Pyskowickie absurdy medialne

3 komentarze

Szeregi kobiet w naszym teatrze zasilił mężczyzna – doniosła z radością Anna Hampel, autorka tekstu „Teatr Tańca Alacarte”, zamieszczonego w czerwcowym wydaniu bezpłatnego miesięcznika samorządowego „PRZEGLĄD PYSKOWICKI” (nr 6/236). Jakie były konsekwencje wspaniałego „zasilenia”, o którym z satysfakcją powiadomiła pyskowiczan domorosła żurnalistka znad Dramy?

Okazuje się, że efekty tamtego zdarzenia przeszły najśmielsze oczekiwania wszystkich zainteresowanych.  – Forma dziewczyn i Tomka nie spada –  dowiedzieli się czytelnicy periodyku finansowanego ze środków budżetu miejskiego Pyskowic.

Kim jest ów tajemniczy Tomek? To właśnie ten mężczyzna, który „zasilił”. Dzięki niemu dziewczyny są w formie. Widocznie chłop wie, jak je utrzymywać w odpowiedniej kondycji. Dysponuje zapewne stosownym narzędziem.

Na bakier z zasadami poprawnej polszczyzny

Publicystyczne dzieło Anny Hampel, obfitujące w tego rodzaju frazeologiczne i semantyczne „perełki”, jest chyba najbardziej wymownym przykładem nieporadności, a w niektórych przypadkach – wręcz nieudolności językowej, charakteryzującej autorów tekstów publikowanych na łamach „PP”.

Gazetka roi się od materiałów, które w ogóle nie zostały poddane fachowej obróbce adiustacyjnej. Wydawane w nakładzie 3,2 tys. egzemplarzy pisemko jest amatorskim biuletynem o żenującym poziomie językowo-stylistycznym.

W marcowym wydaniu „PP” (nr 3/233) zamieszczono tekst anonimowego autora posługującego się kryptonimem AW. Artykulik nosił tytuł „5400 CARPE DIEM”. Zawarto w nim osobiste refleksje autora na temat – jak sam wyznał – „cyfr składających się na 15-letnią historię teatru młodzieżowego CARPE DIEM” (nazwa placówki to łacińska sentencja zaczerpnięta z poezji Horacego, dosłownie: „Chwytaj dzień”).

Czytelnicy uzyskali m.in. informacje o „trójce” (symbol wzruszenia), „czwórce” (znak zachwytu), „dziesiątce” (alegoria szacunku), a także „czternastce” (ponura sygnatura krwi, potu i łez). Magistracki literat chciał zapewne zabłysnąć oryginalnymi metaforami, ale w rzeczywistości zademonstrował swoją matematyczną ignorancję, nie odróżniając w ogóle cyfr od liczb.

W obowiązującym w naszym kraju systemie dziesiętnym istnieje tylko dziesięć cyfr – od 0 do 9. Przyjmij więc do wiadomości, drogi miłośniku wzruszeń i zachwytów, że „dziesiątka” i „czternastka” to są liczby, a nie cyfry. Zanim znów zapałasz chęcią pisania tekstów prasowych, uzupełnij najpierw swoje braki w wykształceniu ogólnym.

W tym samym numerze miesięcznika pojawiło się też cykliczne sprawozdanie z prac Rady Miejskiej. – Celem wizyty radnych było zobaczenie jak funkcjonuje regionalne centrum dyspozycyjne dla południowej części Polski – napisała m.in. Bożena Rutkowska. To doprawdy urocza składnia językowa!

Muszę się od razu przyznać, że mam wielką ochotę na zobaczenie autorki. Chcę z bliska przyjrzeć się kobiecie, która z urzędowym zapałem potrafi tak kaleczyć polszczyznę!

Uważna lektura kwietniowego wydania „PP” (nr 4/234) dostarczyła mi również emocjonujących niespodzianek językowych. – Udostępniliśmy kolejną propozycję wystawienniczą. Można ją zwiedzać do końca kwietnia w godzinach pracy galerii – oznajmiła Bożena Jarząbek w tekście „Działalność wystawiennicza”.

Mocno mnie intryguje, od kiedy zwiedza się propozycję? To wielce dziwaczne stwierdzenie. Do tej pory wydawało mi się, że można zaznajomić się bądź np. zapoznać z propozycją. Teraz dowiedziałem się, że należy ją zwiedzać. Czy taka metoda postępowania obowiązuje tylko w Pyskowicach? W innych miastach – o ile mi wiadomo – zwiedzaniem są objęte wystawy, a nie propozycje.

Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że w bezpośrednim sąsiedztwie dziwacznych wynurzeń prasowych Bożeny Jarząbek znalazła się notatka pt. „Przedszkolaki recytują piękną polszczyzną”. Myślę, że to wyjątkowo trafna decyzja redakcyjna. Takie dwie publikacje powinny koniecznie sąsiadować ze sobą!

Majowy numer pyskowickiego periodyku (5/235) rzucił mną z wrażenia o podłogę. Bez bicia oświadczam, że takich doznań się nie spodziewałem. Na łamach osobliwego miesięcznika znad Dramy objawiła się przed sześcioma miesiącami nowa twarz miejscowej publicystyki – Marzena Tatara. To nazwisko warto zapamiętać.

Oto garść dosłownych cytatów ze zwierzeń autorki, opatrzonych intelektualnym tytułem „Namierzony, zbadany, okiełznany – czyli o problemach uczenia się”: „W pierwszej kolejności nastąpiło natarcie na różnorodne źródła informacji w poszukiwaniu ciekawych sposobów na naukę”. „Na godzinach wychowawczych, na podstawie scenariusza specjalnie przygotowanego przez inicjatorki akcji, nauczyciele rozpoczęli intelektualne natarcie na uczniowskie półkule”. „Kampania rozszerzona została również na rodziców, zatem i oni rozpoczęli szturm na swoich – starych bo starych, ale jednak wciąż – pupili”. „Nauczyciele wciąż dzielnie walczą o prawidłowy rozwój młodej latorośli”.

Militarna retoryka, którą posłużyła się Tatara, zasługuje na podziw. Ciekawe, skąd zaczerpnęła swoje niebanalne pomysły? Widzę trzy możliwości. Tatuś Marzeny T. był co najmniej majorem, jej mąż jest – być może – kapitanem, albo ona sama należy do grona zagorzałych wielbicielek Antoniego M., który w całym kraju tworzy obecnie – jak wszyscy chyba wiedzą – Wojska Obrony Terytorialnej. Dzielny minister szuka chętnych, którzy będą nacierać, szturmować i dzielnie walczyć. Tak jak Marzena…

Paskudna służalczość

Odsuńmy jednak żarty na bok. Zdaję sobie sprawę, że błędy, przypadki nieporadności językowej i rozmaite potknięcia stylistyczne przydarzają się wszystkim. Ludzka rzecz. Nie ma na świecie gazet pozbawionych błędów. To nie pomyłki językowe w periodykach prasowych są najważniejsze, lecz ich oblicze publicystyczne.

Pod tym zaś względem „PRZEGLĄD PYSKOWICKI” jest niczym innym, jak nieustającą kroniką dworską, celebrującą – rzeczywiste i urojone – osiągnięcia ekipy Wacława Kęski, który rządzi miastem od 14 lat. Irytującą cechą gazetki jest lizusostwo.

Zamieszczane w niej teksty mają serwilistyczny charakter. Ich autorzy (autorki) usiłują za wszelką cenę przypodobać się burmistrzowi i jego licznym pretorianom, a to nie jest już sprawa przypadkowych błędów, lecz świadomej polityki redakcyjnej.

Trudnej roli wyłonienia najlepszych recytatorów podjęło się jury, w którym zasiadała Agnieszka Kazubek, rzecznik Urzędu Miejskiego w Pyskowicach, znawczyni języka współczesnych mediów i wielbicielka teatru – napisała Mariola Piprowska w tekście „Miejski konkurs recytatorski” (numer  3/233).

 – Podziękowania kieruję w stronę Burmistrza Miasta i Rady Miejskiej – przymilił się Jacek Sygidus w artykuliku „Lekkoatletyka dla każdego” (nr 4/234). W tym samym wydaniu pisemka pojawił się – podobny w wydźwięku – tekst Aldony Pitery pt. „Otwarta Konopnicka”.

Jego autorka też nie mogła się powstrzymać przed umieszczeniem wazeliniarskiego ornamentu, obficie korzystając w tym celu z dużych liter: – Nisko kłaniamy się Burmistrzowi Miasta Pyskowice, dziękujemy Agnieszce Kazubek, reprezentującej UM w Pyskowicach.

Niektóre wydania „PP” nasuwają skojarzenia z bizantyjską czołobitnością. Poszczególni celebryci z dworskiej kamaryli pyskowickiej dziękują sobie wzajemnie na łamach pisemka, nie dostrzegając w ogóle groteskowego charakteru takich zachowań.

W marcowym numerze (3/233)  opublikowano na jednej ze stron dwa sąsiadujące ze sobą teksty. Po lewej – komunikat „PYSKOWICKIE WIEŻE – wręczone”, a po prawej – tekścik pt.  „Moje podziękowanie władzom Pyskowic”. O co w tej sprawie chodziło?

To proste – Jolanta Drozd, przewodnicząca Rady Miejskiej, wyrażała po lewej podziw dla Władysława Macowicza, a po prawej – Władysław Macowicz gorąco dziękował Jolancie Drozd. Klasyczny przykład Towarzystwa Wzajemnej Adoracji…

Każda okazja jest dobra, by zamieścić w gazetce hymny pochwalne pod adresem lokalnych dygnitarzy z drużyny Wodza. We wrześniowym wydaniu „PP” (nr 9/239) wyrażano się dla przykładu z dużym uznaniem o Beacie Obłąk. Dlaczego? Bo została szefową jednej ze szkół podstawowych w mieście.

W lizusowskim tekście „SZÓSTKA ma nową dyrektorkę” stwierdzono, że była „świetną nauczycielką klas najmłodszych”. Nie ograniczono się tylko do umieszczenia samego panegiryku. Na wszelki wypadek zilustrowano go jeszcze zdjęciem nowej dyrektorki. Przy okazji warto dodać, że jakość techniczna wielu fotografii publikowanych w miesięczniku pozostawia sporo do życzenia. Niektóre fotki są zwyczajnie nieostre.

Brak politycznej bezstronności

Kierownictwo „PP” nawet nie próbuje udawać, że periodyk jest bezstronnym i obiektywnym pismem, prezentującym nie tylko racje władzy, ale i stanowisko opozycji. Gazetka jest pod względem politycznym bardzo stronnicza, stanowiąc w istocie tubę propagandową ekipy sprawującej władzę w mieście.

W wydaniu czerwcowym (nr 6/236) opublikowano tekst burmistrza, Wacława Kęski, opatrując go tytułem: „Składowisko odpadów komunalnych w Pyskowicach – mity a rzeczywistość i konkrety”. Była to tendencyjna „agitka”, a nie rzetelny materiał prasowy, zredagowany z uwzględnieniem wymogów dziennikarskiego pluralizmu.

Kęska odniósł się bardzo krytycznie do ulotek rozpowszechnianych w mieście przez przedstawicieli opozycji. Zacytował jednak tylko wybrane przez siebie zdania z tekstu zamieszczonego w ulotkach. W ostrym tonie polemizował z materiałem, którego treści w całości nie przytoczył.

Skorzystał z wrednej metody, która w czasach PRL była z upodobaniem stosowana przez rządzących Polską komunistów. Ówczesna „Trybuna Ludu” (organ prasowy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej) bezlitośnie krytykowała antykomunistyczne i wydawane w podziemiu gazety, nie przytaczając jednak w ogóle treści zamieszczanych w nich artykułów.

Riposta lokalnej opozycji musiała w Pyskowicach czekać aż 4 miesiące na opublikowanie w samorządowej gazetce. Pojawiła się dopiero w październikowej edycji „PP” (nr 10/240). Tekst wydrukowano jednak na dalekich stronach 6 i 10, podczas gdy propagandowy manifest burmistrza zamieszczono w czerwcu na poczytnych stronach 2 i 4. Kierownictwo redakcji jawnie kpi sobie ze starorzymskiej zasady „AUDIATUR ET ALTERA PARS”, stanowiącej podstawową regułę działania prasy w cywilizowanym świecie.

Sami swoi przy korycie

Czy może być jednak inaczej, skoro redaktorem naczelnym miesięcznika jest radny Krzysztof Łapucha z drużyny Wacława Kęski? Spróbujmy wyobrazić sobie – dla porównania – sytuację, w której szefową redakcji sejmowego biuletynu w Warszawie byłaby posłanka Krystyna Pawłowicz (PiS). Czy ktokolwiek mógłby wówczas realnie oczekiwać, że taki biuletyn spełniałby wymogi dziennikarskiego pluralizmu i obiektywizmu?

Pyskowicki radny nie troszczy się o respektowanie etycznych reguł medialnych. Dba tylko i wyłącznie o to, żeby jego pryncypał był odpowiednio ubóstwiany na łamach samorządowego pisemka. Przyświeca mu żelazna zasada: „numer miesięcznika bez pochwał pod adresem Kęski jest numerem bezpowrotnie straconym”.

Stanowczy sprzeciw musi budzić jednak nie tylko obsada stanowiska szefa redakcji „PP”. Kuriozalny jest też skład personalny kolegium redakcyjnego gazetki. Zasiada w nim 5 osób: Piotr Denisiewicz – zastępca naczelnika Wydziału Organizacyjnego UM, Teresa Gorczyca – emerytowana dyrektorka Szkoły Podstawowej nr 3 i zarazem była radna (2002-2010) z drużyny Jolanty Drozd, Agnieszka Kazubek – rzeczniczka prasowa burmistrza, Waldemar Obłąk – obecny radny z drużyny Wacława Kęski, Ilona Paszek – emerytowana dyrektorka Szkoły Podstawowej nr 6 i zarazem była radna (2006-2010) z drużyny Jolanty Drozd.

Jest to typowo polityczne gremium, po którym z natury rzeczy nie można spodziewać się bezstronności w ocenie dziennikarskich materiałów trafiających do redakcji. Są to po prostu –– jak w znanym filmie – „sami swoi”, którzy zrobią wszystko, by tylko pognębić i zdyskredytować lokalną opozycję w oczach opinii publicznej.

A przecież nie wszyscy z pyskowiczan głosowali przed dwoma laty na Wacława Kęskę. Wygrał on nieznaczną większością głosów dopiero w drugiej turze wyborów samorządowych w 2014 roku. Teraz zachowuje się zaś w sposób triumfalistyczny, zgodnie z wyznawaną przez siebie filozofią życiową: „zwycięzca bierze wszystko”.

Wyznaczone przez niego kolegium redakcyjne „PP” zatwierdza do druku tylko takie teksty, które wcześniej on sam – jak można przypuszczać – zaakceptuje. W dodatku jest zwierzchnikiem Elżbiety Łapuchy, zatrudnionej w UM na stanowisku tzw. audytora wewnętrznego. To córka Krzysztofa Łapuchy. Rodzinne powiązania pyskowickiej kamaryli dworskiej z pogranicza lokalnej władzy i mediów są wymownym świadectwem istnienia niebezpiecznej sitwy w mieście.

Nie bez znaczenia w całej tej sprawie jest też aspekt moralny. Osoby z kolegium redakcyjnego pozytywnie opiniują materiały, które dotyczą ich samych bądź członków ich rodzin. Konsekwencją takiego procederu są służalcze teksty z pochwałami pod adresem Agnieszki Kazubek (ceniona „znawczyni języka współczesnych mediów”) i Beaty Obłąk, żony Waldemara Obłąka („świetna nauczycielka klas najmłodszych”).

Jak u Barei…

Ile to wszystko kosztuje? Ok. 30 tysięcy zł z budżetu miejskiego. Tyle muszą płacić pyskowiccy podatnicy, by ekipa rządząca miastem mogła wychwalać się pod niebiosa w samorządowej gazetce. Przypomina się tutaj nieśmiertelna scena ze słynnej komedii filmowej Stanisława Barei pt. „Miś”: Łubu dubułubu dubu, niech żyje nam prezes naszego klubu. To mówiłem ja – Jarząbek Wacław, trener drugiej klasy. Niech żyje nam prezes sto lat!

Zbigniew Lubowski

3 Comments on "Pyskowickie absurdy medialne"

  1. Brawo Panie redaktorze za świetny i odważny artykuł,który w sposób trafny obnaża burmistrza i jego wierny elektorat. Z moich obserwacji Przegląd Pyskowicki głównie trafia  do osób starszych,w mojej ocenie jego zawartość od kilkunastu lat kształtuje fałszywą świadomość czytelników na temat zarządzania miastem przez p.Kęskę.

  2. Uważna lektura najnowszego wydania PRZEGLĄDU PYSKOWICKIEGO (nr 11/241) pozwala na wyciągnięcie oczywistego wniosku, że kierownictwo redakcji miesięcznika zupełnie zbagatelizowało krytyczne uwagi na temat tego osobliwego pisemka. Wystarczy zapoznać się z dosłownymi cytatami niektórych tekstów opublikowanych w listopadowym numerze gazetki:

    Oto cytat pierwszy: „Naszą uroczystość UŚWIETNILI zaproszeni goście: Zastępca Burmistrza Miasta Pyskowice – Adam Wójcik oraz dyrektor MOKiS – Henryk Sibielak. Nie zabrakło rzecznik UM Pyskowice Agnieszki Kazubek. SPECJALNE PODZIĘKOWANIE KIERUJEMY w stronę dyrektora MOKiS, Henryka Sibielaka za możliwość zorganizowania naszego konkursu w sali widowiskowej” (str. 5 – autorki: Daria Knopek i Magdalena Leżała).

    A teraz pora na cytat drugi: „Zapraszamy do zwiedzania naszych propozycji do końca listopada w  godzinach pracy Pyskowickiego Centrum Wystawienniczego w Ratuszu (Rynek 1), od poniedziałku do piątku w godzinach 10.00-18.00” (str. 9 – autorka: Bożena Jarząbek).

    Na dwóch różnych stronach listopadowego miesięcznika zamieszczono ponadto zdjęcia Wacława Kęski (strony 2 i 4). Czyżby redaktor naczelny „PP”, Krzysztof Łapucha, uznał, że czytelnicy po obejrzeniu str. 2 zapomną już, jak wygląda Kęska i z tego powodu należy im koniecznie przypomnieć na str. 4 aktualny wygląd burmistrza?

    Nasuwają się jeszcze dwa inne pytania. Czy fotografie zamieszczane w miesięczniku muszą naprawdę być takie paskudne pod względem jakości technicznej? Czyżby w całym Urzędzie Miejskim w Pyskowicach nie było nikogo, kto dysponowałby porządnym aparatem fotograficznym, umożliwiającym wykonywanie zdjęć o przyzwoitej rozdzielczości? 

  3. W końcu konkretny dziennikarz zabrał się za towarzystwo skupione wokół p. Kęski i całkowicie jemu podporządkowane. Świetny język, trafne ujęcie tematu i ocena niechlujnie przygotowanych tekstów. Pokazanie jawne skali patologii i powiązań na pewno uderzy w osoby redakcji Przegladu Pyskowickiego.Sprawa ma nie tylko wymiar moralny. To rzeczywiście zalatuje przekazem przeszłej Trybuny Ludu i stosowanie cenzury dla potrzeb uwielbienia swego władcy – czyli p. Kęski. Ważne, żeby ten wytworzony układ wieloletni zostął nie tylko obnażony, ale żeby mieszkańcy mieli świadomość jaki przekaz dociera do ich mieszkań i przez kogo rekomnedowany.

Leave a comment

Your email address will not be published.


*