści z butelki, to już go nikt nie powstrzyma. Już obserwujemy przyzwolenie na antysemityzm, zupełnie tak, jak w 68 roku.  Możemy sobie dzisiaj mówić, że to było 50. lat temu, że to komuniści zrobili, ale trzeba pamiętać, że tysiące ludzi chodziło na manifestacje i trzymało tablice „Syjoniści do Synaju”, „Żydzi do domu” itd. Ktoś te hasła pisał, a ludzie bili brawa. Czasem zapominamy, że to było jednak zjawisko masowe, a ci, którzy pałkami tłukli studentów pod Uniwersytetem mają dzisiaj dzieci, wnuki i opowiadają im własną historię. Ja się z antysemityzmem spotykałem zawsze. W 1997 roku, kiedy komentowałem pielgrzymkę papieską, w Zakopanem podszedłem do grupy pielgrzymów, a oni zapytali mnie, z jakiej gazety jestem. Odparłem, że z „Wyborczej”, na to oni: – „O Żydek się znalazł, Żydek, Żydek, ale to Żydzi też mogą pisać”. To było trzy dni po tym, jak Jan Paweł II wygłosił piękną homilię o pojednaniu chrześcijańsko-żydowskim, po tym, jak ściskał się z Żydami we wrocławskiej Hali Ludowej. Miało się wrażenie, że to jest pojednanie. A dzisiaj ten ściek antyżydowski wypływa w momencie, kiedy już prawie Żydów w Polsce nie ma.

Stałeś się znawcą czasów peerelowskich. Ostatnio po przyznaniu nagrody „Człowieka wolności” Julii Przyłębskiej napisałeś na Twitterze: – „Tyle nam dał wolności – „Człowiek wolności”, co prawdy moskiewska „Prawda”. Nie jesteś przypadkiem PiS-ożercą?

Absolutnie dbam o to, żeby nie być.

Czy to w ramach tego dbania powiedziałeś kiedyś, że Twój kolega ze szkoły Przemysław Gosiewski nie zasłużył na tak paskudny pomnik, jaki mu wystawili?

Bardzo go lubiłem. On nie był z mojej szkoły, ale dobrze się znaliśmy. Przemek działał w NZS na Uniwersytecie Gdańskim, a my w Darłowie chcieliśmy wydawać podziemną gazetkę. Robiliśmy to dzięki niemu, bo on załatwiał nam farby, wałek, możliwości techniczne, czyli druk w Zarządzie Regionu „Solidarności”. Był w naszej paczce razem z obecnym sekretarzem generalnym PO i posłem Stanisławem Gawłowskim, burmistrzem Darłowa Arkadiuszem Klimowiczem – dziś również z PO, jego bratem Maćkiem i ze mną. Pierwszy wywiad, który zrobiłem do podziemnej gazetki był właśnie z Przemkiem i nosił tytuł „Nasz człowiek przy Lechu”. Opowiadał mi o tym, jaki ten Lech jest wielki. Kiedy do niego przyjechałem, pierwszy raz na własne oczy zobaczyłem Lecha Wałęsę. Wszedł do jego pokoju, co prawda ochrzanił wtedy Przemka, ale poczułem jakby przemknęła przede mną historia. Miałem wtedy dwadzieścia kilka lat, najważniejszymi Polakami byli papież i Lech Wałęsa. Utrzymywałem z Przemkiem kontakt prawie do samej śmierci. Zachowuję go w pamięci do dziś, więc kiedy zobaczyłem, że w ramach bałwochwalstwa, które istnieje w Polsce, postawiono mu w Dąbkach pomnik, z którego śmieją się wszyscy, pomyślałem, że nie można zrobić niczego straszniejszego człowiekowi, niż ośmieszyć go po jego śmierci, wystawiając taką karykaturę.

Myślisz, że nie chciałby pomnika?

My w czasach komunizmu nabijaliśmy się z całej tej celebry, z pomników, z wygłaszanych przemów i nadęcia patriotycznego. Kiedy dzisiaj oglądam to nadęcie, przemarsze wojsk, flagi, narodowe symbole, koszarowy patriotyzm, który sobie wymyślili, to widzę to samo, co było za Jaruzela. Przejęli cały sztafaż, tylko trochę zmienili symbole. Do tego dochodzą te awantury o pomniki Lecha Kaczyńskiego stawiane na siłę. W Anglii jest taki piękny zwyczaj, że jak się chce kogoś upamiętnić, to się mu stawia ławkę i umieszcza stosowny napis. Ktoś na niej siądzie, odpocznie, popatrzy i powie: – Kurczę, to dzięki temu facetowi, którego w ogóle nie znałem, mogę usiąść i trochę mnie nogi mniej bolą. Nie, u nas musi to być cokół.

Wróćmy do Twojej ostatniej podróży. Czy pojechałeś do RPA, żeby zbierać materiał na nową książkę?

Pozwól mi na to pytanie nie odpowiadać, w zamian obiecuję, że w odpowiednim momencie – Pani Magdo, pani pierwszej to powiem.

Jaką masz w takim razie wizję Polski na najbliższe kilka lat?

Optymistyczną – wszystko musi wrócić do normy.

Za ile lat?

Nie wiem. Czasy szaleństwa muszą się skończyć.

Myślisz, że kiedy PiS odejdzie, to wszyscy zapomną o ludziach, którzy się mu zaprzedali?

Myślę, że nie. Wszystko będzie trzeba odbudować, ale w pamięci zostaną ci sędziowie, którzy zgłosili się do KRS i ci, których do sądów przywożono w teczce. Będzie trochę tak jak z tymi docentami marcowymi. Mija 50 lat, a my ciągle o nich słyszymy, o tych Gontarzach, o tych dziennikarzach, którzy wtedy się ześwinili. Ci wszyscy funkcjonariusze propagandowi z TVP muszą wiedzieć, że dzisiaj płacą im kupę forsy za to, co robią, za tę propagandę, ale przecież za jakiś czas już ich tam nie będzie, bo będzie normalnie. I tak jak dziś niektórzy zastanawiają się, co robią dziennikarze stanu wojennego, co robią propagandyści roku 68., spróbujmy ich odnaleźć, porozmawiać z nimi. To oni będą takimi bohaterami, do których dziennikarze za 20., 30 lat będą docierać pytając, co pan/pani myśli o tym, co robił/robiła w r. 2017, 2018.

Część z nich może będzie żałować, że postawiło na PiS?

Tak wybrali. Kiedy patrzę na Jacka Kurskiego, który jednak wywodzi się z tej szlachetnej opozycji, to myślę, jak to jest możliwe… Nie wierzę w jego ideowe pobudki, więc się zastanawiam, jak się czuje człowiek – który świadomie niszczy telewizję publiczną, po którego prezesurze telewizja będzie potrzebowała dziesiątków lat, żeby odzyskać wiarygodność – kiedy rano staje przed lustrem i spogląda sobie w oczy.

Myślę, że Kurski akurat czuje się dobrze. Przez Ciebie jednak przemawia wiara w człowieka. Co pozwala Ci być takim optymistą?

Mój optymizm wynika z wiary, że to się kiedyś skończy. Nie wiem, czy za dwa, czy za sześć, czy za dziesięć lat, ale na pewno rządy PiS się skończą. Będziemy wtedy budować społeczeństwo oparte na wzajemnym zaufaniu, a nie na nieufności. Tego jestem pewien.

Przeczytał i odnotował:

Zbigniew LUBOWSKI

 

1 Comment on "Prasówka – Prezenterom TVP brakuje tylko mundurów"

  1. macie poczucie humoru z M.Jethon

    zainteresowanym polecam wywiad z Mazurkiem: 

    Magda Jethon. Mam nadzieję, że to sytuacja tymczasowa, to się musi jakoś zmienić. Strasznie mnie ten Kaczor wpieprza.

    R.M. Co robi?

    M.J. Wpieprza! Przecież my żyjemy w jakimś kosmosie!

    R.M. To już dyktatura?

    M.J. Jesteśmy na najlepszej drodze, ale jeszcze pewne swobody obywatelskie zostały zachowane.

    R.M. Pewne swobody?

    M.J. Na razie nawet większość tych swobód, ale kierunek jest naprawdę bardzo niebezpieczny.

    R.M. A które swobody nam odebrano?

    M.J..Mam to wszystko wymieniać?

    R.M. Choć jedną.

    M.J. Hm, nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć. Może nie odebrano nam swobód tak wprost, ale pojawił się strach przed wyrażaniem poglądów.

    R.M. Najpierw mówi pani, że zachowaliśmy tylko pewne swobody, potem – że większość, a jak pytam konkretnie, to nie potrafi pani wskazać ani jednej, którą nam odebrano?

Leave a comment

Your email address will not be published.


*