REKTORIADA, czyli kariera TW „Jana” (cz.1)

7 komentarzy

Rozmowa z Andrzejem JARCZEWSKIM, współautorem ogólnopolskiej Encyklopedii „Solidarności”, cenionym znawcą problemów antykomunistycznego podziemia niepodległościowego w czasach PRL.

tgFoto: 24gliwice.p

– Kiedy się pan dowiedział, że rektor GWSP, Tadeusz Grabowiecki, to agent?

– Nigdy. Ja tego nie wiem do dziś.

– Ale prokurator IPN wszczął postępowanie lustracyjne.

– To wymaga doprecyzowania. Prokurator faktycznie złożył odpowiedni wniosek, ale chodzi o inną sprawę, mianowicie o to, że Tadeusz Grabowiecki (jako kandydat na radnego) skłamał, twierdząc, że nie był tajnym współpracownikiem „bezpieki”.

– A był?

– Był. Na razie są dowody takie, że był tajnym współpracownikiem „bezpieki”, a nie agentem. To są różne sprawy. Ta pierwsza jest pewna, ta druga – niepewna.

– W jaki sposób pan się o tym dowiedział? I jak pan to przyjął, bo przecież działaliście razem na Politechnice Śląskiej przed stanem wojennym.

– Przyjąłem to chyba standardowo. Pierwszą reakcją zazwyczaj bywa odrzucenie wiadomości, która mogłaby zburzyć dotychczasowy pozytywny obraz danej osoby. I tak było w tym wypadku. W roku 2003 otrzymałem dokumenty, gromadzone przez „bezpiekę” na mój temat. Znalazłem materiały, z których mogłoby wynikać, że w stanie wojennym w mieszkaniu Grabowieckich założono podsłuch. Był to meldunek z prawdziwym opisem mojej wizyty u Grabowieckiego po jego powrocie z internowania: rozmowa i przekazanie bibuły drukowanej przez Akademicką Grupę Oporu.

– To pana zaniepokoiło?

Nie. Początkowo, przytłoczony masą kserokopii, wcale się tym nie zainteresowałem, bo jakoś tak bezrefleksyjnie przyjąłem, że „bezpieka” mogła podsłuchiwać każdego. Zresztą w stanie wojennym żyło się ze świadomością wszechwładzy i bezkarności „bezpieki”. Wydawało się, że jesteśmy stale śledzeni, że w każdej chwili SB może założyć podsłuch telefonów (PT) lub podsłuch pomieszczeń (PP). Znalazłem również decyzję o założeniu PP i PT w moim mieszkaniu. Po otrzymaniu tych teczek sam byłem ciekaw, co też u mnie nagrano.

– I co się okazało?

– Spotkało mnie rozczarowanie. Otóż dowiedziałem się, że ta decyzja nie była wykonana, bo zgodę na założenie podsłuchu w każdej sprawie (z wyjątkiem zdarzeń nagłych) musiał wydać aż… wiceminister! A ten nie był idiotą, wiedział, ile kosztuje założenie, prowadzenie i opracowanie podsłuchu, a więc – wbrew powszechnej opinii – zadziwiająco rzadko takiej zgody udzielał. Wtedy przeżyłem pierwsze zwątpienie. No bo skoro nie zakładano podsłuchów w domach prawdziwych działaczy i szefów konspiry, to dlaczego miałby istnieć podsłuch w domu osoby całkowicie biernej? Wiedziałem przecież, że Grabowiecki nigdy żadnej nielegalnej działalności nie podjął.

– A jak pan zareagował na zidentyfikowanie TW „Jana”?

– Ano właśnie, teraz mamy ten drugi etap. Gdy zorientowałem się, że znaleziony w dokumentach „bezpieki” opis mojej wizyty u Grabowieckiego jest trochę za dokładny, zrobiłem kserokopię tego meldunku i wręczyłem ją Grabowieckiemu z wyraźną sugestią, żeby wyjaśnił sprawę w IPN i złożył wniosek o uzyskanie statusu pokrzywdzonego. No i Grabowiecki pojechał do IPN-u, ale – z oczywistych względów – otrzymał odpowiedź odmowną. Ja wtedy o tym nie wiedziałem, dwukrotnie pytałem go tylko o postępy w tej sprawie i otrzymywałem krótkie, pokrętne odpowiedzi. Wtedy zacząłem dokładniej czytać inne dokumenty i coraz więcej układanek się rozsypywało.

– Nie przeszkodziło to panu w pisaniu laurkowego biogramu Tadeusza Grabowieckiego dla potrzeb Encyklopedii „Solidarności”?

– Wszystko, co o nim napisałem, jest prawdą, dokładniej: taką częścią prawdy, jaką poznałem w roku 1981, kiedy to Tadeusz Grabowiecki był założycielem i redaktorem naczelnym czasopisma, wydawanego legalnie przez Komisję Zakładową „S” Politechniki Śląskiej (ja pełniłem tam funkcję redaktora technicznego). Ta współpraca układała się bardzo dobrze, a sam tygodnik, coraz grubszy, kilkudziesięciostronicowy, był wartościowy i ciekawy.

– Czy encyklopedyczny biogram Grabowieckiego musiał być autoryzowany przez samego zainteresowanego?

– Tak. Obowiązywały bowiem takie właśnie reguły. Grabowiecki musiał jednak wcześniej wypełnić 48-stronicową, szczegółową ankietę. W podobny sposób opracowałem kilkadziesiąt innych haseł encyklopedycznych. Ten biogram, jak każdy, jest starannie udokumentowany i nie może być zmieniony na podstawie moich domniemań, czy nawet na podstawie mojej wiedzy. Muszą być prawomocne dokumenty, a te zostaną dopiero wytworzone w procesie lustracyjnym.

– Wiedział pan już wtedy, kim był Grabowiecki?

– Miałem prawo przypuszczać, że jeśli nawet w latach siedemdziesiątych XX wieku miał chwile politycznej słabości, to odpracował to z nawiązką w późniejszej działalności na rzecz NSZZ „S”. Był wszak pierwszym, który tworzył nowy związek zawodowy na Politechnice Śląskiej.

– A dziś jak pan na to patrzy?

– Ja nie jestem jakimś nawiedzonym lustratorem. Komuniści opracowali niesamowicie skuteczne sposoby łamania ludzi. Wielu tego nie wytrzymało, ale też wielu potrafiło się otrząsnąć, przyznać się do błędów i te błędy odpracować. Piszę o tym dużo w mojej ostatniej książce. Naprawdę długo wierzyłem, że Grabowiecki należy do tej lepszej kategorii i nigdy nie podejmowałem przeciwko niemu żadnych działań, choć on kilkakrotnie wykazał się przykrą hipokryzją i nawet agresją przeciwko mnie, ale o tym nie chcę mówić.

4 Comments on "REKTORIADA, czyli kariera TW „Jana” (cz.1)"

  1. GOGOL PRZEJAZDEM | 11 kwietnia 2013 at 4:39 pm | Odpowiedz

    „…REKTORIADA, czyli kariera TW „Jana” (cz.1)…”

    Nie wiem jak to się nazywa, ale jak on w tym jest ,to daje sygnał -„raczej nic się nie zmieni…”
    http://fotozrzut.pl/zdjecia/92849e3d1d.png
    ***********************************
    http://www.emotka.pl/emotikony/klasyczne/0529.gif
    NIC JUŻ NIE BĘDZIE TAKIE JAK BYŁO…

  2. Dlaczego on nadal jest „rektorem”? Do tej pory miasto wydało kilkanaście mln zł na poręczenia majątkowe szkoły Grabowieckiego. Grabowiecki to wieloletni współpracownik Frankiewicza.

  3. marianandrzejczak | 12 kwietnia 2013 at 9:42 am | Odpowiedz

    Bo miasto ma wizję. Poręcza nie swoimi pieniędzmi co jest łatwiejsze niż poręczenie własnymi.
    Rada Miejska jest kompletnie niepotrzebna bo i tak akceptuje to co chce garstka.

    Miasto jest zawłaszczone na każdej płaszczyźnie.
    Śmiechu warta ta naukowa uczelnia.
    Takich są setki .
    Dziesiątki razy powtarzałem i powtórzę jeszcze raz.
    To Stwór do mielenia kasy i niczego więcej.
    Jest to oczywiście tylko maja opinia.

    Gdyby „MATOLSTWO” ministerialne monitorowało rynek i zapotrzebowanie to by wiedziało że potrzebne są konkretne zawody (szkoły zawodowe)a nie kretyńskie dyplomy mgr. z dziedziny socjologicznej politologii bezpieczeństwa narodowego.
    I tak „bachory” wysoce postawionych dostaną intratne posady ssaczy miejskich i państwowych.
    Żaden adept AKADEMIJI nie mający pleców nie otrzyma intratnej posady chyba że woźnego w kiblu o ile miasto kibel zbuduje i spółkę założy.
    To jednak Prezesiątko i cała otoczka prezesiątka. Budynki i biura.
    Warto pomyśleć Miastu bo to nie takie głupie. Potrzeba kibla bynajmniej w Łabędach niezbędna od zaraz!

    Dlaczego jest rektorem mnie tyle obchodzi ile zeszłoroczny śnieg.
    Mnie obchodzi dlaczego miasto za aprobatą Rady Miasta „ładuje” tam kasę w postaci poręczeń.

    To taki magnes gdyby jaki polityk czy inny typek nie miał roboty.
    Ot tramwajowy przystanek…

  4. „…Bo miasto ma wizję….”
    Wrrróóóóć !

    FRANEK MA WIZJĘ !
    FRANEK MA MIASTO !

Leave a comment

Your email address will not be published.


*