Słów kilka o budżecie i wolnej kulturze

W 1925 roku Witkacy napisał powieść "Pożegnanie jesieni". A w niej utopił takie oto słowa:

Minęły czasy metafizycznej absolutności sztuki. Sztuka była dawniej jeśli nie czymś świętym, to w każdym razie „świętawym” – zły duch wcielał się w ludzi czynu. Dziś nie ma w kogo – resztki indywidualizmu życiowego to czysta komedia – istnieje tylko zorganizowana masa i jej słudzy. Od biedy zły duch przeniósł się w sferę sztuki i wciela się dziś w zdegenerowanych, perwersyjnych artystów. Ale ci nikomu już nie zaszkodzą ani pomogą: istnieją dla zabawy ginących odpadków burżuazyjnej kultury.

Czyżby Wielki Prześmiewca po prostu się pospieszył? O jakieś 100 lat…?

Dziś w Gazecie Miejskiej ukazał się mój kolejny felieton. Tym razem dotyczący  niektórych budżetowych uwarunkowań gliwickiego uwiądu w sferze, której nasze władze zupełnie "nie czują" – w kulturze. Przekłada się to na całkowite lekceważenie potrzeb Gliwic i ich mieszkańców. Garść refleksji po artnocowych spotkaniach…

Art Noc już za nami. Byłem tu i ówdzie, rozmawiałem z osobami, z którymi znamy się od dawna. Zdecydowana większość z nich narzeka. Na całkowity brak zrozumienia dla kultury ze strony władz miasta, na zupełne „odklejenie” zbyt młodych osób, odpowiedzialnych za ten „resort”, na zbyt duże czynsze, konieczność żebrania o każdą złotówkę, topienie ich energii w bezsensownych dokumentach. Podzielam ich zdanie, pozwalając sobie na puentę bez niedopowiedzeń: prawdziwym nieszczęściem Gliwic są całkowicie nierozumiejące wagi kultury w nowoczesnym mieście władze. Krzywda, która dzieje się Gliwicom w czasie prosperity jest z tych nie do naprawienia. Straty w najbardziej wrażliwej przestrzeni niepowetowane. Ta diagnoza nie oznacza, że nie widzę winy także wśród ludzi kultury – tworzących i animujących. Oburzenie kanalizowane w gliwickich przyszeptach, szemrane na wernisażach, przy kieliszku wina. A potem ustawianie się w kolejce po „parę złotych”, wyciszanie własnej złości, powstrzymywanie się od artykułowania woli zmienienia tego, co złe. No właśnie…

Kultura jest tą przestrzenią, w której ferment i dyskusja stanowią o wewnętrznym dynamizmie procesów. Jest rodzajem dialogu między twórcami i odbiorcami, dotyczącego spraw wspólnych, ważnych. Ale bywa także narzędziem presji i dyscyplinowania władzy. Piękne karty zapisała polska kultura w drugiej połowie XX wieku. Czy teraz, w demokracji, korzystacie Drodzy Artyści z tego, co macie naprawdę – z wolności? Być może właśnie kończy się kredyt dawany wam tak długo przez gliwiczan? Nie zauważyliście, że coraz łatwiej przychodzi „władzy” zamykanie, obcinanie, rugowanie, krótko mówiąc oszczędzanie na Was i na tym co robicie? Poszukajcie w Was samych odpowiedzi na pytanie, czy czasem nie jest tak dlatego, że zabrakło Was wtedy, kiedy przychodził czas działania – podpisywania, protestowania, niezgody na głupotę. Może obojętność, której coraz częściej doświadczacie, jest pochodną Waszej bierności?

Niedawno oświadczyłem, że będę kandydował w wyborach na stanowisko prezydenta Gliwic. Nie oczekuję od osób związanych z kulturą – twórców i odbiorców – werbalnego poparcia, stawania w jednym szeregu i pracy na moją rzecz. Ale czuję się jednym z Was i spodziewam się, że w listopadzie dokonacie ważnego wyboru i wyrazicie oburzenie tym, co dzieje się w Waszym świecie przez ostatnie lata. Już teraz mogę Was zapewnić, że są w budżecie miasta środki, które można będzie natychmiast wstrzyknąć, niczym witaminowy zastrzyk, w tkankę gliwickiej kultury. Zapowiadałem już, że mój program będzie bardzo precyzyjny. Wręcz detaliczny. Nie będzie szklanych domów – będą od razu wskazywane złotówki na zabezpieczenie odpowiednich potrzeb. Na to przyjdzie czas, ale powtarzam – pieniądze na kulturę w budżecie miejskim są do wzięcia. Nie macie ich, bo obecne władze mają inne priorytety.

Pora na kilka twardych danych, które być może przekonają tych, którzy bardziej wierzą matematyce niż literaturze. Gliwice szczycą się drugim po Katowicach budżetem w regionie. Zabrze pod tym względem biją na głowę. Tymczasem u nas przeznacza się na kulturę 26 287 476 zł a w Zabrzu 21 275 000 zł. Niby jest jak należy, ale to pozory. Widać to już w wartościach procentowych: w 2014 roku Gliwicach wydamy na ten cel 3,16% dochodów bieżących, a w Zabrzu 3,22%. Jeszcze inaczej te dane wyglądają, kiedy przypomnimy, że ponad 7 milionów idzie w Gliwicach na sam Gliwicki Teatr Muzyczny, gdy tymczasem w Zabrzu Teatr Nowy jest również dotowany z budżetu województwa, zatem zostaje więcej środków na inne cele. Gdy jeszcze zważymy, że Katowice w 2014 roku wydadzą na kulturę 8,07% dochodów bieżących, to widać wyraźnie jak mami się nas mrzonkami o konkurowaniu Gliwic z tym miastem.

Na koniec podam jeszcze jakie środki przeznaczono w 2014 na promocję samorządu gminy. U nas jest to 4 124 200 zł, w Zabrzu 1 881 750 zł. To dla tych, którzy zapytają o źródło wspomnianego wyżej „prezentu” dla gliwickiej kultury.

Promować można się właśnie przez kulturę i sztukę, przez twórców. I wtedy naprawdę promuje się miasto, a nie jedną osobę, która z naszych pieniędzy zabezpieczyła sobie w roku wyborczym nieustającą kampanię promocyjną. Porównajmy jeszcze ponad 4 100 000 zł na promocję samorządu gminy z całościową dotacją na Muzeum w Gliwicach, wynoszącą w 2014 roku 4 341 163 zł.

I pomyślmy. Wynik tych przemyśleń weźmy pod uwagę przy wyborczych urnach.

Dariusz Jezierski

9 Comments on "Słów kilka o budżecie i wolnej kulturze"

  1. Miasto jest w tej materii od lat tragicznie zarządzane, Kultura  w dzielnicach to festyny bo na nich można się wykreować i pokazać twarz przed wyborami Inną sprawą jest fakt że społeczeństwo zamulone poszukiwaniem środków na przeżycie (z wyłączeniem miejskich SSaczy) ani myśli o kulturze i sztuce. Uważa i słusznie że sztuką w tym wyzysku i wolności jest przetrwanie a nie sama sztuka. Dlatego na mecenasa sztuki namaszczono niegdyś człowieka który o sztuce wie tyle ile Ssacz o sztuce przetrwania przykłady: http://www.zycie-w-korycie.strefa.pl

    Dawno temu  robiliśmy kulturę z dobrym skutkiem  w Łabędach ale  nikt nam nie pomógł  a dla paru osób staliśmy się konkurencją. Festyny to co innego.. http://www.szansa.labedy.pl/  

  2. Panie Dariuszu, może co do niedofinansowania kultury ma Pan rację, ale tego rodzaju obietnice przedwyborcze są niesmaczne i zapewne nietrafione, bo ludzi zaangażowanych w Gliwicach w kulturę mamy niewielu.

    Z przykrością muszę stwierdzić, że jeśli chcielibyśmy w mieście zrobić coś ciekawego dla mieszkańców to te Pana obiecane pieniądze musiałyby wypłynąć poza nasze lokalne i dosyć niemrawe organizacje. Pytanie tylko czy warto, czy jest wystarczająco dużo osób zainteresowanych odbiorem sztuki, bo w to też niestety wątpię.

    Co do promocji miasta… Osobiście, poza promocją skierowaną do potencjalnych inwestorów, wogóle nie rozumiem jej sensu. Miasto nie jest produktem, który trzeba sprzedać. Sprzedać można konkretne wydarzenie, a nie na przykład informację, że za kilka lat otwarta zostanie Hala Gliwice (a na bezsensowny spot telewizyjny poszło strasznie dużo pieniędzy).

    • Pani Anno, nie rozumiem dlaczego fakt, że wskazuję na celowość przesunięcia konkretnych pieniędzy z tzw. „promocji” miasta, co do której oceny się zgadzamy, ma być „niesmaczny”. To po pierwsze. Po drugie – nie wskazałem sposobu ich lokowania, bo to jeśli zrobię, to dopiero w programie wyborczym. Podkreslę jedynie, że nie wspomniałem o żadnych organizacjach itp. A „pieniądze w kulturę” to również środki na jej popularyzację. O tym, że nowoczesne miasto musi zmienić politykę finansową i docenić kulturę świadczy chociażby wskazany przeze mnie przykład Katowic i procentowego udziału tych wydtków w ich budżecie. Znów muszę stwierdzić, że nie rozumiem dlaczego, chęć zwiększenia naszych wydatków na kulturę o 1,5 do 2 procent ma być niesmaczna, zwłaszcza, że wszelkie kampanie wyborcze polegają na słożeniu wyborcom konkretnych propozycji (czy obietnic, jak Pani woli). Inna sprawa, to ich realizacja. U mnie nie pojawi się żadna propozycja, na której realizację nie wskażę konkretnych środków.

      Jeszcze jedna uwaga.  Pisząc o „nietrafieniu” moich „obietnic” dlatego, że ludzi zaangażowanych w kulturę mamy w Gliwicach niewielu popełnia Pani aż dwa błędy. Przede wszystkich kultura to kategoria dotycząca ogółu mieszkańców, mimo wszystko. Po drugie, nie widzę powodu dlaczego nawet niewielu ludzi „zaangażowanych w kulturę” – rozumiem, że chodzi o twórców i odbiorców – ma z jednej strony toczyć ciągły bój z ograniczeniami decydentów, a z drugiej otrzymywać kulturalny groch z kapustą. Całkowicie zaś Pani pomija kwestię tego, że kultura powinna być również w Gliwicach „produkowana”. I to taka, która potem będzie „brana” na zewnątrz. Aby tak się stało, konieczne jest także finansowe szarpnięcie.

      Ciekawe będą wypowiedzi samych twórców i animatorów. Jeśli oczywiście zechcą zabrać głos w dyskusji.

      Dziękuję, Pani Anno, zacenny komentarz.

  3. Niesmaczny wydał mi się przede wszystkim ton Pańskiej wypowiedzi (w moim odbiorze zabrzmiało to: zagłosujcie na mnie, dam wam zarobić), ale być może moje spojrzenie na całą sprawę jest wypaczone 🙂

    Brakuje mi w Gliwicach kultury, ale takiej przez duże K i z rozmachem. Niestety nie jestem ani odbiorcą, którego interesowałaby muzyka organowa, ani takim którego interesowałby występ disco polo. Jeśli mam potrzebę nasycenia się sztuką, wyjeżdżam, bo u nas nawet kino studyjne gra głównie mainstreanowy chłam konkurując z multipleksem, zamiast promować dobre filmy (spychane do małej sali, w której warunki są po prostu żenujące).

    Obawiam się jednak, że życie kulturalne kwitnie głównie tam, gdzie znajdują się uczelnie humanistyczne i artystyczne, a nie w "technopoliach". Ludzie zajęci swoimi codziennymi obowiązkami nie mają czasu, pieniędzy ani siły na odbiór poważniejszych treści… Szkoda.

    • Szanowna Pani Anno, obiecuję – i zapewne się z tego nie wycofam – że kultura w mieście będzie traktowana inaczej. Obietnice wyborcze, kiedy już są składane, działają właśnie według mechanizmu „zagłosujcie, a za to, a wtedy, gdyż….” To normalny mechanizm i nie ma powodu dopatrywać się w nim czegoś niesmacznego. Zapewniam też, że nawet na 2 milionach przesuniętych do kultury nikt nie zarobi. To są relatywnie niewielkie środki. Ale może przynajmniej aby coś zrobić, nie będzie trzeba dopłacać. W ogóle sprowadzanie tematu do kwestii „zarobienia” to negowanie ogromnego pokładu emocji, wrażliwości i duchowości, które są nieodłącznym „paliwem”  ludzi których to dotyczy. To cokolwiek niesprawiedliwe i stereotypowe. Jestem po tej drugiej stronie – twórczej – i reżyseruję poza Gliwicami, a nawet poza granicami kraju. I proszę mi wierzyć, oddałbym wiele, żeby moi przyjaciele, bliscy, wszyscy zainteresowani po prostu nie musieli na moje spektakle wyjeżdżać do Tbilisi czy Belgradu. To samo dotyczy moich aktorów, tych pochodzących z Gliwic.

      Co do rozkwitu życia kulturalnego – jeśli orientuje się Pani w historii gliwickiego powojnia, wie Pani, że Politechnika nie przeszkadzała, a wręcz stymulowała rozwój kultury. „Technopolizm” tkwi w naszych „wizjonerach”. A kultura jest taka, jakie warunki się jej stwarza. Gliwiczanie – i mogę sypnąć przykładami – są dostrzegani. Poza miastem jednak. Zmian na lepsze nie będzie nagle – czeka nas proces. Aby zaszedł należy znaleźć pieniądze. I w swojej wyborczej ofercie będę je wskazywał, a osoby które to w jakikolwiek sposób uraża, po prostu nie będą czytać programu, lecz kierować się w swoich wyborach innymi przesłankami… To byłby absurd, przyzna Pani.

      Od lat zajmuję się tą działką „niewdzięczną” i co więcej pozwalam sobie na mówienie wprost o wielu rzeczach. Nie zamierzam tego zmieniać. Rozmawiając z przyjaciółmi zajmującymi się różnymi dziedzinami sztuki, dostrzegam jedno – zasługują na godziwe warunki. I do nich właśnie będę się zwracał z konkretnymi propozycjami, podobnie jak do wielu środowisk, zainteresowanych zupełnie innymi kwestiami. Była Art Noc – naturalne było nawiązanie do kultury. Ale przypominam, że pikietę w obronie szpitala też organizowałem, podobnie jak zbieranie podpisów w sprawie GMK.

      Dodam jeszcze gwoli sprawiedliwości, że Kino Amok prowadzi cykl transmisji baletu i opery z najlepszych teatrów i sal. Wprowadziło również projekcje przekazów z najlepszych muzeów, przybliżających sztukę wielkich mistrzów. Tym, których nie stać na wyjazd do Sydney czy Luwru. I to jest przynajmniej popularyzacja sztuki wysokiej. Bezdyskusyjnie. Największym wrogiem wszystkiego co dobre, bywa uproszczenie … Nie zmienia to jednak faktu – tu się z Panią zgadzam – że oferta kulturalna Gliwic jest ubożuchna.

    • A ja niestety jestem bardzo zniesmaczony, czytając nieliczne pojawiające się na Info-posterze komentarze, dotykające kwestii gliwickiej kultury. Ilekroć poruszany jest ten temat, od razu odpowiedzią są malkontenckie wypowiedzi w stylu "brakuje mi w Gliwicach kultury, ale takiej przez duże K i z rozmachem" oraz "jeśli mam potrzebę nasycenia się sztuką, wyjeżdżam". Po pierwsze nie służą one absolutnie jakimkolwiek pozytywnym zmianom w życiu kulturalnym miasta; najłatwiej bowiem deprecjonować wszystko, gorzej gdy trzeba pójść do urny i mądrze zagłosować. Po drugie, nie wiem dlaczego osobiste gusty piszących mają być od razu wyznacznikiem tego co jest kulturą przez duże K a co nią nie jest. Czemu wobec tego ma służyć zestawianie miłośników organowej czy jakiejkolwiek innej wartościowej muzyki z amatorami disco polo? Można oczywiście i tak, tyle że wkrótce to nieliczne grono twórców i animatorów tracących resztki energii na walkę z urzędowymi troglodytami odpuści sobie z wiadomym skutkiem… Całe szczęście, że są też gliwiczanie potrafiący docenić to, co w danej sytuacji udaje się jednak zrobić (patrz wypowiedź Pani Ani Jagielskiej poniżej).

  4. Oczywistym jest, że niechęć do przeznaczania publicznych środków na kulturę wywołuje lawinę negatywnych zjawisk społecznych. Różnica pomiędzy miastem, w którym panuje deficyt kultury a miastem, w którym kultura tętni pełnią życia jest mniej więcej taka jak różnica między człowiekiem niekulturalnym a człowiekiem kulturalnym – a więc oczywista i niezwykle łatwa do stwierdzenia.

    Są też i jednak pewne pozytywy wstrzemięźliwości a nawet chytrości prezydenta Frankiewicza w stosunku do wydaktów na kulturę w postaci dotychczasowej wzmożonej aktywności red. Jezierskiego przynoszącej Gliwicom coraz większe ukojenie. Gdyby jakiś czas temu petent Jezierski otrzymał od miasta garść nędznych publicznych zaskórniaków i byle wypacykowane miejsce na prowadzenie lokalnego teatru to pławiłby się w tej swojej miłości do teatru i trwałby chłopina w zapomnieniu o bożym świecie. Na całe jednak szczęście prezydent Frankiewicz (lub jakieś jego prezydenckie, zaufane ramię) przegnał petenta Jezierskiego w diabły dając do zrozumienia, że nic tu w kulturalnych Gliwicach po nim. Wówczas petent Jezierski zamiast czytać lub pisać teksty do kolejnych sztuk poszedł po rozum do głowy i sięgnął po teksty ustaw, rozporządzeń i uchwał regulujących formalnie życiem miasta. Szybko stwierdził, że podłożem zamiłowania prezydenta Frankiewicza do rządzenia miastem jest nie tyle miłość do Gliwc i gliwiczan ile korzyści materialne płynące z zarządzania pokaźnymi publicznymi środkami. Jezierski znalazł liczne przykłady potwierdzone konkrentymi dokumentami wskazujące na rażące naruszenia prawa przez osoby sprawujące wraz z prezydentem Frankiewiczem władze w mieście. Jezierski trąbi o tym jak opętany chyba już od dwóch lat i majta gdzie się da i komu się da dokumentami poświadczającymi prawdziwość jego przypuszczeń. Znamienne jest to, że Jezierski nie jest pozywany do sądu za naruszanie dóbr osobistych, ponieważ ma twarde dowody na naruszanie dóbr publicznych przez ewentualnych pozywających. Jezierski swym działaniem uprzytamnia, że miasto jest źle zarządzane na różnych obszarach w tym także na obszarze kultury. Nie widzę powodów dla których powinno się poddawać w wątpliwość obecne deklaracje Jezierskiego – kandydata na prezydenta Gliwic –  że jak zostanie prezydentem to sypnie więcej publicznej kasy w gliwicką kulturę. Żałosny od wielu lat budżet na gliwicką kulturę ułatwia Jezierskiemu obiecywanie poprawy sytuacji. Pretensje można będzie mieć do prezydenta Jezierskiego wtedy gdy się w prezydenckiej praktyce z obietnic nie wywiąże. Pozostaje więc wybór: czy poprzestać na Frankiewiczu lecz mieć pewność, że z gliwicką kulturą będzie nędznie i krucho czy też zaryzykować Jezierskiego by sprawdzić czy spełni swoje obietnice? Dylemat zbliżony do tego czy być na pewno nieszczęśliwym, chorym i biednym czy być może szczęśliwym, zdrowym i bogatym?

  5. Wszystko można zmienić pod  warunkiem  że  pozbędziemy  się raz na zawsze Ssaczokratów   czyli "wytniemy ich w pień" w wyborach . Wówczas znajdą się środki na wiele potrzeb  w tym na potrzeby ludzi odrzuconych . Wiem, jestem nudny lecz mój radykalizm w tej kwestii  jest niezmienny od 2006 roku. SSaczokraci to pasożyty,szkodniki,plewy,patogen………………………………………………………………….         dobrze się stało, że  wszyscy oni , nieraz ci najbardziej obleśni , upiorni , zależni  od  jednego miejsca i człowieka są rozpoznawalni .Sprawa jest jednoznaczna a oni zidentyfikowani.            Prowadzą od lat  kampanię wysysania miasta, która moim zdaniem przekroczyła wszelkie ramy przyzwoitości i co więcej uważają to za normę ,swoiste prawo dożywotnio im przynależne .    Nie wiem za co i dlaczego a  chodzi  o bliższych i dalszych współpracowników i myślę, że to zdecydowanie wykracza nie tylko poza granicę dobrego smaku, ale również prostej przyzwoitości i prawa.…………………………………………..

     

  6. Mieszkam w Gliwicach od urodzenia, skończyłam studia polonistyczne we Wrocławiu i mam porównanie, jak to wygląda w innych miastach. Prawda jest taka, że gdyby nie Muzeum w Gliwicach nie miałabym nawet tej namiastki przebywania w mieście ludzi myślących, zainteresowanych sztuką i kulturą. Do naszego Muzeum chodziłam na wykłady poświęcone filozofii, uczestniczę też w koncertach i spotkaniach, które się tam odbywają (wernisaże, promocje książek itd.) i muszę przyznać, że poziom zarówno publikacji jak i samych spotkań jest przeze mnie bardzo pozytywnie odbierany, natomiast nie potrafię znaleźć niczego dla siebie w innych instytucjach w mieście, weźmy nieszczęsny GTM. Każdy, kto był choć na kilku przedstawieniach w teatrach wrocławskich (Polski, Współczesny), czy w innych miastach po prostu nie jest w stanie strawić tej mentalnej naftaliny panującej w tej istytucji, która na realizację jakiegoś durnego "Tarzana" wydała podobno ok. 2 mln. złotych! Ludzie! Jak to jest możliwe? Uważam, że nie tyle istotne jest jak wielka dotacja rpzyznawana jest danej instytucji, ale to, co ona z tymi pieniędzmi robi. Jesli Muzeum dostaje 4 mln. (nie wiem, czy to dużo czy mało, bo nie znam się na wielkosci dotacji instytucji kultury, nie mam porównania), a GTM wydaje połowę z tego na jeden spektakl i to marny (znam 2 osoby, któe to widziały – obie zniesmaczone) to nie wiem, dlaczego to tak wygląda. Dlaczego jednak instytucja może działac nowocześnie, nadążając za tym, co się w sztuce dzieje, a druga od lat produkuje niestrawne dziadostwo. No i co do kina rzekomo studyjnego zgadzam się z przedmówczynią – chała rodem z multupleksu. Jesli nie wiedzą, co powinno puszczać takie kino, nic prostszego – niech sobie wejdą np. na repertuar Kina pod Baranami w Krakowie. Gwarantuje, że nikt w Gliwicach nie miałby pretensji, gdyby nieco od nich "zerżnęli" linię programową. Długo by opowiadać, a siły brak…

Leave a comment

Your email address will not be published.


*