Reklamy szpecą miasto. Czy legalnie?

Między innymi o to zdecydował zapytać Zarząd Dróg Miejskich w Gliwicach Bronisław Keller, po otrzymaniu "zdjęciowej przesyłki" od Mariana Jabłońskiego. Obaj Panowie od długiego czasu dają się poznać gliwiczanom jako niestrudzeni obrońcy piękna Gliwic i, jak się okazuje, normalności.

Oto pismo Bronisława Kellera wraz z załączonym materiałem poglądowym:

Zarząd Dróg Miejskich w Gliwicach
 
Dotyczy:  Reklam w mieście Gliwice.

Otrzymałem  od  Pana Mariana Jabłońskiego,  Człowieka Ziemi Gliwickiej za 2012 r.  informację związaną z  reklamami w  Gliwicach.  Jego walka z brzydotą  miasta i  poprawa wizerunku, powinna również być  wspólnym celem Instytucji Publicznych.
Do nich zaliczam Zarząd Dróg Miejskich (chyba, że się mylę), który na podstawie załączonych zdjęć powinien sprawdzić, które reklamy znajdują się w pasie drogowym i czy posiadają zgodę na ekspozycję. 
Jest  to niezależne od działań, które podejmuje Pan Jabłoński w powiadamianiu  innych  Instytucji.

Proszę o potwierdzenie otrzymania tej korespondencji. Czy mogę nieśmiało prosić  o udzielenie odpowiedzi  bez zbędnej zwłoki, a nie w  czasie pełnego miesiąca, jak to stało się w zwyczaju Zarządu Dróg Miejskich?
Bronisław Keller

UWAGA: Redakcja prosi o nadsyłanie zdjęć innych "węzłów reklamowych" – fotografie zostaną również przesłane do ZDM jako materiał poglądowy do pisma Pana Kellera.

4 Comments on "Reklamy szpecą miasto. Czy legalnie?"

  1. "Legalne oszpecanie miasta"? Już za tak postawioną kwestię powinno się łamać kołem.

    To, że ktoś uzyskał zezwolenie na umieszczenie reklamy w przestrzeni publicznej nie oznacza, że może tą przestrzeń oszpecać, co niestety nie jest oczywiste dla urzędników odpowiedzialnych za miasto, a którzy jednocześnie usiłują propagandą wmówić Światu, że Gliwice są atrakcyjnym miejscem do życia.

     A co ze śmieciową drobnicą "reklamową"? Ile jest w mieście słupów i latarń, na których nie łuszczą się ulotki i karteczki z adresami i numerami telefonów, ile plakatów różnych stowarzyszeń parających się – UWAGA – kulturą, sztuką i kształceniem młodych pokoleń, czyli tych wszystkich "kochających Gliwice" na murach, płotach, przystankach, szafach wys. napięcia, itd? Tego chyba już nie widać… 

    Gliwiccy urzędnicy jak zwykle nie są zdolni nawet do kopiowania dobrych pomysłów, które porządkują przynajmniej centra innych miast, ich zawsze "ograniczają" jakieś przepisy, które nie ograniczają innych. Za to na każdym kroku widać, że realizują swoją pokraczną wizję miasta, jako miejsca dla parkujących w centrum samochody z przedmieść i "słoików", wdrażają zarzucone przez mądrzejszą zachodnią Europę pomysły (np. komunikacyjne) z lat 60-70-tych ub. wieku i jak "dzicy" rzucają się na wszelkiego rodzaju tandetne "paciorki", którymi równie skutecznie jak rodzimy biznes, kaleczą estetyczny porządek. W Gliwicach rządzą głupota, brak wyobraźni i elementarnego zmysłu estetycznego, kicz i tandeta. Ale to nie wszystko, bowiem w tym za PRL-u pięknym przez analogię z biednymi sąsiadami mieście, niepodzielnie rządzi BRUD, co jakoś też odpowiedzialnym snu z powiek nie spędza. Niby sterty biletów NBP zaoszczędzono na braku śniegu, ale widać, że brud na ulicach jest równie stabilny co władza w Gliwicach. 

    Coraz mniej to dziwi kiedy zdać sobie sprawę, że przecież nasze tzw. "elity" urzędnicze, polityczne, biznesowe i wreszcie artystyczne, w większości mieszkają na wsi. Miasta, jak widać, nie rozumieją nawet po paru dekadach od skończenia studiów, które dały im okazję do pozostania w Gliwicach, zamiast kariery w rodzinnych PGR-ach. Nie wiedzą jakie miasto ma spełniać funkcje, a łączy ich z nim jedynie miejsce zarobkowania i to jedynie przez pięć dni w tygodniu, bo weekendy to przecież u sia, doma na wsi. Miasto jest dla nich obcą i wrogą przestrzenią. Ech, można o tym godzinami…

    A jakie sukcesy w walce z wiejskim syfem w mieście odniósł do tej pory p. Jabłoński? A p. Keller? Tego jestem ciekaw, bo jakiejkolwiek poprawy obecnego stanu zasyfienia miasta nie widzę i dobrze nie rokuję. Widzę coś przeciwnego, ale o tym też można godzinami…

    W Poznaniu, po inspekcji tylko w centrum stwierdzono, że blisko 80% reklam nie ma pozwoleń.

    Miejskiego aktywistę, który postanowi oczyścić miasto z nielegalnych reklam, w przypadku zatrzymania na miejscu sprzątania, czeka oskarżenie przez prokuraturę za niszczenie mienia i rozprawa sądowa z wyrokiem skazującym. 

    Z badań wynika, że ponad 85% Polaków, reklamowy śmietnik w przestzreni publicznej nie przeszkadza.

    Zaliczam się do tych 14% "demokratycznie skazanych" na obraźliwy dyktat apologetów brudu i reklamowych śmieci jako wystroju życia i troglodytów, którzy 24h/dobę w tandetnych garsonkach, garniakach, dresach i ubraniach roboczych, coraz agresywniej zawłaszczają miasto i coraz przeraźliwiej głośno i grubiańsko manifestują swoje zwycięstwo. A żeby mnie dobić, jacyś tani jak ze sklepu "wszystko za 2 zł"zadowoleni kretyni, na łamach lokalnych "kpin z dziennikarstwa" twierdzą, że gliwiczanie tego chcą, że to jest bardzo dobry wybór i że należą się im oklaski równie gromkie jak władzom, które wprowadziły Gliwice "na dobrą drogę". 

  2. I jeszcze coś. Równie oczywistego jak banalnego, bo obserwuję ten sam schemat od lat. Tu nie będzie postów, dyskusji, a już na pewno rewolucji. Tak jak nie ma ich pod tekstami stricte o kulturze, bo to miasto nie potrzebuje kultury. Milczący wsteczny konserwatyzm jak huba na drzewie, pasożytujący na gliwickiej społeczności, nie potrzebuje kultury, a więc też ładu i porządku, jak ją rozumieją nieliczni znawcy. Dlatego też mamy w Gliwicach swego rodzaju anarchię w ramach prawa akceptowaną przez ogół. Bo też ten ogół na powszechnej anarchii na swój mały partykularny sposób korzysta. Sra psami, parkuje samochodami, śmieci, gdzie i kiedy chce. W Internecie się oburza. Sarmatyzm pełną gębą, tyle, że dziś szlachetków zastąpiły wsiury, pospolity gmin z błota. Wieśniacza społeczność nie wykształciwszy w sobie cech mieszczańskich nie potrzebuje i nie chce nowych idei. Ma własną tradycję, którą ciągle świetnie czuje i smakuje z lubością, a nadto rozlewa jak świnia szczyny na bruku, bo wyssała ją z mlekiem matki, "jak antysemityzm", jak twierdzi wielu niechętnych polskiemu przewodnictwu wśród narodów. Oczywiście twierdzą tak bezprawnie, bo każdy politycznie myślący człowiek, a Polak w szczególności wie, że w Jedwabnem to Niemcy palili, a w Powstaniu Warszawskim Żydów nie było i kropka!  Jak ktoś nie wierzy, to do Muzeum Powstania w Warszawie uda się. A jak za daleko, to film zobaczy w kinie albo recenzję chwalebną choiaż przeczyta. Ostatecznie potomek opowie jak było, na pokazie dla szkół. Frekwencja Panie, to musi być, musowo! I tak, jeden smród toczy walkę z innym, podobnym, tylko napasionym. Dlatego gliwicka "debata publiczna" zamyka się w magicznej arenie cyrkowej, gdzie zarzuty publiczności każdy urzędas, klaun może zbyć byle jaką ripostą lub milczeniem. Pieniądze wydawane z budżetu miasta "na kulturę" są jawną niegospodarnością. To, co dziś w Gliwicach anonsuje się jako kulturę wystarczy przeflacncować na… odpust! I szafa gra. Lawiny postów są pod różnymi cyklicznie dostarczanymi przez udawaczy dziennikarzy pierdolinami, którymi emocjonuje się statystyczny burak miejski i cukrowy, który to ma siebie za Obywatela, bo w sieci się wygardłuje i ponarzeka. W to Im graj! Tu burak burakiem buraka buraczy i wszyscy są zaburaczeni ze szczęścia. Komuś dojebać, tak po katolicku? Owszem, chętnie, wszak wszyscy razem na mszy w niedzielę, ale tam nie wypada, tam wszyscy równi. Chłopstwu nie o miasto chodzi, oni tu zawsze na targ, czyli po zarobek i do lepszej karczmy wycieczki robili, tak i dziś, na chwilę tylko wóz zaparkować. Chłopscy kpiarze, którzy nabijają się ze zlikwidowanego "balcerka" nie zauważyli, że on dawno temu, jeszcze przed likwidacją przeniósł się do GCH i na reprezentacyjną ul. Zwycięstwa. Pod blachą falistą był nie do zniesienia dla nowych wiejskich gliwiczan, bo blokował im śednicową drogę do wiejskich domów, ale w "antycznym" c.h. i na głównej ulicy, którą inny wiecheć obiecuje zamienić w deptak dla duchów już im nie przeszkadza.  Na kilku tzw. panelach, debatach i tym podobnych bywałem. Najfajniej było obserwować z roku na rok gasnącą chęć do rozmowy i kurczącą się frekwencję. Zawsze wierni pozostawali sfiksowani staruszkowie i fałszywi działacze, którzy w końcu okazywali się być akwizytorami głosów w wyborach na radnych, itp. kurestwo.  A dziś beznamiętnie patrzę na kolejny z niekończącej się serii propagandowych gniotów finansowanych przez budżet miejski Gliwic, w którym jakieś żałosne pacynki deklamują teksty z dupy wzięte, i wiem, że te pacynki sterowane cudzymi palcami naprawdę oddadzą naprawdę wiele, by móc zobaczyć choćby tylko w telewizorze siatkarzy, poczuć telewizyjny przekaz rzekomej sportowej tradycji Gliwic, czy iluzoryczne pierdolnięcie adrenaliny w krwioobieg "ekstremalnego" pedałowca via szybkie łącze dzięki usłudze ŚSM. Są jeszcze "współcześni wojownicy" w postaci jakiegoś podstarzałego smakosza spalin i smrodu palonej gumy, a jako wisienka na "torcie z Biedronki" prezydent Frankiewicz, który nie wiadomo skąd wziął entuzjastycznie nastawionych mieszkańców i dopingujących do budowy hali ekspertów. Dziwne trochę, bo dopytywany od lat, nigdy nie podał ich nazwisk. Ale można zakładać, że tym eksperckim zapleczem Frankiewicza jest lobby znajomych budowlańców i karczmarzy, oraz sportowców w typie emerytki Ireny Szewinskiej, "dyrektora" Kręciny, czy Jagny Marczułajtis, która całą parą ciśnie finansowanie przez cały kraj zimowej imprezy w Krakowie z Tatrami za rogatkami.  A przecież nazwę hali można zmieniać częściej i za każdym razem będzie trzeba kręcić i drukować nowe reklamówki. Ach, mieć taki kontrakt… "oddałabym wiele…"

  3. Coś ciekawego do poczytania a propos tematu …http://dynamiczni.pl/reklamy-tancza-na-ulicach-miast/

    • Niech poczytają studenci gliwickiego archiwydziału Politechniki Śl. Chociaż coś już chyba czytali – inaczej nie byłoby ich "happeningu" na Dworcu PKP.

Leave a comment

Your email address will not be published.


*