Sitwa atakuje

Jeden komentarz

Sześcioro wspaniałych (Łapucha, Gorczyca, Kazubek, Paszek, Denisiewicz, Obłąk) napisało ostry tekst polemiczny w reakcji na moją dziennikarską recenzję „PRZEGLĄDU PYSKOWICKIEGO”. To sytuacja rodem z mrożkowskiego teatru groteski i absurdu. Osoby odpowiedzialne za kształt i oblicze lokalnej gazetki samorządowej mocno pomstują na niezależnego dziennikarza, który ośmielił się je poddać surowej ocenie. Trzeba przyznać, że w Pyskowicach panują dziwaczne zwyczaje…

Autorzy zdumiewającego tekstu wyrażają w dodatku irytację wywołaną faktem, że nie skontaktowałem się z nimi przed opublikowaniem swojej recenzji. To osobliwa mentalność urażonych w swojej dumie lokalnych celebrytów.  Są oni przeświadczeni, że powinienem zadzwonić do redaktora naczelnego „PP” z uprzejmym pytaniem, czy łaskawie zgodzi się on na publiczną krytykę redagowanego przez siebie miesięcznika.

Pyskowiccy prominenci przytaczają nawet dla poparcia swoich racji łacińską maksymę „AUDIATUR ET ALTERA PARS”. Szanowni dygnitarze znad Dramy, przyjmijcie do wiadomości, że ta nieśmiertelna reguła medialna nie dotyczy w ogóle przedsięwzięć polegających na przygotowywaniu i pisaniu recenzji książek, czasopism, filmów, spektakli teatralnych itp.

W cywilizowanym świecie recenzenci z założenia nie dzwonią do twórców, by skonsultować z nimi treść swoich krytycznych opinii i ocen. A warto przypomnieć, że nawet laureaci literackiej nagrody Nobla są niekiedy bezlitośnie wyszydzani przez krytyków literackich. Nikt z noblistów nie wpada jednak z tego powodu na szaleńczy pomysł, by zmieszać z błotem niezależnego recenzenta…

Sześcioro pyskowickich dostojników (w tym m.in. dwóch obecnych radnych RM) zarzuca mi operowanie kłamstwami. To kompletnie nietrafny zarzut . Sfera ocen i opinii jest przecież – z natury rzeczy – zbiorem subiektywnych spostrzeżeń i osądów.

Recenzje nie mają charakteru ścisłych rozważań matematycznych, w których suma dwóch „dwójek” jest – jak wiadomo – zawsze „czwórką”. W recenzjach nie może być zatem – z definicji – kłamliwych stwierdzeń, bo recenzenci nie poruszają się w przestrzeni zero-jedynkowej, w której obowiązuje doktrynalny podział na „prawdę” i „fałsz”.

Z naciskiem chcę podkreślić, że wszystkie z przytoczonych przeze mnie cytatów były absolutnie wiernymi fragmentami tekstów zamieszczonych w tegorocznych wydaniach miesięcznika. Myślę, że pyskowiccy dygnitarze nie zdołają zakwestionować ich prawdziwości.

Próbują jednak podważyć moją wiarygodność dziennikarską, informując, że roczne koszty  wydawania „PP” wynoszą 10 tys. zł, a nie 30 tys. zł, jak napisałem w swoim tekście. Radzę im więc zajrzeć do projektu budżetu miejskiego na 2017 rok. Jest tam wyraźnie zapisana kwota 29,7 tys. zł. Tyle pieniędzy pyskowickich podatników przeznacza się na sfinansowanie w przyszłym roku „PRZEGLĄDU PYSKOWICKIEGO (kwota obejmuje pokrycie kosztów składu i druku gazety oraz zakup materiałów potrzebnych kolegium redakcyjnemu).

„Szychy” znad Dramy utyskują nad poziomem języka, którym się posłużyłem. W ich ocenie był to „język wulgarny”. Czyżby Agnieszka Kazubek, rzeczniczka prasowa burmistrza Kęski i prawdopodobnie główna autorka tekstu nazwanego przez pyskowickich notabli „sprostowaniem”, nie spotkała się nigdy z sugestywnym językiem charakterystycznym dla felietonów prasowych?

Powinna ona wiedzieć, że felietony są specyficznym gatunkiem dziennikarskim, obfitującym niejednokrotnie w elementy satyry, żartobliwe gry słowne, a także parodie utrwalonych schematów stylistycznych. Zachęcam pyskowicką rzeczniczkę do lektury nieśmiertelnych felietonów teatralnych Antoniego Słonimskiego, zamieszczanych w przedwojennych „Wiadomościach Literackich” w latach 1924-1939. Myślę, że może to być pouczający eksperyment edukacyjny dla urzędniczki, która chętnie epatuje hasłem „język wulgarny”…

Na koniec pozwoliłem sobie zostawić sprawę niebezpiecznych powiązań pomiędzy pracownikami Urzędu Miejskiego, a członkami kolegium redakcyjnego „PP”. Autorzy „sprostowania” uznali, że oszczerstwem z mojej strony było sugerowanie istnienia takich powiązań. Samorządowe władze Pyskowic nie mają związków z redakcją miesięcznika – uważa sześcioro wspaniałych.

W oczywisty sposób rozmijają się oni z prawdą. Elżbieta Łapucha, córka Krzysztofa Łapuchy – redaktora naczelnego „PP”, pracuje w UM na stanowisku audytora wewnętrznego. Jest więc podwładną burmistrza Wacława Kęski, kierownika zakładu pracy, zatrudniającego tę właśnie urzędniczkę.

Sam Krzysztof Łapucha należy zaś do grona radnych, wybranych z listy komitetu wyborczego aktualnego burmistrza. Szef miesięcznika nie jest więc zewnętrznym i bezstronnym fachowcem z branży dziennikarskiej, ale człowiekiem związanym od lat z Kęską.

Cała zresztą „szóstka” – to osoby powiązane w przeszłości i obecnie z pyskowickim układem władzy. W tym gronie są m.in. dwie byłe radne RM oraz dwoje urzędników, pracujących w UM od momentu, w którym Kęska zasiadł na fotelu burmistrza.  Polemiczny tekst „szóstki” to głos wściekłych ludzi z aparatu lokalnej władzy, a nie zwykłych pyskowiczan, którym nie spodobała się opinia niezależnego dziennikarza.

Podobne uwarunkowania personalne (więzi formalne i nieformalne) występują zawsze tam, gdzie mamy do czynienia ze zjawiskiem „sitwy”, nazywanej też zamiennie „kliką” (według popularnego słownika synonimów). Co to znaczy? Warto przytoczyć encyklopedyczną definicję „sitwy”. To nic innego, jak grupa osób wzajemnie popierających się w celu osiągnięcia jak największych korzyści własnych, ze szkodą dla społeczeństwa”.

Zwracam uwagę Czytelników, że encyklopedia nie wspomina bynajmniej o korzyściach materialnych. I słusznie, bo sitwa pyskowicka ma charakter medialny i zarazem wielce wpływowy. Tamtejszy miesięcznik samorządowy tak manipuluje opinią publiczną w mieście, że mieszkańcy grodu nad Dramą mają zniekształcony obraz lokalnych realiów społecznych i gospodarczych.

Na czym polegają owe manipulacje? Najczęściej na perfidnym selekcjonowaniu materiałów przeznaczonych do druku. W tendencyjny sposób są wstrzymywane teksty autorów myślących inaczej, niż GTW (oplatająca miasto pajęczą siecią GRUPA TRZYMAJĄCA WŁADZĘ).  Kolegium redakcyjne „PP” informuje w takich przypadkach opozycyjnych autorów, że nie ma już wolnego miejsca w najbliższym wydaniu miesięcznika.

Wstrzymany tekst pojawia się ostatecznie w kolejnym numerze gazetki, ale już na odległej stronie. Zwłoka jest potrzebna po to, by we wcześniejszej edycji pisemka zagwarantować burmistrzowi (bądź wytypowanemu przez niego urzędnikowi) możliwość opublikowania – na poczytnym miejscu – materiału o wymaganym wydźwięku propagandowym.

Skutki? Łatwe do wyobrażenia. Przy takim ostrzale agitacyjnymi pociskami artyleryjskimi – Wacław Kęska rządzi nieprzerwanie Pyskowicami już 14 lat. Trudno się temu zbytnio dziwić. Pyskowiczanie nie mają przecież do dyspozycji innej – rzetelnej i obiektywnej – gazety lokalnej.

Nie boję się burmistrza i jego pretorian. Z dużą satysfakcją przyjmę zapowiedź ewentualnego wytoczenia mi procesu sądowego przez ekipę sprawującą władzę w mieście, która – być może – poczuje się mocno dotknięta moimi uwagami. Jestem przekonany, że niezawisły sąd rzetelnie oceni całą sprawę. Kolejne rozprawy sądowe pozwolą mi zaś na zaprezentowanie licznych (nieznanych dotąd publicznie) dowodów potwierdzających prawdziwość moich spostrzeżeń. Wacław Kęska się jeszcze zdziwi…

Zbigniew Lubowski

 

1 Comment on "Sitwa atakuje"

  1. W mojej ocenie potwierdza się teza,że PP to klasyczna laurka burmistrza której domeną jest jego wychwalanie przez podwładnych w celu utrzymywania bezwzględnej sympatii dla zabezpieczania własnych interesów. Cięta riposta redaktora wyłuszczyła u mnie jako czytelnika IP powyższe twierdzenie.

Leave a comment

Your email address will not be published.


*