Spółka – lekarstwem na wszelkie dolegliwości?

Jeden komentarz

Gliwickie spółki z większościowym udziałem miasta to temat-rzeka. Podobnie zresztą jak spółki z ich udziałem czyli tzw. „córki”. Dochowaliśmy się zresztą również „spółek-wnuczek”. Najważniejszymi z nich zarządzają od lat ludzie prezydenta miasta. Ci najbardziej zaufani, sprawdzeni i gwarantujący, że w każdej sytuacji wykonają jedynie słuszne polecenie „z góry”.

Ponad 20-letnie doświadczenia ekipy rządzącej miastem ekipy muszą – rzecz jasna – prowadzić do oczywistego wniosku: spółki są dobre na wszystko. Tam, gdzie zawiodą inne sposoby, zawsze można sięgnąć po odpowiednią spółkę. Jeśli chce się coś trzymać pod ścisłą kontrolą – proszę bardzo! – zaufany prezes to zapewni. Tak jest chociażby w przypadku Henryka Błażusiaka, prezesa osobliwego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji.

To właśnie ta spółka pełni przecież rolę tzw. „menadżera projektu” w przypadku budowy Hali Gliwice. Parasol PWiK nad tą inwestycją okazał się zresztą znacznie obszerniejszy, niż można było pierwotnie przypuszczać. Już teraz wiadomo, że spółka wodna będzie po prostu zarządzała halą. Nikomu nie przeszkadza, że to oczywisty absurd logiczny. Klęska „spółkowej koncepcji” Zygmunta Frankiewicza jest widoczna gołym okiem.

Przetargowe fiasko

Władze miejskie musiały bowiem ukryć fakt, że szumnie zapowiadani operatorzy z zewnątrz po prostu nie zechcieli w ogóle przystąpić do przetargu mającego na celu wyłonienie zarządcy obiektu. Mityczni „operatorzy z całej Polski” nie spojrzeli nawet na sztandarową inwestycję 20-letniej prezydentury Frankiewicza. Dla każdego, kto choć trochę zna się na biznesie, to szczególnie złowieszcze.

Formułę spółki z udziałem miasta zastosowano także w odniesieniu do gliwickich szpitali. W przypadku Gliwickiego Centrum Medycznego nie rozwiązała ona z całą pewnością problemów, z którymi od lat boryka się placówka przy ul. Kościuszki 29. W „Życiu Gliwic” pisaliśmy dość obszernie o protestach jej personelu medycznego, o zadłużeniu i dokuczliwych kłopotach, związanych z niedoinwestowaniem niektórych oddziałów, w tym m.in. pediatrii. Przeobrażenie instytucji medycznej w spółkę nie przyniosło żadnych pozytywnych skutków. GCM nadal choruje!

Osobliwa unia personalna

W lutym tego roku prezydent miasta, Zygmunt Frankiewicz, wydał zarządzenie w sprawie wszczęcia procedury przekształcenia Szpitala Miejskiego nr 4 (dawnego Szpitala Wojskowego) w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością ze 100-procentowym udziałem miasta.  Dlaczego pojawił się taki pomysł? To oczywiste. Od dawna wiadomo przecież, że szpital przy ul. Zygmunta Starego boryka się z ogromnymi problemami finansowymi.

Warto przypomnieć, że zarządzający nim Marian Jarosz został wcześniej prezesem Gliwickiego Centrum Medycznego, co sprawiło, że kierował i nadal kieruje równocześnie dwiema placówkami leczniczymi, które przynajmniej w części świadczonych usług są dla siebie konkurencyjne. Ta zdumiewająca unia personalna utrzymuje się do dziś. Teraz postanowiono jeszcze dodatkowo sięgnąć po wypróbowany „scenariusz spółkowy”.

Kiepska polityka

W uzasadnieniu rozporządzenia Zygmunta Frankiewicza wymienia się wszystkie korzyści, które przyniesie takie rozwiązanie. Co ciekawe – ich wyliczenie następuje po stwierdzeniu: „Zmiana formy prawnej oprócz korzyści wynikających z oddłużenia, pozwoli na…”. I to właśnie budzi moje największe obawy. Prezydenckie rozporządzenie z góry zakłada, że placówka musi zostać oddłużona.

Nie kwestionuję przyjętego założenia, że miasto musi wydawać tyle pieniędzy, ile trzeba, aby zdrowie mieszkańców było chronione na najwyższym poziomie.  Dziwię się jednak, że w praktyce ma to wyglądać w taki sposób, iż budżet miasta MUSI pokrywać zadłużenie szpitala, niezależnie od jego wysokości, jeśli tylko kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia jest zbyt skromny pod względem finansowym. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że polityka prozdrowotna miasta jest po prostu kiepska.

Organizacyjna prowizorka

Sytuacja Gliwickiego Centrum Medycznego potwierdza, że przekształcenie placówki w spółkę nie gwarantuje niczego, pozwalając co najwyżej na pokrywanie jej deficytu bezpośrednio ze środków budżetowych. Chyba nie na takiej reformie służby zdrowia powinno wszystkim zależeć. W sposób oczywisty mamy do czynienia z organizacyjną prowizorką, rozwiązującą tylko  najbardziej naglące problemy.

Budowanie wolnego rynku usług medycznych (jedna z wymienianych w uzasadnieniu rozporządzenia korzyści) w ten sposób, że powołuje się dwa podmioty, których rywalizacja rynkowa, niezależnie od jej wyniku, idzie na rachunek miasta, jest niedorzecznością. Tym bardziej, że miasto i tak będzie najprawdopodobniej pokrywało dwa deficyty dwóch szpitali.

Uważam, że tylko starannie przemyślana i rzetelnie opracowana pod względem finansowym koncepcja funkcjonowania gliwickiej służby zdrowia zagwarantuje gliwiczanom ochronę zdrowia na najwyższym poziomie. I wtedy nasze szpitale będą warte pokrywania każdych długów. Na razie jednak tak nie jest, a doraźne rozwiązanie części problemów przez stworzenie nowej spółki jest typowym działaniem pozornym, po którym trudno się spodziewać rzeczywistej poprawy sytuacji.

Dariusz Jezierski

1 Comment on "Spółka – lekarstwem na wszelkie dolegliwości?"

  1. marianandrzejczak | 20 sierpnia 2015 at 9:33 pm | Odpowiedz

    Dolegliwości pieniężne Ssaczy czyli dolegliwości SSaczoholików pracujących na naszą rzecz ponad siły.

    Ile można z siebie wykrzesać by  działać w  lub na rzecz innych ZA DARMOOOOOOOOOOOO????????????

    Jak można tak  się udzielać? Jak i kto by to czynił dla dobra ogółu za FRICO?

    Ja nigdy bym tak nie potrafił.

    Dzięki o Wielcy LUDZIE.

    75 poDmiotów i zero "0" profitów. Tak potrafią tylko BOGOWIE. A to nie jedyny.

    http://www.zycie-w-korycie.strefa.pl/jerzy_zachara_krs.pdf

    http://www.zycie-w-korycie.strefa.pl/jerzy_zachara_om.pdf

Leave a comment

Your email address will not be published.


*