Przewietrzyć zatęchłe urzędy

Jeden komentarz

Co w ulu robi larwa pszczoły, która przepoczwarzy się w królową o kilka chwil wcześniej niż jej konkurentki? Po prostu morduje swoje siostrzyczki np. przez takie zaklejenie woskiem ich komórek, żeby nie mogły się wydostać na świeże powietrze. To się dzieje instynktownie. Podobnie postępuje każdy racjonalny prezydent miasta od dnia, w którym po raz pierwszy wygrał wybory.

Poważniejszych konkurentów pozyskuje posadami, a pozostałych tak osacza i obkleja, żeby przypadkiem nie wyrośli. Żeby nie było z kim przegrać – napisał Andrzej Jarczewski w wymownym tekście pt. „Kacykoza”, opublikowanym przed kilkoma miesiącami na łamach pisma „Kurier WNET” (nr 28/2016).

Przytoczona opinia autora, dobrze znanego chyba wszystkim gliwiczanom, wydaje się wyjątkowo trafnym spostrzeżeniem w toczącej się w całym kraju zażartej debacie publicznej na temat ograniczenia maksymalnego czasu sprawowania władzy przez wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Głos w tej sprawie zabrali również – a jakże! – sami zainteresowani, protestując stanowczo przeciwko pomysłowi ustawowego wprowadzenia zasady dwukadencyjności pełnienia prominentnych funkcji w lokalnych samorządach.

Rządzić w nieskończoność

W dostępnym w sieci dokumencie opatrzonym przydługim tytułemStanowisko Zarządu Związku Miast Polskich w sprawie medialnej debaty o ograniczeniu liczby kadencji wójtów, burmistrzów i prezydentów miast” można m.in. przeczytać, że „dłuższa perspektywa budowania rozwoju miasta czy gminy zostanie zastąpiona w pierwszej kadencji chęcią zapewnienia sobie reelekcji, a w drugiej – korzystnego dla siebie zakończenia urzędowania w gminie. Pierwsze cztery lata zwykle nie wystarczą na praktyczne wdrożenie ważnych elementów wyborczego programu, a kolejne cztery lata – to szybko zbliżające się zakończenie gminnego epizodu”.

Co zrobić, żeby uniknąć takiego paskudnego scenariusza? Oczywiście – wydłużyć okres sprawowania władzy z ośmiu lat do nieskończoności. Tylko w takim przypadku samorządowi włodarze będą mogli urzeczywistnić w całej okazałości swoje wyborcze programy. Ręce precz od samorządów – wołają autorzy manifestu ZMP, adresowanego do parlamentarzystów.

Warto więc przypomnieć, kto od 2015 roku stoi na czele tej specyficznej korporacji samorządowej. Prezesem Związku Miast Polskich jest obecnie Zygmunt Frankiewicz, który od prawie 24 lat rządzi Gliwicami. Długoletni prezydent miasta nad Kłodnicą chce zapewne jeszcze długo (być może nawet – dożywotnio!) zasiadać na magistrackim stołku i z tego powodu sprokurował ostre oświadczenie protestacyjne przeciwko proponowanej zasadzie samorządowej dwukadencyjności.

Uważam, że nie należy tego traktować zbyt serio. Już starożytni Rzymianie mawiali przecież: „Nemo iudex in causa sua” („Nikt nie powinien być sędzią we własnej sprawie”). Czyżby Frankiewicz nie wiedział o tym podstawowym warunku bezstronności organu rozstrzygającego publicznie kontrowersyjną sprawę?

ZMP to nic innego, jak zwykła organizacja lobbystyczna (swoisty związek zawodowy) towarzystwa prezydentów i burmistrzów. Przypuszczenie, iż stoją za tym jakieś mityczne „samorządy miejskie”, ma taką samą wartość, jak teza, że Wydział Promocji Prezydenta Miasta w Gliwicach jest ponoć Wydziałem Promocji Miasta Urzędu Miejskiego. Cytowany dokument ZMP to po prostu przejaw zaciekłej obrony dotychczasowych apanaży i przywilejów włodarzy samorządowych z całego kraju.

Poprawka do amerykańskiej konstytucji

Jak kształtuje się sprawa kadencyjności władz publicznych w cywilizowanym świecie? Za oceanem – dla przykładu – bywało różnie w tej sferze życia politycznego. Do połowy XX wieku nie ograniczano maksymalnej liczby kadencji prezydentów USA. W efekcie Franklin Delano Roosvelt rządził np. Ameryką przez 12 lat (1933-1945). Wybierano go aż czterokrotnie na stanowisko prezydenta. Jego ostatnia kadencja zakończyła się jednak bardzo szybko z powodu śmierci schorowanego polityka.

Amerykańskie prawo uległo dopiero zmianie po kilku latach od zakończenia II wojny światowej. 27 lutego 1951 roku weszła w życie 22. poprawka do konstytucji USA (Twenty-second Amendment to the United States Constitution: “No person shall be elected to the office of the President more than twice, and no person who has held the office of President, or acted as President, for more than two years of a term to which some other person was elected President shall be elected to the office of the President more than once”).

Od tamtej chwili żaden z amerykańskich prezydentów nie mógł pełnić dłużej swojej funkcji, niż dwie kolejne kadencje czteroletnie. Taka sztuka udała się zresztą tylko 6 politykom, którzy w okresie powojennym skorzystali w pełni z konstytucyjnych uprawnień w tym względzie i dzierżyli władzę przez całe 8 lat (Truman, Eisenhower, Reagan, Clinton, Bush, Obama). Pozostali z różnych powodów krócej rządzili państwem. Jeden z nich (Kennedy) został nawet zastrzelony w trzecim roku sprawowania władzy.

Niespodzianki w polskim ustawodawstwie

Zasada dwukadencyjności została wpisana do porządku konstytucyjnego w wielu innych krajach na całym globie ziemskim. Taka reguła prawna pojawiła się m.in. w Konstytucji RP z 1997 roku. Art. 127 pkt. 2 ustawy zasadniczej wyraźnie stanowi, że Prezydent Rzeczypospolitej jest wybierany na pięcioletnią kadencję i może być ponownie wybrany tylko raz. Podobne regulacje obowiązują np. w Najwyższej Izbie Kontroli (prezes NIK może pełnić swoją funkcję nie dłużej, niż dwie sześcioletnie kadencje) oraz we wszystkich wyższych uczelniach (poszczególni rektorzy są wybierani co najwyżej na okres dwóch czteroletnich kadencji).

Takich jednoznacznych rozstrzygnięć zabrakło natomiast – z nieznanych powodów – w uchwalonej w 2002 roku ustawie o bezpośrednim wyborze wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Nie zapisano w niej oczywistego wymogu dwukadencyjności. Zezwolono włodarzom samorządowym na bezterminowe sprawowanie władzy. Trudno do dziś zrozumieć, jakimi przesłankami kierowali się twórcy tamtej ustawy. Dlaczego prezydent RP może pełnić swoją funkcję co najwyżej 10 lat, a prezydent miasta – aż dożywotnio?

Dłużej klasztora niż przeora!

Sprawowanie władzy w ustroju demokratycznym powinno być bezwzględnie ograniczone w czasie. Mało kto wie, że nawet przeor w klasztorze nie może dożywotnio sprawować swojego urzędu. Myślę, iż wynika to z głębokich (wielowiekowych) doświadczeń Kościoła Katolickiego – powiedział przed kilkoma laty Mirosław SEKUŁA, ówczesny marszałek województwa śląskiego.

Wyraził on tę znamienną opinię w rozmowie z dziennikarzem „ŻYCIA GLIWIC”. Obszerny wywiad z nim („Ograniczyć patologie w samorządach”) został opublikowany we wrześniowym numerze pisma z 2013 roku. Już wówczas mówiło się publicznie o istnieniu w wielu polskich samorządach niepokojących zjawisk o charakterze patologicznym.

Sekuła, wywodzący się – przypomnijmy – z PO, nie ukrywał, że „wcześniej czy później każda władza się deprawuje. Trzeba więc ograniczać rozmiary tego fatalnego zjawiska. Zawsze uważałem, że na wszystkich szczeblach władzy publicznej powinna być ograniczona kadencyjność. Takie rozwiązanie dobrze zrobiłoby rodzimym samorządom. Przyczyniłoby się z całą pewnością do ograniczenia występujących w tej sferze patologii” – przekonywał śląski polityk i samorządowiec (prezes NIK w latach 2001-2007).

Warto też przyjrzeć się funkcjonowaniu lokalnych władz w innych krajach Unii Europejskiej. Nie ma tam jednolitych reguł określających kadencyjność. W niektórych państwach UE obowiązują jednak ustawowe ograniczenia maksymalnego czasu sprawowania lokalnej władzy. Takie rozwiązania są stosowane we Włoszech (dwie pięcioletnie kadencje) i w Portugalii (trzy kadencje czteroletnie).

Samorządowi rekordziści

W naszym kraju panuje natomiast całkowita swoboda w tej dziedzinie (hulaj dusza, piekła nie ma!). Można bez przeszkód rządzić w miastach tak długo, ile dusza zapragnie. Ogólnopolskim rekordzistą w gronie prezydentów jest właśnie Frankiewicz z Gliwic (od 1993 roku). Kolejne miejsca na liście najdłużej rządzących prezydentów miast zajmują: Janusz Grobel z Puław (od 1994 roku) oraz Paweł Adamowicz z Gdańska, Krzysztof Hildebrandt z Wejherowa, Jacek Karnowski z Sopotu, Waldemar Socha z Żor, Jan Starzyński z Pruszkowa i Wojciech Szczurek z Gdyni (wszyscy od 1998 roku).

Czy nie należy wreszcie przewietrzyć lokalnych urzędów administracji publicznej w całym kraju i wpuścić do samorządowego krwiobiegu nieco świeżej krwi? Taka transfuzja mogłaby mieć zbawienny wpływ na zdrowie pacjenta…

Zbigniew Lubowski

1 Comment on "Przewietrzyć zatęchłe urzędy"

  1. Mogą rządzić tak długo, ile tylko dusza zapragnie? Chyba nie do końca.. W końcu ktoś tych ludzi wybiera.

Leave a comment

Your email address will not be published.


*