Sensacyjne zwierzenia Andrzeja Gałażewskiego: Podsłuch w prezydenckim gabinecie

4 komentarze

Dobiega końca długotrwały remont budynku Urzędu Miejskiego. Wykonawcą robót jest firma z Małopolski, która nie zna w ogóle miejscowych realiów. Pracownicy przedsiębiorstwa remontowego z Krynicy nie mają pojęcia, jakie dramatyczne koleje losu przechodził w przeszłości obiekt, którym się dziś zajmują.

dobiega-konca-remont-um-2

O historycznych zdarzeniach, związanych m.in. z budynkiem przy ul. Zwycięstwa 21, postanowiłem więc porozmawiać z Andrzejem GAŁAŻEWSKIM, byłym prezydentem Gliwic z początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku.

Czy to prawda, że po objęciu władzy w mieście w 1990 roku wykrył pan istnienie podsłuchów w prezydenckim gabinecie w siedzibie UM?

ANDRZEJ GAŁAŻEWSKI: Odkryłem ciekawe połączenia telefoniczne z gabinetu prezydenta do tajnych służb – na milicję (MO) oraz do miejscowej siedziby Służby Bezpieczeństwa. Gabinet zajmowany przez wcześniejszych prezydentów Gliwic był po prostu na permanentnym podsłuchu. Wyszło to na jaw przy okazji remontu pomieszczeń. Istniało też bezpośrednie połączenie telefoniczne z Komitetem Miejskim Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (dziś w tym historycznym gmachu znajduje się siedziba radia CCM). Okazało się także, że jeszcze z czasów komuny pozostała w UM specjalna komórka organizacyjna – dział tzw. teleksu. Były to osobne pomieszczenia obsługiwane przez 3 starszych emerytowanych pracowników wojskowych albo milicjantów. Zajmowali się oni obsługą teleksu.

Idę o zakład, że wielu młodych ludzi nie zna już tego słowa.

– W przeszłości istniały teleksy – urządzenia telegraficzne, służące do szybkiego przesyłania obszernej korespondencji tekstowej. Pewnego dnia poinformowano mnie, że do UM nie dotarły w ogóle ważne dokumenty wysłane z Valenciennes we Francji (jednego z partnerskich miast Gliwic). Wraz z wiceprezydentem Marianem Maciejczykiem poszedłem więc do działu teleksu, by na miejscu sprawdzić, dlaczego telegraficzna przesyłka z Francji nie została nam dostarczona. Ze zdumieniem dowiedziałem się, że każdy z dokumentów przesyłanych drogą teleksową miał w pierwszej kolejności trafiać do specjalistycznej komórki organizacyjnej Milicji Obywatelskiej. Takie były zasady jej funkcjonowania w czasach słusznie minionych. Po zmianie ustroju i zlikwidowaniu MO nikt nie przekazał tym cymbałom, co mają robić, a więc wyrzucali otrzymywane dokumenty na śmietnik. To samo robili z depeszami wysyłanymi przeze mnie. Taka komunistyczna lojalność wiernych funkcjonariuszy systemu.

Objął pan swoje stanowisko w następstwie pierwszych wolnych wyborów samorządowych w 1990 roku. Proszę sobie przypomnieć – kto jeszcze aspirował wtedy do prezydentury?

– Wybory przygotowywał m.in. Gliwicki Komitet Obywatelski „Solidarność”. Byłem jego przewodniczącym. Aktywnie działali w nim m.in. Marian Maciejczyk, Andrzej Jarczewski, Janusz Moszyński, Zbigniew Pańczyk, Grażyna Magiera, Ewa Kubica, Władysław Kostrzewski i wielu innych. Do funkcji prezydenta Gliwic pretendowali wtedy Zbigniew Pańczyk, który był urzędującym prezydentem i ja. Zgodnie z ówczesnym prawem prezydenta wybierała Rada Miejska, w tajnym głosowaniu. Radni wybrali mnie.

Przed 26 laty nie było to chyba łatwe zadanie…

To prawda. Na pierwszej odprawie z urzędnikami UM oświadczyłem im, że domagam się merytorycznej wiedzy i lojalności w stosunku do naszej ekipy, a nie interesują mnie ich poglądy polityczne. Wtedy bowiem obowiązywała tzw. „opcja zerowa” – wszyscy ustawowo byli zwolnieni z pracy i decyzją nowych władz samorządowych mogli, ale nie musieli być przyjęci ponownie. Uniknąłem przeprowadzenia czystki kadrowej w UM. Ponownie zatrudniłem prawie wszystkich urzędników wraz z kierownikami wydziałów. Było zaledwie kilka wyjątków.

Kogo na przykład nie zatrudnił pan ponownie?

– Nie pamiętam dokładnie, ale dotyczyło to osób, które były emocjonalnie i organizacyjnie związane z poprzednią władzą funkcjonującą w systemie PRL. Miałem poważne wątpliwości, czy potrafią być lojalnymi urzędnikami w nowej sytuacji. Moje zastrzeżenia wzbudzała m.in. obsada kierownictwa Wydziału Edukacji i niektórych przedsiębiorstw komunalnych. Oczywiście czas zweryfikował moje decyzje i później musiałem się rozstać jeszcze z kilkoma osobami, zarówno ze starej, jak i z nowej ekipy. Przyczyny były merytoryczne, a nie polityczne.

Brakowało im kompetencji, tak?

– Niektórzy doświadczeni i na swój sposób kompetentni pracownicy nie potrafili przestawić się na nowe relacje „urzędnik – obywatel”. Byli dobrzy w swoistej ochronie „interesu władzy” – jeżeli było sto powodów, żeby szybko i z korzyścią dla  interesanta załatwić sprawę, to cały swój wysiłek wkładali w znalezienie powodu sto pierwszego, który pozwalał na odesłanie petenta z kwitkiem. Ja wymagałem podejścia odwrotnego – jeżeli jest sto powodów, żeby oddalić sprawę, to należy znaleźć taki przepis, który pozwoli ją załatwić pomyślnie dla klienta. Dla niektórych urzędników to był szok i musieli się pożegnać z pracą, ale wiem, że wielu się maskowało przede mną i nadal utrudniali życie mieszkańcom, jak tylko mogli.

Czy tylko z takimi osobliwymi przypadkami kadrowymi miał pan do czynienia?

– W nowej ekipie miałem też kilka kwiatków wywodzących się z „rewolucyjnych szeregów” opozycji antykomunistycznej. Był wśród nich typ o cechach komisarza ludowego, który tworzył zręby przyszłej Straży Miejskiej. To był taki „James Bond dla ubogich” – biegał po wydziałach urzędu, zaglądał do teczek personalnych, przeprowadzał na własny użytek kontrole urzędników. Jednocześnie oszukiwał UM na wyjazdach i delegacjach służbowych. Prezentował taką podwójną moralność, występującą dosyć często u aktywistów rewolucji lewicowych i prawicowych. Musiałem się go pozbyć. Wśród pracowników UM znalazł się też człowiek oddelegowany wprost z Urzędu Ochrony Państwa. Występował on w podwójnej roli. Podziękowałem także jemu, sugerując, żeby zajął się pracą właściwą. Jak wiem – do dzisiaj pracuje w służbach. To były takie czasy.

Do dziś istnieje w Gliwicach osiedle Waryńskiego, które nadal jest komunistycznym skansenem nazewniczym PRL. Czy w okresie swoich rządów próbował Pan może zdekomunizować nieco tę miejską przestrzeń publiczną?

Zastanawiałem się wówczas, jak to się stało, że u schyłku PRL (w lecie 1980 roku) postanowiono jeszcze utworzyć w mieście zaskakujący rezerwat komunistyczny z ulicami Gomułki, Kasprzaka, Niedbalskiego, Sieronia, Żabińskiego itp. Myślę, że już wtedy, w pierwszych miesiącach istnienia III RP, pojawiła się potrzeba symbolicznej dekomunizacji wielu miejsc w gliwickiej przestrzeni publicznej. Na ówczesnym placu Obrońców Stalingradu (dziś – Plac Piłsudskiego) stał wymowny obelisk sowiecki – Pomnik Wdzięczności Armii Czerwonej. Na szczycie obelisku znajdowała się czerwona gwiazda sowiecka.

Młodzi gliwiczanie zupełnie nie pamiętają tego widoku.

– Nic dziwnego, bo pomnika i gwiazdy w tym miejscu nie ma już od 26 lat. Od razu po objęciu prezydentury uznałem, że ten przygnębiający symbol faktycznego zniewolenia Polski należy bezwzględnie zlikwidować. Zwróciłem się z taką propozycją do Rady Miejskiej, ale radni ją odrzucili. Wybuchła burzliwa dyskusja. Koniec końców – gwiazda została na moje polecenie usunięta na trwałe ze śródmiejskiego placu, ale poprzedziły to gwałtowne spory pod hasłem: „czerwona gwiazda jest elementem historii miasta, a historię należy szanować”. 

 Część radnych chciała więc pozostawić gwiazdę sowiecką w mieście…

– Tak to sobie niektórzy wymyślili. Najtrudniejsze były przemiany w umysłach ludzi wychowanych w PRL. Nie bacząc więc na dylematy radnych poleciłem, żeby pomnik zburzyć, a żeliwną gwiazdę i tablice pamiątkowe w dwóch językach zdeponować w GZUT, gdzie tuż po wojnie zostały wykonane. W ten sposób przeciąłem bezsensowną dyskusję, bo przecież nikt nie zgłosiłby wniosku o odbudowanie pomnika. Innymi symbolami tamtych czasów były nazwy ulic. I polka zaczęła się od nowa, bo trzeba zmienić adresy w dowodach osobistych, a firmy muszą wykonać nowe pieczątki. Komu przeszkadza ul. Dzierżyńskiego? – pytano publicznie.

Może trzeba było zorganizować ogólnomiejskie referendum dekomunizacyjne?

– Gdybyśmy wtedy tak postąpili, to być może okazałoby się, że wszystko musi zostać po staremu, no, może poza kartkami na mięso. Znowu konieczne było rozwiązanie siłowe i kilka ulic o szczególnie niesympatycznych nazwach zmieniliśmy (np. Wybrzeże Armii Czerwonej czy Aleja Przyjaźni Polsko – Radzieckiej). Późniejsze władze miasta, w tym prezydent Zygmunt Frankiewicz i przewodniczący RM, Tadeusz  Grabowiecki, nie byli już tak zdeterminowani. Wiele wstydliwych nazw pozostało w Gliwicach do dziś.

galazewski-na-lonie-natury-w-towarzystwiewnuczek

Na łonie natury w towarzystwie wnuczek​

Jak pan sobie radził w tamtych latach z Operetką Śląską? Dziś nosi ona już zupełnie inną nazwę, ale boryka się z niemałymi kłopotami.

Operetka Śląska była uzwiązkowiona do granic bólu. Nie wiadomo było, czy rządzi tam dyrektor, czy związki zawodowe. Im się wydawało, że  powinni wystawiać „Hrabinę Maricę” przez całe lata, nawet przy jednym tylko widzu w teatrze, bo takie jest ich społeczne posłannictwo. Placówką zarządzał wówczas dyrektor Tadeusz Wiśniewski, pochodzący z Warszawy. Z nim nawet rozmawiało się dobrze, bo chłop naprawdę znał się na rzeczy.

Czy związkowcy mu przeszkadzali?

– Wiśniewski miał duże kłopoty z porozumieniem się z operetkowymi związkowcami. Przypomnę, że to był czas zasadniczej transformacji ustrojowej, a związkowcy tkwili ciągle w realiach PRL. Na szczęście miałem silne wsparcie ze strony niektórych ludzi blisko związanych ze sferą kultury. Bardzo ciepło wspominam zwłaszcza Ewę Strzelczyk – szefową Miejskiego Ośrodka Kultury. Pożyteczną rolę odegrał też Olek Chłopek, który w Zarządzie Miasta był odpowiedzialny za sferę kultury. Dzięki nim udało się zażegnać poważny kryzys w funkcjonowaniu teatru. Od tamtej pory Operetka Śląska otrzymywała coroczne dotacje z budżetu miasta, ale z wyraźnym zastrzeżeniem, że jej sceniczny repertuar ma się składać nie tylko ze starodawnych spektakli operetkowych. Wysokość dotacji została ustalona w wyniku żmudnych negocjacji.

Sesje Rady Miejskiej były w tamtym okresie pełne różnych emocji negocjacyjnych i ostrych rozgrywek personalnych. Podczas jednej z takich sesji u schyłku 1991 roku przestał pan być prezydentem miasta.

Rzeczywiście, po niespełna dwóch latach funkcjonowania – Zarząd Miasta pod moim kierownictwem podał się do dymisji. Wydawało się, że dalsze zarządzanie Gliwicami w atmosferze nieustających ataków ze strony części radnych związanych z „S” jest niemożliwe. Nazywałem to zarządzanie małpim cyrkiem. Ale bezpośrednim powodem dymisji były próby Ewy Bojarskiej i Ewy Kubicy zdemontowania mojego autorskiego ZM i odwołania jego członka – Janusza Moszyńskiego. Muszę dziś przyznać, że ówczesna decyzja była zbyt emocjonalna i błędna. Kto wie, jak potoczyłyby się dalsze losy gliwickiego samorządu, gdybyśmy wtedy nie ulegli psychicznej presji otoczenia.

Dlaczego Janusz Moszyński znalazł się pod lupą ówczesnej opozycji w Radzie Miejskiej?

Trzeba przypomnieć, że w listopadzie 1991 roku podaliśmy się do dymisji właśnie z powodu Moszyńskiego. Kubica i Bojarska postawiły mu zarzuty związane z planowanym rozwojem miasta. To był wtedy poważny spór.

O co się spierano?

– Wysunięte zarzuty dotyczyły zakresu służbowych obowiązków Moszyńskiego, a konkretnie – niewłaściwego sprawowania nadzoru nad działalnością Wydziału Architektury UM. Problem z Moszyńskim polegał na jego ekspresyjnej formie dialogu z radnymi. Miał, jak to się potocznie mówi, niewyparzoną gębę. Wielu radnych tego nie cierpiało, szczególnie tych bardziej ambitnych. Pomimo tej i jeszcze kilku innych wad (NOBODY’S PERFECT – jak mawiają Anglicy), wprowadził on wiele ożywczego fermentu do naszej pracy.

Jakie efekty to przyniosło?

– Moszyński nawiązał np. dobrą współpracę z Wydziałem Architektury Politechniki Śląskiej. Dzięki temu mieliśmy fachowe wsparcie w pracach planistycznych. Dzisiaj tego nie ma i to widać w chaotycznym planowaniu rozwoju miasta. Moszyński doprowadził też m.in. do podpisania umowy ze znanym stołecznym architektem Czesławem Bieleckim, który przygotował autorski plan zagospodarowania przestrzennego Gliwic. To zaledwie dwa przykłady jego ciekawych pomysłów.

Następny chronologicznie Zarząd Miasta w dziejach Gliwic był dość eklektyczny pod względem politycznym. Ewa Bojarska i Ewa Kubica różniły się między sobą dość radykalnie.

– Zapamiętałem, że Ewa Kubica była dość dobrym partnerem dyskusyjnym w prowadzeniu fachowych rozmów o mieście. W bardzo emocjonalny sposób przedstawiała jednak swoje opinie. Pod tym względem była nieco kłopotliwa dla otoczenia. Przejawiała absolutną bezkompromisowość wobec poglądów innych osób. Była natomiast niezwykle tolerancyjna w stosunku do swoich własnych tez i ocen. Mózgiem tamtej ekipy była zaś bez wątpienia Ewa Bojarska, osoba bardzo inteligentna i stateczna. Obie panie pełniły funkcje wiceprezydentów miasta. Jestem przekonany, że to one wcześniej wymyśliły prezydencką kandydaturę Piotra Sarre. 

Jego rządy w Gliwicach nie trwały jednak zbyt długo. 3 września 1993 roku ustąpił miejsca Zygmuntowi Frankiewiczowi.

I to rozstrzygnięcie personalne utrzymuje się do dziś. Frankiewicz jest najdłużej sprawującym swoją funkcję prezydentem miasta w Polsce. Sam to z dumą wyznał w jednym z wywiadów prasowych.

Czy już w latach dziewięćdziesiątych wykazywał talenty lidera politycznego?

– Na pewno tak, ale dopiero w Unii Wolności. Gliwickiemu Kongresowi Liberalno-Demokratycznemu ja przewodziłem, a pierwsze skrzypce grali Marian Maciejczyk, Małgosia Makulska, Janusz Moszyński, Boguś Choina i kilku innych. Kongres był partią atrakcyjną dla wielu aktywnych osób, głównie z powodu nowego podejścia do gospodarki. Dodatkową atrakcją były przejściowe rządy premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego i lokalne przywództwo polityczne w naszym mieście.

A kim w tamtym okresie był Jerzy Buzek pod względem wyznawanych poglądów? Był on przecież ważnym doradcą waszej ekipy.

Jurek Buzek nie był członkiem KLD i pomimo moich zachęt przez długie lata pozostał osobą bezpartyjną, mocno związaną z Niezależnym Samorządnym Związkiem Zawodowym „Solidarność”.  Był więc typowym związkowcem. Marian Maciejczyk i ja wystąpiliśmy z „S” zaraz po wyborze do Zarządu Miasta. Uważaliśmy, że ten etap działalności jest już dla nas zakończony i trzeba zająć się polityką. Zaangażowaliśmy się w budowę KLD. Związki zawodowe są ze swej natury socjalne, a my byliśmy zdeklarowanymi liberałami i taki charakter miał w większości ówczesny Zarząd Miasta.

Czy Frankiewicz zawsze był liberałem?

– Raczej tak. Konsekwentnie był gospodarczym liberałem.

A w innych sferach życia?

– Na pewno był praktykującym katolikiem i to miało decydujący wpływ na jego poglądy w innych sprawach. Tak jest chyba do dziś.

Funkcjonowaliście wspólnie w różnych formacjach politycznych: Kongresie Liberalno-Demokratycznym, a następnie w Unii Wolności. Jak wspomina pan tamte czasy?

– Mam dobre wspomnienia z początków naszej współpracy politycznej zarówno w KLD, gdy byłem przewodniczącym gliwickiego koła, jak i z czasów UW, gdy lokalnym liderem był Frankiewicz.

Czy wydał się panu wtedy bratnią duszą pod względem poglądów, charakteru, osobowości?

– Bliżej poznałem Frankiewicza dopiero po pierwszych demokratycznych wyborach do Rady Miejskiej. Z tamtych czasów zapamiętałem go jako zdeterminowanego antykomunistę, bardziej pasującego do Konfederacji Polski Niepodległej Leszka Moczulskiego, niż do grupy, którą chciałem widzieć w KLD. Frankiewicz uważał, że ludzie, którzy w poprzednim ustroju osiągnęli sukces, są z pewnością złodziejami i trzeba ich eliminować z życia społecznego.

To bardzo radykalna opinia.

– W późniejszych latach blisko zaś współpracował z tymi, których wcześniej tak surowo oceniał, ale to już zupełnie inna historia. Trochę mnie zmroziła taka ortodoksyjna postawa, bo ja nie należałem do zastępu antykomunistycznych mścicieli. Podczas działalności związkowej w podziemiu spotykałem porządnych i podłych ludzi po obu stronach politycznej barykady.

W 2001 roku Frankiewicz stał się miejskim i regionalnym liderem w nowym ugrupowaniu politycznym – Platformie Obywatelskiej, która powstała na gruzach Unii Wolności. Powszechnie uważano wówczas, że jest to klasyczna partia liberalna. Wspólnie znaleźliście się w jej szeregach jako rasowi liberałowie. Potem wasze drogi polityczne w obrębie PO kompletnie się rozeszły. Dlaczego?

– Punktem zapalnym w naszych wzajemnych relacjach był – z mojego punktu widzenia – stosunek Frankiewicza do Mariana Maciejczyka. Nie mogłem zapomnieć, że Zygmunt zaczął przecież swoją karierę polityczną dzięki rekomendacji Maciejczyka. Marian sprawił, że Frankiewicz został w ogóle dostrzeżony w środowisku liberałów. I zrewanżował mu się później w ten sposób, że odstrzelił politycznie Maciejczyka przy okazji wyborów do sejmiku wojewódzkiego w 2006 roku.  Jako szef PO w mieście miał istotny wpływ na kształt regionalnych list wyborczych. Umieścił Mariana na odległym miejscu listy. Potraktował go lekceważąco. Od tej chwili zupełnie zmieniło się moje postrzeganie Frankiewicza.

Czy był to jedyny powód pogorszenia waszych relacji?

– Czarę goryczy, jeśli można tak powiedzieć, przelała niezrozumiała fascynacja sposobem myślenia Piotrka Wieczorka, który uporczywie wmawiał Zygmuntowi i całemu otoczeniu, że Frankiewicz byłby de facto lepszym szefem całej PO w Polsce, niż Tusk. Miałem w tej sprawie kompletnie odmienne zdanie. Tymczasem Frankiewicz rzeczywiście uwierzył w swoją wielkość. Podszepty Wieczorka trafiły po prostu na podatny grunt. Miłe słowa wiceprezydenta miasta łechtały próżność lokalnego wodza, który w efekcie mocno zaangażował się w przygotowania do rozłamowej konferencji pławniowickiej. Skutek był łatwy do przewidzenia – w Warszawie dokonano politycznej egzekucji na Frankiewiczu za alianse z grupą, która wyraźnie chciała osłabienia roli Tuska i rozbicie PO. To był koniec politycznej kariery prezydenta Gliwic w szeregach PO.

Dobre samopoczucie nie opuszczało jednak Frankiewicza nawet po upływie kilku lat od niedoszłej konferencji pławniowickiej. Na łamach wydanej w 2010 roku swojej książki przedstawiał się jako człowiek, który w swoim czasie doprowadził do utworzenia PO.

– Też zwróciłem uwagę na ten fragment książki. Frankiewicz faktycznie wyznał w rozmowie ze Sławomirem Hermanem, że zadzwonił do Donalda Tuska, by ten wystartował w wyborach na stanowisko szefa Unii Wolności i następnie spektakularnie przegrał, doprowadzając dzięki temu do organizacyjnego wyodrębnienia grupy liberałów. Taki ruch umożliwi potem łatwe utworzenie nowej partii politycznej – argumentował.

To naprawdę intrygująca teoria spiskowa.

– Tajna rola Frankiewicza w tworzeniu PO przypomina mi jego utajnioną działalność w podziemiu antykomunistycznym. Badacze do dziś nie mogą znaleźć żadnych wiarygodnych źródeł z informacjami na ten temat. Napisana przez Hermana książka jest wyłącznie formą hagiografii, ukazującej wiekopomną rolę Frankiewicza w życiu politycznym Polski. Uważam, że prezydent Gliwic przypisuje sobie fikcyjne dokonania. Czy rzeczywiście odbyła się tajna rozmowa telefoniczna Frankiewicz-Tusk? Nie wiem. Na pewno jednak nie było to zdarzenie, które w odczuwalny sposób wpłynęło na dzieje naszego kraju.

Książkowy wywiad-rzeka Hermana z Frankiewiczem nosił tytuł: „Nie boję się problemów. Boję się głupoty”. Czy pan też się boi głupoty?

– Nie boję się głupoty. Ona mi tylko uwiera.

Często?

– Mam takie powiedzenie na swój prywatny użytek, że idioci są stuprocentowi wtedy, gdy są inteligentni. Bardzo mnie uwiera głupota ludzi inteligentnych.

A do jakiego grona zalicza pan prezydenta Gliwic?

– Do grona ludzi inteligentnych.

Rozmawiał: Zbigniew Lubowski

UWAGA:

Przytoczony zapis fragmentu szczerej rozmowy z Andrzejem Gałażewskim jest częścią większej całości. Sensacyjny wywiad z byłym prezydentem Gliwic, wicewojewodą śląskim i wieloletnim posłem na Sejm RP stanie się jednym z elementów poruszającej książki, która niebawem powinna się ukazać na naszym rynku wydawniczym.

4 Comments on "Sensacyjne zwierzenia Andrzeja Gałażewskiego: Podsłuch w prezydenckim gabinecie"

  1. Tekst fenomenalny. Ciekawie czyta się o zakulisowych zachowaniach postaci znanych osobiście. Z wywiadu płynie jednak smutna refleksja. Do rządzenia nie wysatrczy być profesjonalistą w wielu dziedzinach. Przede wszystkim trzeba umieć współpracować. A tej współpracy w inteligenckich Gliwicach po prostu nie ma.

  2. Galazewski to staru komuch. Gada brednie. Ze tel byl polacziny z milicja? I co to za rewelacja? A tak przy okazji. Niech pan Jezierski nie wazy sie nigdy mowic, ze jest w opozycji do Frankiewicza, bo to nie prawda. To jest czlowiek Frankiewicza. Dziwnym trafem pojawil sie nagle tuz przed referendum, ale w komitecie bie chcial byc.

    • Profesorze…. tyle razy prosiłem nie demonstrować swojego poziomu dla własnego dobra…. Na marginesie, taki drobizag jak to, że „komitet” powstaje wcześniej i jest ciałem zamkniętym, dla analittycznego umyłu nieponiatnyj? Szkoda 😉

  3. zasługi Frankiewicza są tak samo bajkowe, jak powody, dla których rondo powinno nosić nazwisko Z. Pańczyka. to zresztą dotyczy każdego polityka. ale co robić, kiedy ta nowa kasta tworzy sobie wzajemnie legendy i wzajemnie się nagradza, za to tylko, że jest.

Leave a comment

Your email address will not be published.


*