Sceniczna żenada

3 komentarze

Teatr Miejski w Gliwicach dysponuje od niedawną Małą Sceną. Gdzie ją utworzono? W jednym z pomieszczeń w głównej siedzibie placówki przy ul. Nowy Świat 55/57. Dawni bywalcy Operetki Śląskiej wspominają z rozrzewnieniem, że na piętrze tego budynku znajdował się niegdyś sympatyczny bufet teatralny. Potem po przeniesieniu gastronomii na parter powstała tam przestronna sala bankietowa. Wykorzystywano ją do uroczystych spotkań artystów Gliwickiego Teatru Muzycznego z publicznością. Teraz pełni ona właśnie rolę Małej Sceny.

Niewielka widownia z 90 miejscami siedzącymi podkreśla jej kameralny charakter. Tam wystawiono premierowy spektakl pt. „O Józku, który grał big-bit”, inspirowany – jak napisano w okolicznościowej broszurze teatralnej – autentycznymi wydarzeniami z lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Niewątpliwym bohaterem widowiska jest Józef K. Kim on był?

Z kart muzycznej encyklopedii

Muzyczni znawcy i eksperci nie mają wątpliwości, że Józef KRZECZEK (1939-1991) był utalentowanym pianistą, który odegrał istotną rolę w pionierskiej epoce big-beatu w naszym kraju. W wydanej w połowie lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku Encyklopedii Polskiej Muzyki Rockowej „ROCK’N”ROLL 1959-1973” możemy przeczytać, że grający na instrumentach klawiszowych Krzeczek był w latach 1962-1965 jednym z pierwszych kierowników muzycznych i liderów CZERWONO-CZARNYCH.

Pod tą nazwą kryła się żywiołowa formacja rock’n’rollowa z Gdańska, zaliczana do grona historycznych prekursorów big-beatu w Polsce. Swojskie określenie „big-beat” miało w epoce Władysława Gomułki zastępować obce kulturowo pojęcie „rock’n’roll”, którego nie wolno było używać w kraju socjalistycznym.

Krzeczek przyczynił się w niemałym stopniu – wraz z saksofonistą Przemysławem Gwoździowskim – do odkrycia i wylansowania Heleny Majdaniec, Katarzyny Sobczyk, Karin Stanek, Michaja Burano, Wojciecha Gąssowskiego i Macieja Kossowskiego, a więc wokalistów, którzy dzięki swej współpracy z kolorowym zespołem z Gdańska stali się później gwiazdami rodzimej piosenki.

Józef Krzeczek był jednak nie tylko uzdolnionym muzykiem i animatorem rodzącej się wówczas działalności estradowej w Polsce, ale również kompozytorem wielkich przebojów z tamtych lat – „O mnie się nie martw” z repertuaru Katarzyny Sobczyk, popularnych „Dwudziestolatków” i znanej piosenki „Agatko, pocałuj” z repertuaru Macieja Kossowskiego. W 1965 roku został z tego powodu uznany – głosami czytelników miesięcznika „Jazz” – za najlepszego kompozytora muzyki rozrywkowej w naszym kraju (utwór „O mnie się nie martw” zyskał wtedy miano najlepszej piosenki roku).

Hołd czy farsa?

Twórcy spektaklu chcieli zapewne złożyć artystyczny hołd postaci Krzeczka. Skończyło się to jednak kompletnym fiaskiem. Trwające ok. 70 minut przedstawienie, składające się z kilkunastu luźno ze sobą powiązanych scenek o osobliwej konstrukcji fabularnej, sprawia przygnębiające wrażenie żenującego widowiska para-muzycznego, w którym ogarnięty nałogiem alkoholowym Józef K. jest tylko pretekstem do epatowania widzów wulgaryzmami i szokującymi opowieściami np. o śladach „kału na schodach”.

Momentami zupełnie nie wiadomo, o co chodziło tzw. artystom, którzy przygotowali to wiekopomne „dzieło sceniczne”. Głupota trzech rozszczebiotanych piosenkareczek (Izabeli Baran, Dominiki Majewskiej, Małgorzaty Pauki), próbujących z fatalnym skutkiem naśladować żeński chórek „Kefirki”, towarzyszący niegdyś prawdziwym występom CZERWONO-CZARNYCH, walczy o palmę pierwszeństwa z prymitywizmem rozwiązań inscenizacyjnych w spektaklu.

Obcas buta jednej ze skąpo ubranych aktoreczek spełnia np. w pewnej chwili funkcję estradowego mikrofonu AKG, do którego śpiewa inna frywolna szansonistka. Czyżby była to smutna konsekwencja oszczędnego gospodarowania pieniędzmi w gliwickim teatrze i wynikającego stąd braku środków na odpowiednią oprawę scenograficzną przedstawienia?

Z teatralnych głośników dobiegają od czasu do czasu melodie big-beatowych przebojów. Żeńskie trio śpiewa nawet fragmenty tamtych piosenek, ale ze zmienionymi radykalnie tekstami. Dlaczego Łukasz Piechota, autor opracowania muzycznego, uznał, że nie wolno zaprezentować na scenie oryginalnych wersji pamiętnych szlagierów z lat sześćdziesiątych? Jakiemu celowi służy właściwie taki zabieg artystyczny? Trudno doprawdy zrozumieć, czym kierowała się Alina Moś-Kerger, scenarzystka i reżyserka dziwacznego widowiska.

Scenariuszowe szyderstwo

Najbardziej zaskakująca wydaje się chyba scenka, w której przed publicznością pojawia się Grzegorz Kliś, ucharakteryzowany na Micka Jaggera, nieśmiertelnego wokalistę Rolling Stones’ów. Brytyjski zespół wystąpił w Polsce 13 kwietnia 1967 roku (dokładnie przed 50 laty). Przed ówczesnym koncertem sławnych Stones’ów w stołecznej Sali Kongresowej zagrali właśnie CZERWONO-CZARNI – rodzimy support brytyjskiej gwiazdy rockowej.

To zdarzenie skłania sceniczną niewiastę do podjęcia usilnych starań o autograf gwiazdora, który ma się podpisać na jej biuście. Okazuje się jednak, że oczekuje ona upragnionego autografu nie od Jaggera, lecz od Józka K. Dlaczego więc objawiła takie pragnienie dopiero w 1967 roku? Czy musiała czekać aż tyle lat na bliskie spotkanie trzeciego stopnia z uwielbianym Józkiem?

Nie wiem, z jakich powodów fabuła widowiska rozminęła się zupełnie z realiami. Krzeczek rozstał się przecież z kolorową grupą big-beatową na dwa lata przed przyjazdem Rolling Stones’ów do Warszawy. Przed 50 laty nie był już ubóstwianym idolem młodzieży, która w 1967 roku entuzjazmowała się innymi gwiazdami rock’n’rolla. Czy nadal mógł więc wzbudzać seksualne emocje i namiętności młodych fanek? Takich scenariuszowych osobliwości jest znacznie więcej w całym przedstawieniu.

Intencje pozostały tylko na papierze

Jego twórcy anonsowali przed premierą swoje dzieło jako utrzymaną w nowoczesnej formie opowieść o złotej erze muzyki rozrywkowej i początkach big-bitu w Polsce”. Zamiast obiecywanej nowoczesnej formy zaserwowali widzom godną ubolewania żenadę artystyczną. Jej negatywnym bohaterem został zaś ponury alkoholik Józef K., który niekiedy grywał na pianinie.

Zbigniew Lubowski

 

3 Comments on "Sceniczna żenada"

  1. zniszczony przez sitwę | 4 kwietnia 2017 at 5:20 pm | Odpowiedz

    miałem wątpliwą przyjemność ogladać tą "sztukę" i stwierdzam że ten nowy teatr zmierza w bardzo złą stronę.szkoda tylko dawnego zespołu z Gtm-u,tych zwolnionych i tych nielicznych pracowników którzy jeszcze tam pracują.przyszłość pod rządami tandemu Krawczyk,Czuj widzę czarno….zaczynam tęsknić do operetek i musicali…

  2. Sitwa i kolesiostwo rękami pseudo-urzędników i pseudo-polityków barbarzyńców zamordowali piękno którego nigdy nie tworzyli. 

  3. Wielka szkoda ze zlikwidoeano GTM…

Leave a comment

Your email address will not be published.


*